Leszek Żuliński – Między rozpaczą a nadzieją

0
277

Leszek Żuliński


Między rozpaczą a nadzieją

 

Piotr Kuncewicz kończąc 9 kwietnia 2007 roku swój żywot, nie zdążył dokończyć być może jednego z najważniejszych dzieł literackich, jakie akurat był pisał. Jest to „Brama. Dziennik intymny Doktora Fausta” – rzecz, którą najlepiej chyba scharakteryzować określeniem: powieścio-esej.

 

Ta książka Piotra Kuncewicza, Wielkiego Mistrza Wielkiego Wschodu Polski (w latach 2004-2007) zaczyna się w roku 6004 Prawdziwego Światła (to masońska rachuba czasu polegająca na dopisywaniu 4000 lat), czyli w roku 2004, kończy się zaś w roku 6007, czyli w 2007 – przerwana śmiercią Autora. Przerwana tuż po rozpoczęciu rozdziału XIII – feralnego? Zachował się konspekt „Bramy”. On też urywa się na rozdziale XIII – nie znamy więc ostatecznego zamysłu Autora, nie wiemy, czy teksy zmierzał ku końcowi (moim zdaniem, wszystko na to wskazuje), czy też został przerwany daleko od tegoż końca. Jednak nawet jeśli przyjmiemy to ostatnie przypuszczenie, Piotr zdążył napisać tyle, że pozostawiony w komputerze utwór jest warty publikacji, lektury i namysłu, to bowiem tekst poruszający, zaskakujący, dotykający wielu bardzo ważnych spraw, które chciał nam przekazać.

„Brama” to spowiedź życia Piotra Kuncewicza. Jej podtytuł jest – moim zdaniem – odbiciem mentalnej sytuacji: faustyzm to stan „wieku męskiego, wieku klęski”, kiedy świadomość kresu nie zamazuje oczu bezradną rozpaczą, lecz kieruje emocje w stan pogody ducha, która nakazuje nam ostatni flirt z młodością, a i po jego oczywistym fiasku pcha mędrca w ramiona stoicyzmu, z którego nakazu poszukujemy harmonii bez pocieszenia, spełnienia bez wygranej. Postrzegamy los własny jako ziarenko Losu i Mitu zbiorowego; między Dobrem a Złem widzimy nie koniec własnego nosa, lecz raczej przyczynę wszelkiego początku. Z wyżyn starości schodzimy w dolinę młodości, gdzie lęgnie się nowe życie, wieczne odrodzenie, unieważniające śmierć.

Już pierwszy akapit tej niedokończonej książki pobudza apetyt na czekającą nas ucztę filozoficzną: „Tulipan zgubił płatek. Różowy na obrzeżach, stopniowo przechodzący w coraz intensywniejszą czerwień pośrodku, kulminujący czarnym haczykiem słupka na końcu. Pozornie niewinna pułapka życia. Symbol zagłady. Symbol czegokolwiek. Położyłem go ostrożnie na półce, a okaleczony kwiat wyrzuciłem. Pomyślałem o głogach Prousta, o róży Rilkego i o kwiecie paproci. Niejasne pragnienia, strach albo rezygnacja. Mijający człowiek pogrąża się w sobie. Znajduje proch czasu, tam gdzie kiedyś było miejsce na wściekłość i drwinę. Jeszcze nie ze szczętem wygasły, jeszcze niekiedy czuję ich żar, zasnute szarym popiołem węgle parzą, ale czy zdołają podpalić cokolwiek? I przede wszystkim, czy warto w ogóle coś podpalać? Chyba, że dla samej radości żywego ognia…”

Dalej w tej próbie rekonstrukcji minionych zdarzeń i losu przeplatają się dwa wątki: historyczno-społeczny i egzystencjalny. Ten pierwszy chyba jednak ustawiony na drugim planie, niczym dekoracja dla dramatis personae, na którą niektórzy widzowie nie zwracają uwagi. Ale tym razem warto to zrobić. Piotr opisuje powidoki swojego wojennego dzieciństwa, relacje z matką (siostrą Jerzego Kuncewicza), pierwsze kształtujące go inicjacje różnego typu, w końcu już świadome lata studiów na lubelskim KUL-u, podczas których dała znać o sobie jego niezależność myślenia (m.in. pisze: „Tomizmu i marksizmu nie sposób było brać na serio”). Potem przełom 1956 roku, Marzec ’68, szok „Solidarności”… Oceny Kuncewicza – to ważne! – zupełnie wyłamują się z szablonu polskiej histerii; np. w pewnym miejscu pisze: „Szybko zaprzyjaźniłem się ze współmieszkańcem naszego pokoju, asystentem historii, ale byliśmy dla siebie nawzajem źródłem przepastnego wręcz zdumienia. On także pisywał wiersze, ale jego ballada o Bierucie wyrażała dobre, szczere i autentyczne uczucia. Kogoś takiego widziałem po raz pierwszy w życiu. Miałem się też wkrótce przekonać, że akceptacja socjalizmu jako obiecującej przyszłości jest w istocie rzeczy powszechna. W istocie było to zupełnie naturalne: klasa średnia przecież wyginęła, a nowa inteligencja dopiero się formowała, głównie z chłopskich dzieci, pamiętających znakomicie, z jakich dołów nędzy i upokorzenia się wywodzą. Nowa Polska, mimo wszystkich jej ograniczeń i uzależnień, dała im wszystko, co miała, była ich Polską. Paradoksalnie to z nich dopiero miało i mogło się narodzić pokolenie grabarzy socjalizmu. A może nawet powinno?” Czytając taką właśnie opinię na tle nieustającego polskiego swaru wokół etyki politycznej, warto jeszcze natychmiast wyłuskać inną konstatację Piotra o tym, że są „cztery stany sumienia: złe i spokojne, złe i niespokojne, dobre i niespokojne tudzież spokojne i dobre. Jakie więc sumienie ma Kowalski? A niech sobie idzie do licha. Któż na świecie może mieć spokojne? Któż na świecie może mieć dobre?”.

Kuncewicz był niesłychanie tolerancyjnym liberałem, aż do tego stopnia, że najważniejszą cechą, jakiej mu brakowało, była asertywność. Nie należy tego jednak mylić z tchórzostwem czy koniunkturalizmem. Nie znosił po prostu etyki normatywnej i oceniającej. Uważał ją za kompetencję uzurpatorską. Wiele wartości postrzegał nie w wymiarze doczesnym i pragmatycznym, lecz w perspektywie uniwersalnej: „To tylko ja, moje ciało i umysł powinny być miejscem Armageddonu, to tu anioł przełamuje ostatnią, siódmą pieczęć, ten wszechświat wewnętrzny znasz przecież najlepiej; historię, grupę, środowisko zostaw innym, ty, ty sam wystarczysz za wszystkich innych, ponieważ ten, kto potępia jednego człowieka skazuje tym samym cały świat.” To niesłychanie ważka refleksja, o której istocie wszyscy już zapomnieliśmy: naprawę świata zaczyna się od siebie, a nie od innych, sobie pozostawiając prawo prawdy i racji. „Trzeba być nieszczęśliwym, żeby doznać szczęścia i złym, żeby pokochać dobro. Tylko szatan rozumie i prawdziwie wielbi Boga” – w tej osobliwej dialektyce nie kryje się żadna kazuistyczna intencja czy też erystyczne wobec inaczej myślących argumenty – Piotr był wyznawcą wszelkiej „jedności przeciwieństw”, w ich aksjologicznej przeciwwadze i huśtawce dopatrywał się logiki i harmonii oraz największej tajemnicy marksistowsko-boskiego mechanizmu rozwoju i istnienia (tak, tak – choć był agnostykiem i żadnym tam marksistą).

Zaczął pisać „Bramę”, kiedy zrozumiał, że jego świat obraca się w niwecz. Najpierw świat zewnętrzny i świat wspólnoty pokoleniowej. W tekście wiele stron poświęcił pismu „Ówczesność” – zapewne Państwo wiecie, o jakim piśmie mowa… Niektóre postacie tamtego środowiska są nazywane z imienia lub nazwiska, jak np. Grochowiak, Ernest czy Swen. Inne mają łatwe do rozszyfrowania „ksywki”, np. Bogdan Blekałt, Irek Bydełło, Roman Jabłecznik, Zbyszek Warzywo, poeta Gęgawa… Przewijają się rozpoznawalne dla wtajemniczonych i inne postacie, np. Andrzeja Lama czy Alicji Lisieckiej lub dramatyczne z tamtych lat incydenty, np. samobójstwo Dudusia Pawlikowskiego, który wyskoczył z piątego piętra, gdy zaczęto go podejrzewać o współpracę z bezpieką i złożenie zeznań przeciw Januszowi Szpotańskiemu. Ale najbardziej zagadkową postacią tych wspomnień jest niejaki Jeske. Kryje się za tym przydomkiem dziś już słabo pamiętany Bogusław Choiński, ongiś współzałożyciel klubu „Stodoła”, autor wielu głośnych tekstów piosenkowych i obok Lecha Emfazego Stefańskiego drugi filar Mironowego Teatru na Tarczyńskiej. Choiński zajmuje sporo miejsca w tym tekście, bowiem – jak się okazuje – był dla Kuncewicza kimś w rodzaju guru. Trudno właściwie wywnioskować dlaczego, to raczej jakaś osobowościowa tajemnica, promieniowanie, fluid… Zmarł 2 września 1976 roku – w tym samym dniu, co… Stanisław Grochowiak. Dla Kuncewicza to data magiczna, symboliczna. O Marianie Ośniałowskim pisze, że „od niego zaczęło się wielkie wymieranie naszego pokolenia”, a zakończyło się chyba właśnie śmiercią Grochowiaka i Choińskiego.

Ale przecież nadal żyją poeci „Współczesności”, a Piotrowi Kuncewiczowi było dane żyć jeszcze 31 lat. Tak, ale rzeczywiście coś się wtedy skończyło. Rok 1976 to były wydarzenia w Radomiu i Ursusie; potem epoka weszła w burzę galopujących przemian i nic już nie było takie jak dawniej. Nie idzie mi, rzecz jasna, o żadne resentymenty polityczne, ale o usytuowanie tej konkretnej sytuacji pokoleniowej. Chłopcy ze „Współczesności” zaczęli wchodzić w ów „wiek męski, wiek klęski”, a poeci Nowej Fali brutalnie im to uświadamiali. Kuncewicz, który nigdy nie miał „temperamentu politycznego” i był raczej „turystą” w wielkich Ogrodach Kultury, zaczął się zamykać w swojej faustowskiej pracowni i w żmudnym, drobiazgowym wysiłku pisać kolejno swoje wielkie dzieła: „Agonię i nadzieję”, „Goy patrzy na Żyda”, „Legendę Europy” oraz dziełka pomniejsze, jak np. książeczkę o New Age. Przez moment próbował kariery błyskotliwego felietonisty, celebryty z kolorowych pism oraz gawędziarza telewizyjnego, ale drzwi wspomnianej pracowni powoli, szczelnie się za nim zamykały. Może – jak sam napisał – wychowany w cywilizacji braku gubił się w kulturze nadmiaru? Ale z czasem przyszły i konstatacje o wiele bardziej dramatyczne, takie jak ta: „Mój świat właściwie nie istnieje wcale. Widzę jedynie pozory i podejrzewam ich fałszywość. To wszystko jest tylko chmurą elektronów, kwantów, czy może jeszcze mniejszych drobin, nietrwałą galaretą, obłokiem mniej lub bardziej gęstym, to jaśniejszym, to znów bardziej mrocznym. Siedzę na obłoku, piszę na obłoku i sam jestem tylko obłokiem. Widzialna rzeczywistość, to naprawdę samum, burza piaskowa, dym, mgła od największych słońc i galaktyk poczynając, a na łebku od szpilki kończąc. Kończąc? Nie, żadnego końca nie ma, tako na górze jako i na dole. Zamurowany we własnym ciele, trwający przez ułamek chwili, nie mogę takiego świata dostrzec ani doznać, mogę tylko podejrzewać prawdopodobne oblicze rzeczywistości”.

Tu tak naprawdę zaczyna się ów faustyzm. Mógłby on mieć różne oblicza i imiona, ale Piotr być może utożsamił się z Getheańskim bohaterem dlatego, że pozostał admiratorem młodości i miłości oraz wiecznym hedonistą zapatrzonym w urodę świata, mimo że ten się przed nim zamykał.

Wiele miejsca w tym „pamiętniku” poświęcił miłości. Wyśpiewał tu kilka hymnów na cześć kobiet i ich magnetycznego powabu, tej irracjonalnej siły, która odbiera dystans i rozum. Jest w „Bramie” taki mocny fragment: „Ciało jest sondą, którą duch wysuwa do świata doznań materialnych, gdzie materialne łączy się z duchowym, a orgazm jest progiem uniesienia, poza którym jest tylko wiekuiste trwanie w Bogu. Nieustanny wzlot, wiekuisty orgazm ponad granicę naszego ubogiego pojmowania. Mam przedsmak szczęścia i nadludzkiego rozumu, kiedy w fiołkowej poświacie kwarcówki rozkładam, także fiołkowe, płatki warg sromowych swojej dziewczyny niby wielką, wilgotną orchideę. Spełnia się odwieczne, choć infantylne marzenie mężczyzny: zajrzeć do wnętrza kobiety, ujrzeć, poznać i doznać równocześnie.” Ujrzeć, poznać, doznać – veni, vidi, vici! Triumfalne spełnienie najskrytszego? Ale jest tu też rozdział napisany językiem mitologicznej przypowieści. To ajnuska legenda, której bohaterką jest kobieta „o żelaznym przyrodzeniu” – w chwili najwyższej ekstazy jej sztylety kawałkują kochanków, a ci, mimo że znają swój kres, idą w amoku między kleszcze jej ud. Zew miłości okazuje się mocniejszy od strachu śmierci. Miłość jest wołaniem, śmierć jest przeznaczeniem. Modliszka chityną partnera karmi swój płód. Śmierć i prokreacja to siostry bliźniacze. Znamy ten obieg uzależnień, setki legend i obrzędów na jego temat, ale Kuncewicz wyraźnie zafascynował się siłą owego „mechanizmu”. On, intelektualista, erudyta, człowiek Księgi – poddany tej najmocniejszej sile Natury, która pozostawia zawsze otwartą tę wielką furtę: miłość, wbrew temu, co wyżej, jest zaprzeczeniem śmierci, jej antypodą. Z tego wykwita znamię faustyczne.

Ale Piotr umiał i z dystansu spojrzeć na ten „dance amore”: „Przecież od dwóch tysięcy lat literatura i teatr wyśmiewają mezalians starego z młodym. Mamy to już we krwi. Starość się wstydzi, jest przecież występkiem. Bogowie są po stronie młodych, biologia i obyczaj też. Tylko ekonomia uśmiecha się ironicznie”.

Starość zbierając żniwo rozumu i wiedzy, otwiera okna na niepoznawalność świata. Sytość życia pobudza głód życia. Bezefektywny kołowrotek czasu, z którego jak plewy wylatują pytania o sens: „Cierpię, więc jestem. Mijam, więc minę. Czy mnie wtedy całkiem nie będzie? Nie wiem. Nie wiem nawet, co bym wolał, co wybrał, gdyby, naturalnie, jakikolwiek wybór mi dano. Czy udział w przerastającym mnie dramacie istnienia, trwogę i chwałę niewyobrażalnie innych światów, czy też absolutny spokój nicości”.

W konspekcie „Bramy” jest fragment, który zdradza zaplanowany koniec utworu. Oto on: „Rozmowa z diabłem to rozdział ostatni. (…) Diabeł mówi, że dawno pakt został podpisany – przez postępowanie i zaniechanie. Bohater przeżył dwa żywoty. Niczego nie dokonał, za mało się starał. Pytanie: po co ta wizyta? Odpowiedź: dla celów, których może nie zdążysz poznać, ale doznasz. Piekło to nieustanność powrotu do punktu wyjścia. Nie ma dobra i zła, nie ma Sędziego, nie ma więc odwołania, a tylko przemoc. Diabeł namawia bohatera do samobójstwa, do skoku z okna: – Wychyl się. Głębiej. Jeszcze głębiej. Jeszcze”.

I jeszcze jedno ważne zdanie: „Faust jest przedstawicielem i symbolem cywilizacji, do której należy, a Mefisto zmiany i buntu”.

Ta jasność widzenia, ten brak złudzeń, ten ciężar choroby i starości, to przenikliwe, wyzbyte naiwności zrozumienie korelacji szczęścia i cierpienia, to stoickie patrzenie na minione lata i idee całego życia niczym na chmury przesuwające się spokojnie po niebie są w tej „spowiedzi życia” Piotra Kuncewicza pozbawione jakiegokolwiek cynizmu; są w gruncie rzeczy afirmacją pełną pokory i pokorą pełną wyzwań. Są pieśnią i pragnieniem: „Córko Najwyższej Mocy, siostro galaktyk, matko mgławic, która wszędzie byłaś, przez którą wszystko się stało, namiętna i obojętna, łaskawa i nieubłagana, zjednocz substancję mojego ciała i duszy z całym Uniwersum, niech będą jako jedno, jako ciała kochanków, niechaj małe będzie jako duże, daj rozum, odwagę i siłę. Wróć mi młodość. Imię moje Piotr, imię moje Faust, imię moje Anhelli”.

Nie wiedzieliśmy, że Piotr zostawi nam jeden z największych tekstów, jaki powstał w literaturze polskiej ostatnich lat. Boleśnie osobisty i przejmujący, wyrosły z miar jego bogatego życia, erudycji i tajemnego natchnienia.

Pozostawi nam swoją własną postać Fausta-masona, który doznając doświadczeń epoki, wzniesie się ku doświadczeniom wiecznych mitów i przestróg.

„Tadeusz Borowski pisał, że nie potrafimy wyzbywać się nadziei i dlatego giniemy od gazu. Można mu odpowiedzieć, że pozbywszy się nadziei jeszcze wcześniej zginiemy z rozpaczy” – to zdanie warte jest zapamiętania, bo pada w tekście raz, ale „wisi nad nim” od początku do końca.

*

Do dnia dzisiejszego nie udało się znaleźć wydawcy ostatniej książki Piotra Kuncewicza. Publikuję ten tekst z nadzieją, że w końcu książka ta trafi do rąk czytelników.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko