Grzegorz Walczak – Wspomnienie o Wojciechu Siemionie

0
346

Grzegorz Walczak

Wspomnienie o Wojciechu Siemionie

Wspomnienia o kimś – to przy okazji również mówienie o sobie. Nie ma wspomnień o kimś bez jego relacji z nami i szerszym tłem.

Wojtka Siemiona poznałem prawie pół wieku temu. Byłem wtedy świeżo upieczonym asystentem Polonistyki na UW, sekretarzem osobistym profesora Witolda Doroszewskiego, zajmowałem się składnią, dłubałem w języku Słowackiego, Norwida i Mrożka, ale i we własnym.  STS wystawiał właśnie Wieżę malowaną z Wojciechem Siemionem. Była to dla mnie nieosiągalna wieża z kości słoniowej. O takim aktorze mogłem sobie wtedy jedynie pomarzyć.

Choć Wojciech był zawsze człowiekiem bardzo otwartym, moje dochodzenie do niego, literackie zdobywanie go nie było łatwe. Zabiegały o niego film, teatr, estrada.

Siemion miał swój bardzo charakterystyczny ekspresyjny styl, na tyle wyrazisty, że przez niektórych aż nieakceptowany. Jego aktorstwo zasadzające się na poszukiwaniu, podobne było do wyłuskiwania – niczym z wnętrza orzecha – czegoś szczególnego, ukrytego głęboko pod skorupą słów. Emanował ludowością, ale nie tą najprostszą i nieobrobioną, lecz przetworzoną przez dobitnie wyrażone i precyzyjnie własne widzenie świata. Na tym się zasadzał jego niezależny artyzm.

Mnie też w pewnym okresie interesowała szczególnie poezja tkwiąca korzeniami w ziemi, w zmysłowości, w legendach, nie cepeliowska, raczej Leśmianowska. Musieliśmy się więc wcześniej czy później spotkać w dusiołach, jurnościach, roznamiętach, zatraceniach… i w przemijaniu.

 

Wszystko sczeznie, wszystko zemknie:

czarszkarady, słodkolędźwie…

głosił Siemion językiem moich Roznamiętów, jak on zmysłowych, witalnych i bezwstydnie „Satyrowych”. Co on w tego typu erotykach wyczyniał na scenie!

I jak potrafił się przemieniać, jakże inny, poważny, niemalże metafizyczny pojawiał się – po tej serii żartobliwych szaleństw – w wierszu puentującym nasz cykl:

Kiedy słońca skon i przechył

nad horyzont pociemniały

porozcieńcza niedogrzechy

niedorobne twoim ciałem,

siądziesz w sobie zanurzony,

spojrzysz w przeszłość beznamiętnie

i zrozumiesz, że to koniec,

bezmiłosne serce pęknie.

Trudno sobie wyobrazić lepszego aktora do roli, którą mu powierzyłem, a którą przyjął, niezwykle mnie w ten sposób wyróżniając. Od kilku już lat, od czasu do czasu dosiadaliśmy wspólnego Pegaza, igrając sobie roznamiętnie, naprzemiennie, dwa stare Satyry, w wierszach – mam nadzieję –  broniących się humorem neologizmów i całej tej słowotwórczej gry. Myślę, że ta moja poetycka erotyczna „lingwistyka”, wydobyta z potencji polszczyzny, zdystansowana wobec siebie, dopingowała Wojtka jak afrodyzjak i jednocześnie bawiła. A Siemion potrafił się bawić tekstem. Przechodził sam siebie. W pięćdziesięciominutowym popisie zmieniał tempo, przytupywał, podśpiewywał, mlaskał, krztusił się, pokrzykiwał, czasem gnał jak rozpędzony koń, zwłaszcza w Szale, i to tak, że nie można go było okiełznać.

W końcu lat sześćdziesiątych, kiedy nawiązałem z Siemionem nieco bliższy kontakt, intuicyjnie przeczułem, że łączy nas nie tylko upodobanie do literatury, lecz także do płci pięknej. Przyprowadziłem kiedyś na jakieś nasze spotkanie zaprzyjaźnione dwie młode absolwentki warszawskiej rusycystyki. Jedna z nich emanowała szczególnym światłem i miała wybitne właściwości przyciągające męską część ludzkości. Wojtek wydawał mi się wtedy poważnym, starszym facetem, miał już chyba czterdzieści pięć lat. Patrzyłem z podziwem, jak z okiem nadzwyczaj bystrym, ochoczo i z wielką swadą – z jaką tylko on to potrafił – wykładał tym turkaweczkom arkana sztuki aktorskiej. Ale dopiero po latach – w trakcie scenicznej interpretacji Roznamiętów – przekonałem się ostatecznie, jak dobrego mam druha do kawaleryjskiej szarży (choćby tylko w poezji) na ten jedyny we wszechświecie gatunek stworzeń. Oko i język Wojtka nabierały jednak szczególnej bystrości nie tylko pod wpływem niewieściej urody, ale przede wszystkim, gdy poruszał temat, jak zaatakować wiersz, jaką posłużyć się metodą, by wydobyć wszystkie istotne soki zawarte w tajemnym kodzie autora.

Z czasem przestała mu wystarczać jego sceniczna interpretacja wybitnych poetów polskich, w której czarował swoją odmiennością, niepowtarzalną wyrazistością i tym, co ja nazywam w obcowaniu ze sztuką lub drugim człowiekiem – intensywnością. Siemion był zawsze pedagogiem. Postanowił pozostawić po sobie utrwaloną na kartach książek swoją myśl artystyczną i pedagogiczną zarazem. Wydał książkową serię Lekcji czytania: 1.Norwid, 2.Mickiewicz, 3.Gałczyński, 4.Różewicz, 5. Białoszewski, 6. Mikołaj Rej, 7. Aleksander Wat, 8. Juliusz Słowacki.

Na prośbę autora, która w formie dedykacji na ofiarowanej mi książce zabrzmiała jak groźba: „Grześku, a napisz COŚ o tej książeczce, bo inaczej poproszę o pomoc Twoją Zośkę”, zgodziłem się bez szemrania (zrozumieją mnie ci, co znają Zośkę), wydobyłem narzędzia językoznawcze z komputera swego zardzewiałego mózgu i napisałem całkiem poważną, zaopatrzoną w iście naukową argumentację, recenzję ostatniej książki Siemiona, Słowacki – Lekcja czytania. Recenzji nadałem tytuł: Odpowiedniemu słowu dać akcent. Zdaje się, że Wojtek, mimo swojego „napisz COŚ”, oczekiwał ode mnie tylko kilku zdań odnotowujących ukazanie się jego pracy. Potraktowany w miarę mych możliwości z maksymalną lingwistyczną starannością, momentami nawet polemicznie, był wyraźnie zadowolony, tym bardziej, że udało mi się artykulik ten opublikować w „Twórczości” (nr 12/2009) i – za zgodą obydwu periodyków – w „Poradniku Językowym” (nr 2/2010).

W czasach głębokiego socjalizmu – głupie to sformułowanie, gdyż u nas socjalizm zawsze był raczej powierzchowny, powiedzmy więc lepiej – w dawnych czasach – wysmarowałem groteskę sceniczną Kaktus, z którą mimo wygrania konkursów na sztukę teatralną i na słuchowisko – w Polsce i w starej Jugosławii, nosiłem się bez rezultatu po teatrach naszych przez dwadzieścia lat. Czekałem na to, aż się ktoś odważy wystawić tę – jak głosił podtytuł – groteskę polską.

Odważył się Siemion, w Teatrze Stara Prochownia. Przygarnął mnie i Zdzisława Wardejna, który wyreżyserował Kaktusa, sam wystąpił wraz z całą zacną ekipą aktorską na czele z Ireną Kwiatkowską. Pomógł nawet zdobyć od Ministra Kultury jakieś grosze, pozwalające na próbę realizacji sztuki. Dwa lata później Kaktus doczekał się wystawienia w Teatrze Telewizji Polskiej, co mnie uczyniło takim dumnym, że jako dramaturg do tej pory nie mogę dojść do siebie. Mówiąc poważnie – dużo Siemionowi zawdzięczam.

Za komuny władzom bardziej niż dziś zależało na tzw. socjecie, bez względu na to, czy była układna, czy niepokorna. Wtedy byliśmy dla nich elitą. Teraz nie wiadomo, kto ją tworzy, według jakich kryteriów, kto jest prawdziwą, a kto łżeelitą. Jakakolwiek by była, zawsze w podobny sposób rozdaje swoje łaski lub grymasy. Siemion chyba się zbytnio na nią nie oglądał, miał swój gust, nie pytał o nic mających patent na rację. Autorów i ich utwory dobierał, jak chciał, był niezależny. Gdzie się pojawił, tam był już teatr. Miałem szczęście, bo zaakceptował mnie i moje teksty. Mogłem u jego boku występować. Odwdzięczyłem się mu dobrymi muzykami.

Najpierw, kiedy robiliśmy Treny mojej Matce, jeździł z nami Krzysztof Ścierański, który mój utwór opatrzył pulsacyjną, pełną energii muzyką. Ładował do swego dużego, wiecznie psującego się samochodu całą swoją orkiestrę przewoźną, czyli cały zestaw instrumentów i nagłośnienia, i… do przodu. Zdarzało się, że graliśmy gratisowo, np. na rzecz Fundacji Akogo w Podziemiu Kamedulskim u proboszcza Wojciecha Drozdowicza w Lasku Bielańskim. Siemion nigdy mnie nie pytał o stawkę, godził się nieraz na taką, która innych artystów wprowadziłaby we frustrację. Na moim wieczorze autorskim wystąpił honorowo, a przecież musiał dojechać z Petrykoz.

Siemion – prawdziwy artysta – był skromny i znał dyscyplinę. Nieważne było dla niego, czy występował w Teatrze Narodowym, czy w gminnej bibliotece. Jednakowo szanował widza. Dojeżdżał do Warszawy zwykle w godzinach szczytu. Prawie nigdy się nie spóźniał, umówiony, zawsze dojeżdżał.

Pamiętam, kiedyś w Przasnyszu już z pewnym napięciem czekaliśmy na niego ze Ścierańskim i Bogusławem Kruszewskim, który do niedawna prowadził w tym mieście Dom Kultury. Nie znałem drugiego organizatora kultury, który by się tak bardzo przejmował pracą. Było już ciemno, nieprzyjemna listopadowa pogoda. Boguś wiercił się niespokojnie, bo może Mistrz nie dojedzie.

–       Dojedzie – powiedziałem – dojedzie.

Wojtek, jak zwykle, sam prowadził samochód. Chciałem w Warszawie na niego zaczekać i go zabrać. Ale miał swoje ścieżki i swoją wolę. Przyjechał, przywitał się z nami. Boguś Kruszewski jak uśmiechnięty księżyc, kiedy się niebo z chmur oczyściło, nie potrafił ukryć radości. Siemion był dla niego nie lada postacią. I ja Wojtka bardzo szanowałem, ale się już do niego przyzwyczaiłem. Boguś uwijał się gościnnie, chciał przynieść gościowi kawę.

– Najpierw mam taką prośbę – Wojtek zwrócił się do mnie tym swoim poważnym, specjalnie wyciszonym głosem. – Daj mi, Grzegorz, dziesięć minut, żebym się mógł gdzieś tu wyciągnąć i zdrzemnąć. Tylko dziesięć minut, a potem będę do twojej dyspozycji.

Po dziesięciu minutach, a może po kwadransie drzemki na zapleczu sceny wrócił jak nowy. Mogliśmy zaczynać. Duża sala prawie pełna. Ścierański odegrał uwerturę, usłyszeliśmy dzwony w jego muzyce. To dla nas sygnał. Czas było wchodzić w półmroku z naszym Homerowym, w łacińskim przekładzie Cycerona:

Tales sunt hominum mentes, quali pater ipse,

Jupiter auctiferas lustravit lumine terras,

które ściągnąłem z motta Kochanowskiego. Siemion był bezbłędny, reakcja publiczności bardzo dobra, jakieś starsze panie dyskretnie ocierały sobie łzy.

Innym razem, kiedy go wiozłem do Ciechanowa na nasze występy, też już po zmroku, spytał, czy by mi nie przeszkadzało, gdyby się na moment zdrzemnął. Przespał pół drogi.

Wojtek, zwłaszcza po podróży, musiał mieć tę swoją chwilę na odpoczynek. Ale gdy już wchodził na scenę, był jak nowonarodzony, pełen wigoru, ekspresji, nieoczekiwanych pomysłów interpretacyjnych.

W ostatnich latach wykrystalizował się w naszych występach z Siemionem nowy, bardzo dobrze zgrany zespół, w którym batutę muzyczną dzierżyła Maria Pomianowska, światowej sławy multiinstrumentalistka. (To ona napisała muzykę do moich poetyckich scenariuszy). Grała na przedziwnych dawnych instrumentach, takich jak suka biłgorajska lub fidel płocka. Towarzyszyła jej znakomita saksofonistka z Filharmonii Narodowej – Alina Mleczko.

Maria uwielbiała Siemiona i artystycznie bardzo szybko zrodziło się między nimi pełne porozumienie – „przylegała” do niego jak mało kto. Jej etniczne, ludowe inspiracje pochodziły z podobnego źródła, które ukształtowało artyzm Siemiona. Nic więc dziwnego, że oboje znakomicie i oryginalnie się uzupełniali, w Tańcu z dusiołem oczarowując publiczność jej przedziwną muzycznością i jego niesamowitą „dusiołowatą” ekspresją.

 

Jam rozkoszdziej,

Jam słodkowij,

Lecz gdy ciebie

Nie ma, kraśna,

Jam połową

Bez połowy,

Zimny ogień,

Gwiazda zgasła.

Jam pustelnik

W pustolesiu,

Beznadziejnik

W samogrzechu.

 

Teraz ja się tak czuję bez tej Siemionowej połowy – „porzucony” autor, który miał zaszczyt współwystępować z tym wielkim Artystą. W tej naszej małej grupce wszyscy mieliśmy ogromną satysfakcję ze wspólnych spotkań. Czuło się, że ci ludzie występują, bo tym żyją, bo nie mogliby inaczej. Jak pająk, który musi snuć nić. Dla Siemiona imperatywem istnienia był ten, kto po drugiej stronie rampy wpatrywał się w niego i wsłuchiwał w jego sugestywny głos. Wojtek musiał jeździć, nie mógł się zestarzeć. I jeździł do końca. Nie było ważne, ilu będzie widzów. To, że obiecał i że ktoś czeka, było najważniejsze.

Niewiele ponad dwa miesiące temu, w końcu marca, Teatr Polskiego Radia nagrał moje słuchowisko Treny mojej Matce, które okazało się ostatnim słuchowiskiem z udziałem Wojciecha Siemiona. Wystąpił z nim znakomity Olgierd Łukaszewicz, muzycznie Pomianowska i Mleczko, reżyserował Waldemar Modestowicz zachwycony Siemionem. A ten – stara dobra szkoła – dał się bez szemrania prowadzić o wiele młodszemu koledze w sztuce aktorskiej. Czasem tylko coś czujnie zasugerował, Waldek chętnie to wykorzystywał.

Już w trakcie nagrania Modestowicz chciał sobie zapewnić udział Wojtka w następnych realizacjach radiowych. Siemion wtedy, jakby od niechcenia zauważył, że jakoś przez ostatnich piętnaście lat nikt w Polskim Radiu nie zaproponował mu żadnej roli. No, cóż – polityczne prądy, mody, durnoty – tym kierują się rozdawcy łask, rozdawcy ról. Ostatnio się zmieniło. Na szefa Teatru PR wrócił Janusz Kukuła. Jest więc nadzieja, że nienajlepsza sytuacja w tej radiowej sztuce też może wróci do normalności. Bo czy to nie jest postawione na głowie, żeby taki aktor, jak Siemion, pojawił się znów w PR tylko dzięki naszym wspólnym występom, więc nieco przypadkowo – w wyniku tego, że mój tekst poetycki został tam dostrzeżony i przyjęty do nagrania?

Panowie przyrzekli sobie dalszą współpracę. Już po kilku dniach Dział Produkcji Teatru PR zwrócił się do mnie z prośbą. Szykują Edypa, Modestowicz ma jakąś ciekawą propozycję dla Wojtka. Podobno umiem telefonicznie zdybać Siemiona, im nie wychodzi, choć parę razy próbowali. Podjąłem się misji. Rzeczywiście, mnie się w końcu zawsze udaje. Wiem przecież, że najlepiej łapać go po dwudziestej drugiej. Zwykle o tej porze wraca, zawsze skądś wraca. Tym razem nie wrócił.

 

Grzegorz Walczak

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko