Ryszard Tomczyk …Rzeczy mi rzeczy z rzeczy wyłaniają…

0
209

Ryszard Tomczyk

…Rzeczy mi  rzeczy z rzeczy wyłaniają…

Wielorzecze jest kolejną i znów nietuzinkową książką Stanisława Modrzewskiego, autora w  ubiegłym roku nagrodzonego za tom opowiadań Gdzie tataraki, gdzie jerzyki (2008)  przez Fundację Elbląga.  Niezwykłe walory utworów Modrzewskiego  doceniło z kolei gdańskie jury, słusznie przyznając autorowi w r. 2009 literacką nagrodę im. B. Faca. Że zaś podejmuję się skreślenia  kilku zdań  na jej temat, to nie dlatego, że spowodowała mnie do tego okoliczność lokaty, ale sama lektura, z którą trudno mi się rozstać, choć jej pierwsze czytanie „zaliczyłem” jeszcze przed Nowym Rokiem.

Wartości poprzedniego już utworu Modrzewskiego doceniła  zapewne jury gdańskiego konkursu, sama zaś książka – po pierwsze – potwierdziła poprzednie spostrzeżenia recenzenta, odnoszące się do tamtego cyklu opowiadań. Nie podobna nie zgodzić się z tym, że podobnie jak Tataraki jest Wielorzecze niemal filozoficzną powieścią autora, z postawy „istnieniowca”. Otóż Wielorzecze, będące także cyklem opowiadań podobnie jak Tataraki jest – o czym pisałem, recenzując w swoim czasie  ten tom – jest opowieścią  istnieniowca o fenomenologii natury, zdumiewających analogiach jej form i o osobistym „rozświetleniu” wewnętrznym, zawdzięczanym  wczesnemu „zagapieniu się w przyrodę. Była ta powieść majstersztykiem literackim o życiu, nie tylko przecież żuławskim, ale wielotematycznym, nieustannym dyskursem o  życiu i przyrodzie w skali uniwersalnej. Była wieloopowiadaniowym  rozważaniem o procesie trwałości, co i starzeniu  się, przemijaniu, odchodzeniu w niebyt, pełnym zarówno zwyczajnych, jak barwnych a niezwykłych sytuacji, choć naturalnie zakreślonych granicami Wielorzecza (kędy Nogat wpada do morza) i kędy tak naprawdę z punktu widzenia ludzkiej miary nic się nie dzieje.  Pełnym też – jak mówi autor Wielorzecza – wyłowionych ze lśnienia, które przynoszą tutejsze wody w kontakcie z niebem, jak i migotanie powietrza zaciemniającego kontury – strzępów, skrawków myślenia, co myśli z myśli wysuwają.

Na Wielotzecze składa się  w sumie 9 opowiadań, złożonych w cykle Saudade…saudade…saudade…, Dary Dalis i Gdy światło dopiero. Cały ten świat, jakże bliski mieszkańcom tych ziem, okolic ujścia Nogatu, pełen bujnych łąk, poprzerzynanych rzekami,  trzcin, rowów melioracyjnych, nasypów i rzadkich domostw najczęściej bywa zasnuty mgłą, już to widziany w pasowaniu się ostrych świateł z półmrokami i cieniami, tkwiącymi także w samotności nie tylko obserwatorów, ale i mieszkańców, tuziemców.  Jest to świat wieloraki a przynajmniej dwoisty: świat namacalnych, konkretnych rzeczy, widzianych w czas jesiennych, przenikliwych , konkretnych i ostrych kontrastów światła i cienia  i świat zasnuty równie jesiennie, ale niewyraźnie i mglisto. Przykłady owej metody stylistycznej, impresjonistycznie zacierającej kontury rzeczy, jak i opisowości do szpiku kości ostrej, wyrazistej i konkretnej można by cytować do woli. Obie one w sposób równorzędny odnoszą się do rzeczywistości określonej nazwą nie tyle przecież geograficzną, co  poetycką  i jakby zwielokrotniającą znaczenie tego słowa: Wielorzecze . Ukorzenioną zarówno w języku potocznym i wywiedzioną ze skłębienia się ścieków wodnych, jak i tej, która znajduje swe ukorzenienie w źródle wyrazowym określającym rzecz, więc – „wielość rzeczy”, czyli coś w rodzaju narracyjnego „silva rerum”. W tym też sensie książka stanowiąca kolejny cykl opowiadań o Żuławach jest rodzajem filozoficznego traktatu  „o rzeczach”, przy czym – o czym także nie podobna napomknąć – rodzajem zapisu poetyckiego i metody poetyckiej. Dlatego też określenie, że  książka jest kolejnym wyrazem autorskiego „przypisania ziemi” , byłoby ogromnym uproszczeniem. Bowiem podobnie jak i w poprzednim cyklu opowiadań rzecz jest o istnieniu i o niełatwym sposobie do dotarcia ku owemu istnieniu, do przedarcia się przez owo banalne (choć stanowiące dla obserwatorów także warunek konieczny późniejszego, dojrzałego już kontaktu – zagapienia (słowo klucz u Modrzewskiego) czyli „do istoty bytu”.

Rodzaj takiego olśnienia znajdujemy np. w opowiadaniu Światła  awaryjne:

Za Starymi Babkami, gdy wyprzedził plastykowy sznur czarnych ptaków, droga na chwilę opustoszała, a pola nagle odgarnęły drzewa i domki po sam widnokrąg, poczuł nagły ból głowy – niby smagnięcie rzemiennym batem, i jednocześnie – ni z tego, ni z owego – całkowicie zawładnęła nim samorodna pewność, że właśnie w tej chwili – teraz – właśnie tutaj widzi rzeczy takimi, jakimi są. Jest tak, jak jest teraz. Surowy obraz – nie monidło – retuszowane mamidło, ale świat takim, jakim jest, gdy nikt się nie gapi, nie wspomina, o niczym nie myśli i nie gada. Świat dla siebie zawarty w swoim własnym wielkim otoku rzeczy.

Ale świat nagi, ostry do bólu, zdecydowanie konturowany i funkcjonujący dla siebie to tylko jedna ze sfer istnienia, której dotyka autor- istnieniowiec. Często bywa bowiem i tak, że ów obiektywny świat wskutek podobnego  „zagapienia się” traci swe soczyste kontury i pod w pływem już to wspomnień, już to poddania nastrojowi np. jesieni czy chwilom zmierzchu jawi się jako niepojęty, dziwny, miejscami niezrozumiały czy nawet w półmgłach widmowy, w cieniach i blaskach pomroczny, rozmyty,  nieuchwytny, W każdym razie nie przystający do żadnych słów i nazw, zsubiektywizowany i wyczarowywany niczym  pod pędzlem impresjonisty. Cytat z tego samego opowiadania brzmi:

Ogarnął go niepokój, że nie rozumie tego, co widzi, że nie pojmuje tego, na co pstrzy. Nadal nie potrafił nazwać „dokąd”, choć przeczuwał, że „dokąd” tak samo ma nazwę ma to pojedyńcze drzewo rozcięte, otwarte. „Dokąd” nie jest ogólne, rozmyte, nieuchwytne jak „ coś” czy „gdzieś”, „jakieś”, ale jest konkretne nazywane, uchwytne w słowa, namacalne, jak  to „coś” – „tam”, po tej stronie drogi, to „samotna dudłowata wierzba na skraju zaoranego  pola”.

Czuł, że jest coś nie tak, że tak nie jest dobrze, że powinno być inaczej,  bo chociaż nazwał „to” – to drzewo, to „wierzba”, to „dudłowata wierzba” i inne rzeczy, nadal nie potrafił nazwać „dokąd”. Nie pamiętał, jak się nazywa „dokąd”, a wiedział, że „dokąd” ma swoją nazwę – tak jak inne rzeczy. I bał się, że tak już będzie zawsze, że już nigdy nie będzie  wiedział jak „dokąd: się nazywa, jak ma na imię. Bezimienne „dokąd” – lekkie, barwne, migotliwe – będzie unosiło się w bezgłowiu.

Oczywiście w tym wypadku rangę rzeczy zyskuje nie „otok” krajobrazowy, ale niepokój bohatera poszukującego mało sobie znanej dziewczyny i jakiegoś porządku pośród doznań. Jak już powiedziałem tytuł Wielorzecze jest formułą ogromnie pojemną, by nie rzecz przepastną. Sankcjonuje ogarnianie świata rzeczy w ich par excellence zmysłowej postaci, wszelkiego rodzaju kontemplacje , dociekania  – i snucie filozoficzno-poznawczych analogii, i posługiwanie się różnorodnymi formami „zagapienia”. Wśród  owych „zagapionych na  świat rzeczy” znajdujemy już to autoobserwatorów „wciąganych w wir rzeczy”( dziwna fenomenologia pasażera z upodobaniem zajmującego w pociągu miejsce tyłem do kierunku jazdy), już to śledzących chybotliwy stan swojego mózgu i nieposłuszeństwa własnej świadomości albo rozważających  fenomen dziwnego zapominania i równie dziwnego trwania rzeczy ich w pamięci. Zwraca też uwagę szczególna, ale wsparta filozofią egzystencjalną, wrażliwość bohatera na świat wirujących  rzeczy i analogii, pełen zarówno „kolorowych jarmarków”, zasłyszanych wątków historycznych, zdumiewających starych cmentarzy i mgieł, urody, co więcej – poezji rzeczy zwykłych, już to widziany niemal pod mikroskopem, już to ciągle się oddalający, „aż do Oddalenia Wielkiego „.

Asumpt do wszystkiego udziela nieco panteistycznie pojmowana wszędobylska przyroda znad Nogatu  i jako nieodzowny entourage a zarazem przedmiot i doskonałej znajomości i stałej obserwacji (by nie rzec – kultu), stanowiąca zawsze tło rzeczy niedopowiedzianych, czasem ledwie muśniętych dramatów ludzkich (np., „legendarna” sprawa Bezuchego), czasem mijających bez śladu.

Poetyckość narracji wyraziście wiąże ten tom prozy Modrzewskiego z  polską prozą modernistyczną początków XX wieku, z tym że jest to poetyckość współczesna, otwarta na wielość, zmienność poetyk i wolna od jakiejkolwiek ortodoksji znamiennej dla doktryn literackich tamtych czasów. Ciekawą – a rzekłbym, że i nowatorską – metodą autora jest właśnie akcentowanie bezzasadności widzenia  rzeczy z jednej perspektywy uczuć i doznań. W Talarze wielkim, szczerozłotym czytamy:   Znowu, znowu zaskoczyła go myśl – a właściwie nie myśl, lecz jakaś przedziwna  mieszanina uczuć i ducha,  lub dalej: przedziwna mieszanina emocji, myśli i najgorszych przeczuć. Jako że bohater jest nie tyle podmiotem, ile przedmiotem, igraszką sił wewnętrznych, tajemnych, nieznanych, wzniecających się gdzieś w środku. Słowem gapi się na świat, ale czuje, że choć widać rzeczy, gapi się donikąd. Dzięki też tej właśnie osobowości twórczej tylko w Wielorzeczu zachodzące słońce potrafi wyczyniać cuda z przedmiotami (zob.Talar wielki, starozłoty). Oczywiście na tym polega rola zdumiewającej wręcz wyobraźni autora Wielorzecza, bezustannej żonglerki między asocjacjami, refleksjami, obserwacjami i znajomością rzeczy, iż słowo toczy tu się płynnie i ciekawie,  stanowiąc zagadkę samo w sobie, jak i nie przestając być frapującym tematem, powołującym ruch obrazów i myśli. Owa natura poetyckiego słowa, ożywiająca jak i unicestwiająca rzeczy, wypełniająca „podobrazie” oraz dająca postać rzeczom – może stanowić wdzięczny temat osobnej refleksji czytelniczej.

W pełni podzielam werdykt gdańskiego jury, tak wysoko lokujący propozycję Modrzewskiego z ubiegłego roku. To naprawdę jedna z najbardziej ambitnych i najciekawszych książek wydawnictwa POLNORD z ostatnich lat.

 

(recenzja  książki Stanisława :Modrzewskiego pt., Wielorzecze, Gdynia 2 010)

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko