Janusz Termer – Literatura piękna w lekturach szkolnych

0
361

Janusz Termer

Literatura piękna w lekturach szkolnych

 

Trwają jeszcze wprawdzie zimowe ferie, ale może to i dobry czas – zawsze powinien być dobry, bo sprawa to wielkiej wagi – na to, by wspólnie zadumać się nad problemem lekturowych kanonów szkolnych. Tekst poniższy proszę zatem potraktować jako wstęp do tak i potrzebnej u  nas dyskusji o kształcie lektur szkolnych, które jak wiadomo wyposażają młodego człowieka na całe życie w – często jedyną, czasami wręcz bałamutną, a niekiedy żadną – wiedzę o literaturze pięknej…

Dobór i zestaw książek przeznaczonych dla młodzieży jako lektury szkolne, obowiązkowe i uzupełniające, budził i budzi nadal wielkie emocje nie tylko wśród zainteresowanych: uczniów, pedagogów, pisarzy, krytyków i publicystów, ale i polityków. Bez trudu oto mnożna zauważyć, że każda „epoka” historyczna, każdy wyrazisty okres w dziejach najnowszych Polski, ba, każda partia polityczna, chciałaby dokonać zmian i wprowadzać korekty do podstawowego kanonu lektur, zgodne z jej widzeniem świata, człowieka i historii.

Już w międzywojennym dwudziestoleciu szkoły polskie (a mam tu na myśli przede wszystkim szkoły średnie wszystkich typów) przeżyły kilka zmian i reform w tym zakresie (np. po przewrocie majowym Józefa Piłsudskiego), gdyż lektury szkolne stają się zazwyczaj – jakże niesłusznie – przedmiotem politycznych zabiegów, gdyż każdemu obozowi władzy zależy na promowaniu tą drogą własnych partykularnych przekonań i poglądów. Szczególnie wyraźnie widać to w okresie powojennym, czyli po 1945 roku, gdy obok naturalnych zmian (czyli wchodzenia do lektur nowych ważnych książek pisarzy współczesnych) można było zaobserwować jak na listy lektur szkolnych wprowadzano często dzieła nie najwyższego literacko i artystycznie lotu, ile utwory sławiące mniej lub bardziej wyraźnie działania i poglądy ideologiczne ekip sprawujących władzę. Jaskrawym przykładem mógłby tu być zestaw lektur szkolnych z okresu 1949-1955, czyli przed październikiem 1956 roku, kiedy to obok szacownej klasyki (i to dobranej wokół dość wąsko rozumianego kryterium literackiego realizmu) królowały dziełka sprawiedliwie dziś zapomnianych tzw. socrealistów, jak np. Numer 16 produkuje czy Wiosna sześciolatki, by ograniczyć się tylko do przykładów z literatury polskiej, choć wiadomo przecież, że zalecano młodzieży także sztandarowe dzieła epoki autorów, było nie było, zagranicznych, jak choćby Wasilija Ażajewa Daleko od Moskwy (podobno w czasie tzw. “praskiej wiosny 68” jeden z tamtejszych lokali rozrywkowych nosił taką nazwę, co dobrze chyba świadczy o sile literatury!).

Nastąpiły potem w zestawach lekturowych wielce znamienne i korzystne zmiany, dotyczące przede wszystkim polskiej i obcej literatury współczesnej. Poszerzeniu uległ krąg autorów oraz co ważniejsze krąg proponowanych przez nią tematów, obejmujących w bardziej obiektywnym świetle wydarzenia historyczne (np. udział Polaków w walkach na Wschodzie i na Zachodzie w czasie II wojny światowej) oraz szerszy krąg tradycji narodowych. Literackie płody tzw. socrealistów zostały szczęśliwie wyeliminowane na fali zmian politycznych i zastąpione utworami operującymi szerszymi kategoriami w widzeniu współczesności. Doszli tu więc głównie pisarze, których utwory poszerzały wiedzę młodego odbiorcy o sprawy nie mające przedtem prawa obywatelstwa nie tylko w zestawach lektur szkolnych. Na przykład: utwory twórców okresu międzywojnia (Bolesław Leśmian, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Bruno Schulz, St. I. Witkiewicz), wiersze powstańcze poetów pokolenia wojennego z twórczością Krzysztofa Kamila Baczyńskiego na czele, wiersze i dramaty Tadeusza Różewicza, proza autora Kolumbów, Romana Bratnego, odkrywająca dramat i dylematy wyborów pokolenia AK-owskiego po wojnie, potem proza Haliny Auderskiej Ptasi gościniec, odsłaniająca (prawda, że w sposób zawoalowany na tyle, na ile pozwalała ówczesna cezura) los Polaków zesłańców w ZSRR czasu drugiej wojny światowej. Do lektur trafiły też utwory pisarzy zachodnich dotąd nieobecne w szkołach średnich, jak choćby Dżuma Alberta Camusa – sztandarowe dzieło uniwersalizmu europejskiej myśli humanistycznej XX w.

To tylko maleńka cząstka charakterystycznych przykładów zmian, których druga – zasadnicza i dość rewolucyjna – tura nastąpiła po roku 1989 po upadku systemu ideologii tzw. realnego socjalizmu. Doszło do zmian w sumie mocno kontrowersyjnych, bo obok wielce pozytywnych i korzystnych dla młodego czytelnika, jak wprowadzenie do zestawu lektur twórczości prozatorskiej emigracyjnych pisarzy (takich, jak Witold Gombrowicz, Czesław Miłosz, Marian Pankowski czy Gustaw Herling-Grudziński), poetyckich utworów pisarzy polskich (Miron Białoszewski, Jan Twardowski) czy prozy Marka Hłaski oraz utworów pisarzy zagranicznych, dotąd ze względów politycznych nieobecnych nie tylko w lekturach szkolnych (George’a Orwella Folwark zwierzęcy i Rok 1984 czy Michaiła Bułhakowa Mistrz i Małgorzata).

Doszło też jednak w kolejnych latach także do zmian nie zawsze korzystnych dla edukacji młodego pokolenia. Zmian wynikających z tendencji do okrojenia listy lektur (by „nie przemęczać młodzieży”), zwłaszcza jeśli chodzi o pisarzy staropolskich, gdzie stał się taki idiotyzm jak wyrzucenie poza nawias obowiązkowej lektury nawet Krótkiej rozprawy między panem, wójtem a plebanem Mikołaja Reja, ojca ponoć literatury polskiej, który miał nieszczęście być wyznawcą protestantyzmu (dodajmy na marginesie, że dziełko to jest nadal klasyczną kwintesencją dylematów społecznych w Polsce, bez którego nie można zrozumieć w pełni ani naszej historii ani wielu aktualiów teraźniejszości). W ogóle to z literatury renesansowej pozostały w lekturach tylko: strzępy Mikołaja Rejowego Żywota człowieka poczciwego (trudno), okrojony wybór Fraszek, Pieśni, Trenów i Psalmów mistrza Jana z Czarnolasu (to już szkoda bardzo wielka), wybór Sonetów Mikołaja Sępa-Szarzyńskiego, a nawet i Kazania sejmowe złotoustego Sarmaty-jezuity Piotra Skargi. Z literatury polskiego oświecenia rada nowego ministerialnego programisty nie oszczędziła nawet znakomitych dzieł biskupa Ignacego Krasickiego pozostawiając fragmenciki tylko jego Bajek, Satyr i Monachomachii. W romantyzmie stosunkowo najmniej ucierpiał wieszcz Adam Mickiewicz, ale już Juliusz Słowacki, Zygmunt Krasiński, a zwłaszcza Cyprian Kamil Norwid (ma tylko skromniutki wybór wierszy) odczuli powiew nowych czasów.

I tak dalej, i tak dalej – lista lektur coraz węższa, a na dodatek nie zawsze sprawiedliwa dla klasyki polskiej. Największe natomiast zamiany, co poniekąd zrozumiałe, nastąpiło na listach lektur literatury współczesnej. Wypadło z niej wielu autorów z powodów czysto quasi politycznej natury (jak autor Brzeziny oraz Sławy i chwały, autor Kolumbów, autor Tańczącego jastrzębia, czy autorka Ptasiego gościńca), których zastąpili inni pisarze bardziej “słuszni” w nowej epoce, autorzy “źle widziani” w poprzednim okresie, autorzy wierszy o charakterze doraźnej, aktualnej politycznej agitki, których zrozumienie już dziś, po paru czy parunastu latach, nastręcza – wobec nieobecności kontekstu – wielu trudności (także w zrozumieniu innych, niż polityczne, kryteriów przeceniania ich wartości poetyckich). Kłopotliwa sprawa nie tylko dla uczniów i nauczycieli, ale nawet i dla krytyków młodego pokolenia. Podobnie i w prozie: na listy lektur szkolnych trafiły książki pisarzy, których rozgłos polityczny nie dorównuje wartości poznawczej i artystycznej ich dzieł, pisarze stanowczo przeceniani, jak wykazują to ankiety przeprowadzone na ten temat np. w paryskiej “Kulturze” (jeśli ktoś koniecznie pragnie jakiegoś konkretnego stamtąd przykładu, to proszę bardzo – Początek Andrzeja Szczypiorskiego czy Kadencja Jana Józefa Szczepańskiego).

Rzecz jasna najtrudniejsza i najbardziej drażliwa sprawa w dziedzinie lektur szkolnych związana jest ze współczesnością. Jak wybrnąć z tej istnej kwadratury koła, jakim jest wybór dzieł pisarzy współczesnych, wybór sprawiedliwie doceniający ich artystyczną i poznawczą wagę, to sprawa nie tylko dla rozpolitykowanych programistów ministerialnych*, to przede wszystkim sprawa poważnej publicznej debaty w różnych kompetentnych gronach i gremiach: nauczycielskich i uczniowskich, profesjonalnych środowiskach literackich „i w prasie kulturalnej”. Bo naprawdę jest o czym dyskutować. Można, jak proponował to kiedyś Artur Sandauer, zrezygnować z dzieł literatury współczesnej w szkołach, bo każdy wybór będzie jego zdaniem nieobiektywny, stronniczy i nacechowany elementem konfliktogennym, a literatura musi przejść sprawdzian czasu, by wykazać swoje ponadczasowe walory. Ale to skrajne stanowisko nie jest moim zdaniem do utrzymania z prostego względu: nie można odciąć młodzieży szkolnej od ułomnego choćby i wielce powierzchownego pokazania tego wszystkiego, co w polskiej literaturze, poezji, prozie i dramacie współczesnym dzieje się. Wszak wielu absolwentów szkoły średniej, tak, to jest prawda, chcemy tego czy nie, raczej rzadko mieć będzie (jeśli w ogóle) kontakt ze współczesnością literacką i w ogóle z literaturą piękną. Toteż sprawa jest nadzwyczaj nadal ważna i pilna.

Na szczęście jest jedno wyjście doraźne, nim eksperci i programiści dopracują się owej wymarzonej listy lektur współczesnych, wyjście dopuszczalne nawet przez zalecenia programowe dla pedagogów i już często przez nich stosowane w praktyce szkolnej. A mianowicie możliwość swobodnego doboru lektur szkolnych przez nauczycieli języka polskiego w ostatnich głównie klasach licealnych, gdzie “przerabia się” literaturę współczesną. Wiem z praktyki i różnych innych “donosów rzeczywistości” (by posłużyć się tytułem książki Mirona Białoszewskiego), że wielu polonistów wykładowców literatury już z tej nowej możliwości chętnie korzysta i samodzielnie dobiera wiersze i prozę polskich pisarzy naszych czasów, teksty odpowiednie wedle ich najlepszego rozeznania, dla pokazania dorobku tej literatury, jej problematyki i wartości, a także możliwości percepcyjnych ucznia, na przykładach innych niż te, które podawane są w obowiązujących nadal ministerialnych spisach lektur i minimach programowych, powstałych ostatnimi laty na fali przemian politycznych.

 

 

*PS.

Jak ważna to i aktualna sprawa, nadal bulwersująca i konfliktogenna, mieliśmy okazję przekonać się przy okazji „sporu o Gombrowicza” w 2006 roku, gdy ówczesny minister MEN próbował usunąć dzieła tego pisarza z lektur szkolnych ze względu na ich rzekomy „niepedagogiczny i antynarodowy charakter” (na tym, mówiąc nawiasem, dzieło autora Ferdydurke tylko skorzystało, bo jak wiadomo nic nie przynosi u nas – i gdzie indziej zresztą także – większego rozgłosu dziełom sztuki, jak nękające je oficjalne i aferalne zakazy, sądowe rozprawy i inne tego typu “skandale”). Ale to nie znaczy by następcy nie próbowali “pracować” nad lekturami (słusznie), gorzej, że jak zazwyczaj bez szerszych konsultacji społecznych: ze szkolnymi pedagogami, uniwersyteckimi literaturoznawcami czy krytykami literackimi (znamienne, że tym razem ofiarą urzędniczej “aktywności” pada faworyzowany przez poprzedników Henryk Sienkiewicz)!

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko