Stefan Jurkowski – Życie prostopadłe (O poezji Wacława Oszajcy)

0
189

Stefan Jurkowski


Życie prostopadłe

(O poezji Wacława Oszajcy)

 

Wacław Oszajca jest poetą ponad stereotypami, nawet – ośmielę się zauważyć – ponad kapłaństwem, ponad przynależnością do zakonu jezuitów. To przekonanie o umowności wszelkich ziemskich przynależności i „układów” wynika z autentycznej potrzeby prawdy, szacunku i ufności wobec Tajemnicy. Poetę interesuje więc człowiek oraz jego ziemski, a zwłaszcza wieczny los.

 

Oszajca nie ustawia się na pozycjach „autorytetu moralnego”, nauczyciela, przewodnika znającego najlepsze drogi, ale partnera. Partnera w niewiedzy, zagubieniach, ograniczeniach, poszukiwaniach. Z pewnością do owych poszukiwań stara się zagrzewać, ale przecież w każdym wierszu, w każdej linijce jest towarzyszem wspólnego losu, nie monopolistą prawdy i nieomylnym przywódcą.

Oszajca posługuje się metaforą, obrazem, skrótem. W ten sposób potrafi w bardzo ekspresyjny sposób pokazać, że prawdziwe doświadczenie religijne, to nie przyjmowanie w całości gotowego bloku twierdzeń, poglądów i rozliczanie się z tej wiedzy; to nie system nagród i kar mających dyscyplinować człowieka i sprowadzać go na „właściwą” drogę. Poprzez głód prawdy, cierpienie, doznawanie miłości i szczęścia, człowiek uczestniczy w wielkim misterium życia. Przeżywa jakże istotną intelektualna przygodę. Poezja Oszajcy jest w głównej mierze zapisem takiej „przygody”.

W rozumieniu Oszajcy ani świat widzialny, ani Bóg nie są przeciwko człowiekowi. Nie ma więc tutaj metafizycznego strachu. Stwórca i stworzenie tworzą w poezji Oszajcy osobliwą jedność, jakiś zespół tajemniczych zależności i powiązań. Jakich? Właśnie. To jest przedmiotem ludzkiego niepokoju i poszukiwań. Zarazem inspiracji poetyckiej. Człowiek, jako istota ograniczona i skończona nie jest w stanie pojąć całego skomplikowania nieskończoności i niewyrażalności, za którą paradoksalnie tęskni. W dodatku czuje, że każda próba nazwania jej – choćby to był nawet najbardziej wyrafinowany system teologiczny, moralny, etyczny – jest niepełna. A dramat zaczyna się wtedy, gdy taką niepełną prawdę przedstawia się jako ostateczną i każe się w nią bezapelacyjnie i bez żadnych pytań, a co dopiero jakiegokolwiek odstępstwa od linii oficjalnej wierzyć, pod karą wiekuistej utraty zbawienia. Poeta pyta natomiast o zakres ludzkiego poznania, o istnienie prawdy obiektywnej. Oszajca jako kapłan, ale przede wszystkim jako poeta, nie tworzy tutaj spójnego filozoficznego systemu, wiedząc skądinąd, że będzie on nieadekwatny do potocznego doświadczenia. Także nie poucza. Cierpi z cierpiącymi, bo i nim targają podobne dylematy. Powiada, że nasze poznanie może być wyłącznie intuicyjne, postulatywne. Wynika to z naszych naturalnych ograniczeń. Nie waha się wykrzyczeć samemu Bogu:

 

„to ja ciebie zapytam

dlaczego my tutaj musieliśmy całe życie

jeść czyjeś ciało

pić czyjąś krew

bo tak wygląda u nas miłość

 

dlatego że nie jesteś nam nic winien

powiedz

dlaczego ostatnie słowa

ostatnie zdanie dobrej nowiny

w najstarszej Ewangelii

to

Boże mój

Boże mój

czemuś mnie opuścił”

 

Tego rodzaju poezja daleka od ortodoksyjnej konfesyjności, stanowi bardzo oryginalny i odważny poetycki komunikat. Oszajca ma duże wyczucie słowa, jest niezwykle oszczędny, dba o prostotę, przejrzystość i ekspresję języka. A także o proporcje pomiędzy poetycką konstrukcją, a warstwą refleksyjną wierszy, która to warstwa – jak widzimy – jest tutaj niezwykle bogata i złożona. Przecież tworzywo poetyckie jest istotnym nośnikiem ważkich treści, które poeta chce przekazać odbiorcy. Musi więc być precyzyjne, aby uchronić się od mielizn banału, i z całą swoją ostrością dotrzeć do wyobraźni czytelnika.

Niejakim kluczem do tej poezji niech będzie poniższy fragment:

 

„kawałkiem marmuru

Grek mnie przestrzega

wierz wyłącznie

niepoznawalnemu Bogu”

 

Jeśli bowiem metafizyczna rzeczywistość jest uniwersalna, nie może ograniczać się do ram wyznaniowych. Poeta mówi o tym wyraźnie, i przedstawia świadomie inną propozycję, pragnie przerzucić akcenty, przywrócić właściwe proporcje. A przede wszystkim uświadomić, że świat nadprzyrodzony jest czymś „nieprzekładalnym”, zupełnie innym, nie dającym się mierzyć naszą miarą; że w tym świecie religie i systemy etyczne w naszym rozumieniu stają się niepotrzebne, bo wszystko koncentruje się ostatecznie w Niepoznawalnym Prawodawcy. Jakiekolwiek ramy światopoglądowe są jednocześnie ograniczeniem dla poezji, która jest grą wyobraźni, sprawdza nośność słowa, kreuje zupełnie nową rzeczywistość. Korzystanie z poetyckich stereotypów zabija każdy wiersz. Oszajca jasno zdaje sobie z tego sprawę, i owych stereotypów unika jak ognia.

Przejmujący jest wiersz „Jak milczałeś tak mów”, w którym mit ściśle splata się z rzeczywistością, boskość z upodleniem, szczęście z cierpieniem. Jest to jakby swoiste epicentrum ludzkiego losu. Mamy tu do czynienia z gorzką prawdą, że nasze życie nie zawsze jest podbudowywane osobliwymi znakami. Zauważalna i bezpośrednio nas dotykająca jest natomiast śmierć, trud porodu, głód, ucieczka, wiara i niewiara, bezsilność wobec niesprawiedliwości, świadomość, że oto „rodzę cię na zatracenie śmierci”, poczucie absurdu, bezsensu, krzywdy, ale i nadziei. To wszystko nie jest wyłącznym udziałem Betlejemu i Golgoty, ale dopóki istnieje ludzkość jej los sytuuje się pomiędzy tymi punktami odniesienia w każdym czasie i w każdym miejscu na Ziemi. Powie gorzko matka:

 

„nastaje czas

i postawią ci świątynie

zapalą świece i kadzidło

skrzyżowania ulic i dróg rozstaje ozdobią twymi pomnikami

na wielkich stadionach będą recytować twoje

wszystkie słowa

i wysyłać je w kosmos z nadzieją że przedrą się

poza horyzont wszechświata”

 

Ta matka, zwykła kobieta z Nazaretu, ostrzega dalej:

 

„pamiętaj synku

świat zdarzeń jest kulisty

i ciążą one ku środkowi

 

gdziekolwiek jesteś

żyjesz prostopadle”

 

I jakże proroczo powiada:

 

„stojąc na brzegu twojej mowy

wyłuskają z niej pojedyncze słowa

zmieniając w kamienie albo w róże

zależnie od tego czy zechcą uśmiercać lub ożywiać”

 

Ależ Ona mówi to teraz, dzisiaj. I jutro. Kobieta, związana, spleciona z nami wszystkimi. Jedna z nas. To najdobitniejszy znak instrumentalnego traktowania Słowa, także poetyckiego, i sprzeciw wobec podobnym praktykom. W sposób prawie niespotykany w literaturze, autor przedstawia metafizyczny pierwiastek maryjny, „oczyszczony z ikonograficznych sztafaży.

Można powiedzieć, ze jest to poezja ze wszech miar poszukująca: tak swojego indywidualnego wyrazu, jak i ważkiego przesłania. Poszukiwanie bowiem jest niezbywalnie przypisanemu człowiekowi w każdym czasie. Wreszcie mamy tu opisanie naszego egzystencjalnego lęku i zarazem radości istnienia.

Powiada Wacław Oszajca, „cierpiąc w radości że wiem nie wiedząc”, w sposób celnie i misternie zmetaforyzowany, bez agitowania, agresji, sączenia taniego dydaktyzmu i autorytatywnego orzekania, kreuje swój świat poetycki. Jego wiersze wprost porażają swoją autentycznością i zarazem autorską odwagą. Bólem i radością. Przecież to jest najbardziej prawdziwe doświadczenie.

Można powiedzieć, że twórczość Oszajcy, jakże indywidualna i osobna, należy do najważniejszych dokonań w poezji polskiej, i to nie tylko pisanej przez księży.

Inną osobowością poetycką był Jan Twardowski. Wychodził on od szczegółu, od zachwytu nad fragmentem rzeczywistości, pięknem natury, od owej „biedronki”, która weszła do potocznego języka jako określenie tej poezji, ale i samego poety. Jan od biedronki – jak go nazywano. Jednak poezja Twardowskiego nie ograniczała się do samej „zewnętrzności”. Autor „Znaków ufności” wchodził w przestrzeń metafizyczną poprzez obraz, asocjację, a także posługując się intuicją. Stworzył swój własny język, własną, osobliwą „metodę” docierania w głąb poprzez wyobraźnię. Jest to poezja jakże różna od twórczości Wacława Oszajcy, ale jedna i druga mają swoje punkty styczne. Obie zdążają w tym samym kierunku: nie do konfesyjnych (albo estetycznych) manifestacji, ale do niepoznawalnej tajemnicy, wobec której nawet słowo poetyckie pozostaje bezsilne, choć ono właśnie jest najbardziej predestynowane, by jak najbardziej się do niej zbliżyć. U jednego i u drugiego poety owe zmagania z tworzywem poetyckim widać wyraźnie. I to ich łączy.

Oszajca natomiast wychodzi w swojej twórczości z intelektualnego punktu widzenia. Nie odnosi się tak często do codziennego konkretu. Odwrotnie – on stara się niejako ukonkretnić bardziej ogólne refleksje. Posługuje się najczęściej bagażem kulturowym, by później ów bagaż niejako „usprawiedliwić”, „przełożyć” na język poezji, pokazać jego funkcjonowanie, uniwersalność (wieloaspektowość?) w naszej codzienności. Ale jeden i drugi poeta spotykają się w tajemniczej przestrzeni, mówią o tym samym losie każdego z nas. Każdy swoim językiem, ale też każdy w sposób bardzo indywidualny i oryginalny.

Można więc powiedzieć, że – podobnie jak w rozważaniach o poezji kobiecej – nie ma żadnego znaczenia, kim jest autor: mężczyzną, kobietą, jaki wykonuje zawód, czy jest księdzem, czy zakonnicą. Powtórzmy zatem truizm, który czasem warto przypomnieć: poezja jest albo dobra, albo słaba. A poezja Wacława Oszajcy – jak się rzekło – sytuuje się w czołówce.

 

Stefan Jurkowski

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko