Andrzej Wołosewicz – Urbankowskiego rozważania o Herbercie

0
27

Andrzej Wołosewicz

Urbankowskiego rozważania o Herbercie

„(…) aby dobro od zła, prawda od kłamstwa oddzielone były

na zawsze i bez wybiegów.”

Zbigniew Herbert

 

 

Książka Bohdana Urbankowskiego , którą omawia Andrzej Wołosewicz, ukazała się sześć lat temu – w roku 2004.  Pominięto ją w wszystkich nieomalże publikacjach recenzenckich w tamtym okresie. Ponieważ jej ciężar gatunkowy jest znaczący, uznaliśmy za słuszne wrócić do niej i polecić ją tym, którzy interesują się twórczością Zbigniewa Herberta – redakcja

Bohdana Urbankowskiego „Szkice o Zbigniewie Herbercie” jak autor sam w podtytule nazywa 3-tomowe (choć zamknięte w bryłę jednej książki) dzieło „Poeta, czyli człowiek zwielokrotniony” wydane staraniem Polskiego Wydawnictwa Encyklopedycznego POLWEN (Radom 2004) są warte dogłębnej analizy i rzetelnego namysłu z trzech powodów. Pierwszy jest historyczno-literacko-biograficzny. Drugi nazywam cywilizacyjno-aksjologicznym a trzeci recepcyjnym albo kuturowo-kontekstowym.  Zacznijmy więc.

Herbert zanurzony w historię był i jest. Mówię tu – za Urbankowskim – o najnowszej, współczesnej historii Polski, czyli tej z minionego już XX wieku. Herbertowskie fascynacje klasycyzmem, antykiem, śródziemnomorskością, Grecją i jakiekolwiek jeszcze dlań nazwy znajdziemy, to nie centrum a fundament, opoka, nie punkt ciężkości lecz odniesienia: punkt ciężkości to Polska i jej narodowo-ludzki dramat czasów porozbiorowej niepodległości i późniejszej znów, do dziś! – choć innego rodzaju, podległości (patrz przypis 52 ss.206/207; wszystkie odsyłacze w mojej recenzji dotyczą stron w książce Urbankowskiego). To jest bardzo ważne przypomnienie Urbankowskiego w obliczu usilnych prób wstawienia Herberta do historycznego lamusa (ss. 212 i następne: „Czerwony marsz „warszawki” przeciw Herbertowi”) i twierdzeń, że sprawnie intelektualnie to Herbert porusza się jedynie w przeszłości, bo dziś inni są mistrzowie tańca (czytaj: moralnych wygibasów), że Herbert chory (Miłosz, s 214), ma kłopoty z demokracją (Beylin, s. 215) i w ogóle jest – uwaga! uwaga! – „śpiewającym osłem, którego poezję cechuje przerost wypindrzonej formy nad dość jałową treścią” (ss. 214-215). Autor tego ostatniego paszkwilu z postkomunistycznego „Dziś” nie miał odwagi pokazać twarzy chowając się za pseudonimem. Do dziś.

Urbankowski dokonuje mrówczej, benedyktyńskiej roboty przekopania się przez najważniejsze omówienia życia i twórczości Herberta i robi to bardzo rzetelnie. Przykładem tego podejścia jest traktowanie „Pana od poezji” Joanny Siedleckiej (W-wa 2002). Urbankowski czerpie z Siedleckiej obficie. Tam gdzie ma wątpliwości co do ustaleń faktograficznych bądź interpretacyjnych (np. wpływu niektórych osób na Herberta) mówi o tym jasno, klarownie wyłuszcza swoje podejście i argumenty. Jego krytyczno-polemiczny zapał nie przesłania trzeźwości ocen. O książce Siedleckiej mówi: „ (…) zainteresowanych odsyłam do książki „Pan od poezji”. Warto!” (s. 31, przypis 7). Wszędzie, by zakończyć ten wątek, i we wszystkim, także w rzetelnym polecaniu konkurencji (tu Siedleckiej), w  wyważonej tejże konkurencji krytyce (s. 61, przypis 31) otrzymujemy solidny rozbiór źródeł. Dotyczy to ustaleń Andrzeja Kaliszewskiego (s. 330), Pawła Kadzieli (s. 302) i wielu innych, do których co rusz odnosi się autor „Poety, człowieka zwielokrotnionego”. To niesłychanie ważna konstatacja ponieważ tom I pt. „Biografia poety” ze względu na jego wcale-nie-historyczność z pewnością obudzi szczekanie beylinów, dla których ani wygodne pamiętanie czerwonej przeszłości Barańczaka, Zagajewskiego czy Kornhausera (s. 212) ani miłe wspominanie poetyckich hołdów Stalinowi w wykonaniu złych poetów czy – mniej może hołdów, a bardziej kunktatorskiej daniny w wykonaniu lepszych. Pisze o tym, bo Herbert układowcem i kunktatorem nie był jak chciałby Łapiński (s. 200, 212) i pisze o tym, bo Urbankowski potrafi powiedzieć, że Jarosław Iwaszkiewicz z całym bagażem swego życiorysu, wyborów i postaw „był najlepszym kandydatem na to stanowisko” (prezesa ZLP – przyp. A.W.) (ss. 190-191), przypomnieć talent Andrzejewskiego czy otwartość Herberta na pojednanie (casus Miłosza i Woroszylskiego, odpowiednio s. 222 i 216). Piszę o tym znając moc i wagę wybaczania. Kłopot polega na tym, że trzeba pamiętać aby wybaczać, lecz jeśli uparcie chcemy twierdzić, ze żadnej „Hańby domowej” nie było, to… co wybaczać? Jeśli chcemy twierdzić, że „Czerwona msza” urodziła się jedynie w głowie autora omawianej biografii Herberta, to co pamiętać? Na biograficzny t. I „Poety, czyli człowieka zwielokrotnionego” warto więc spojrzeć nie przez pryzmat lewicowego zacietrzewienia, lecz raczej jak na maleńką (bo gdzież Urbankowskiemu nawet przy nielichej obszerności „Poety…” konkurować z rozmachem antyHerbertowskiej kurcjaty) pastylkę-odtrutkę dla ofiar „Heglowskiego ukąszenia”. Piszę o tym zanim oponenci skupią się na sformułowaniach Urbankowskiego dowcipnie oddających wcale nie dowcipną rzeczywistość: „Ze względu na niski poziom odbiorców spotkania zamieniały się w rozmowy i pogadanki o Maryni, a i to nie o całej” (s. 132) czyniąc je głównym punktem zainteresowania. Piszę o tym z nadzieją, że wreszcie dyżurni apologeci już może nie czerwonej a nieco wyblakłej różowej mszy dadzą sobie spokój z nieudolnymi próbami mówienia półgębkiem, że ten Herbert, to jednak taki czysty nie był. Był. Tyle o biografii.

Dowodem na skrupulatność Urbankowskiego i jednocześnie dobrą ilustracją jego badawczego podejścia są rozważania wokół debiutu Herberta, dokładniej rozważania dotyczące wiersza „Dwie krople” (ss. 229-241). Urbankowski dzięki swej wielowarsztatowości, dzięki temu, że jest poetą, krytykiem i filozofem w jednym daje czytelnikowi możliwość zajrzenia pod podszewkę słów, aby spróbować dociec, kiedy, jak i dlaczego mogły być lub zostały wypowiedziane – tam, gdzie nie staje nam precyzyjności źródeł. Urbankowski stawia wtedy do dyspozycji czytelnika nawet warianty „nie niemożliwe acz mało prawdopodobne” (ss. 239-240). Dla nich też warto po książkę sięgnąć.

Walorem części stricte biograficznej jest ukazanie szerszego kontekstu działań, zachowań i wypowiedzi Herberta, z których dla uważnego czytelnika wyłania się obraz wartościotwórczy: środowiska literackiego w trudnym czasie politycznej presji, presji, którą nie wszyscy wytrzymali z honorem. To oni właśnie albo ich intelektualni spadkobiercy  – pod ciśnieniem wyrzutów sumienia? – zakrzykną: łapać złodzieja!

Tom II, „Kreacja i autokreacja” jest przejrzystą analizą poetyckiego dojrzewania a dalej poetyckiej pielgrzymki Herberta. Urbankowski robi tu jedną kapitalną rzecz, cytuje i przytacza obficie tak Herberta jak i poetów, u których dostrzega Herbertowe inspiracje, afiliacje, zapożyczenia  i odniesienia. Czym się tu zachwycać, skoro wydawać się to może normą! Otóż to! Wydawać jedynie! Najbardziej rozpowszechnioną praktyką krytyki literackiej jest samogadulstwo: ja mówię o tym, co poeta x napisał, jak i dlaczego to napisał oraz co to znaczy. Innymi słowy arbitralnie rozwiązuję odwieczny dylemat „co poeta chciał przez to powiedzieć” jego samego nie dopuszczając do głosu. Urbankowski mówiąc choćby o przytoczonych już „Dwóch kroplach” Herberta cytuje je  w całości, mówiąc zaś o swoich podejrzeniach w tym wypadku wpływu „Okruchów” Różewicza podaje je także w całości (s. 2424, przypis 57). Znamy zatem pełne zaplecze, całą kuchnię krytyczno-literacką myślenia Urbankowskiego. Sami możemy ją, podług własnych umiejętności albo i nie-umiejętności oraz możliwości, weryfikować, odnosić się doń, zgadzać i nie zgadzać. Walor poznawczy takiego podejścia jest ewidentny. Możliwy walor konfrontacyjny – gdy umiejętności staje – również. A nadto świadczy to o intelektualnej i literackiej odwadze Urbankowskiego: tak myślę. Nie wnioski i ex cathedra lecz dociekanie i droga do takich a nie innych wniosków  wiodąca. A mówienie i pełne prezentowanie tego, jak się pewne rzeczy robi jest możliwe wówczas, gdy rządzi nami przekonanie, że na drodze do prawdy można popełnić dwa błędy: zatrzymać się lub nie wyruszyć wcale. Dla jasności – Urbankowski nie popełnia żadnego z nich (co zapewne nie będzie mu wybaczone!).

„Kreacja i autokreacja” traktuje przede wszystkim o źródle i istocie poezji Herberta. Źródłem jest namysł moralny, moralność a istotą – powiedziałbym – współmoralność, owo ludzkie pomiędzy. Stąd odwołania do Camusowskiego „cierpię, więc jesteśmy” czy „buntuję się, więc jesteśmy”. To jest przejście, most do świata Pana Cogito. Przestrzeń między wydanym w 1969 roku „Napisem” a datowanym na 1974 „Panem Cogito” jest i przestrzenią i czasem i literackim miejscem wybicia się Herberta na poetycką niepodległość. Jej cywilizacyjno-aksjologicznym wyznacznikiem – oczywiście znacznie później –  będzie wyraźne przesunięcie akcentu z poszukiwań tego, z czego czerpie i do czego odwołuje się sam Herbert na odwoływanie się do Herberta jako Herberta, do samego Herberta. Samo, wciąż istotne i istniejące, Herbertowe zaplecze poetyckich wzlotów, staje się tym, czym być powinno: zapleczem właśnie. Tymczasem za sprawą Urbankowskiego obserwujemy przeistaczanie się Herberta debiutanta, wielokrotnego i późnego debiutanta!, w pojętnego młodzieńca, który chłonie kulturę od jej zarania i potrafi to chłonięcie uwspółcześnić i przerobić na swój poetycki użytek  aż po uczynienie siebie samego już nie młodzieńcem a mężczyzną dojrzałym, panem, Panem Cogito. Te rozważania dają możliwość wszystkim znawcom, wyznawcom i po-znawcom (czyli tym, którzy przede wszystkim chcą poznać) prześledzenia wszystkich, ale to dosłownie wszystkich kroków Herbertowej frazy, także tej zaklętej w jego sztuki sceniczne czy radiowe oraz eseje, o których paradoksalnie można – po części za Urbankowskim a po części z obserwacji własnej – powiedzieć, że są tak już słynne, znane i popularne, że aż …. nie czytane! Jednego z królów polskiej eseistyki spotkał los historyczny: demokracja królów nie znosi.

A miałaby czego posłuchać. Tego przede wszystkim, że cywilizacje trwają dopóty dopóki są w stanie obstawać przy aksjologii, która je ufundowała. Że budowanie na wartościach ani łatwe, ani szybkie, ani ukierunkowane na indywidualne profity budującego. Ale kto obiecywał, że będzie łatwo? No, byli tacy, za cenę usłużności, kłamstwa, pogardy. To przeciwko nim kieruje Herbert  „Przesłanie Pana Cogito” „Idź wyprostowany wśród tych co na kolanach/ wśród odwróconych plecami (…)” zamknięte wezwaniem: „Bądź wierny Idź” (s. 377).

Tom III swojej książki zatytułował Urbankowski merytorycznie czytelnie i wyraźnie: „Norwid schyłku XX wieku”. Jest w tym i nobilitacja poprzez odesłanie do Antenata, który wartościom służył (Bóg, Honor, Ojczyzna) uparcie i wiernie, choć w sposób dla odbiorcy wcale nie łatwy, ale i jest w tym memento, które – wprost przez Urbankowskiego nie wypowiedziane – znajdziemy wszak w losach twórczości Norwida, w jego spóźnionej recepcji, recepcji na dobrą sprawę nigdy w kulturze dobrze nie dokonanej! Oby z Herbertem było inaczej. To jest bodaj zasadniczy cel trudu podjętego przez autora pierwszej tak pełnej monografii Herberta.

Związki z rzeczywistością poetycką otaczającą Herberta, a więc także oddziałującą na niego (jak i on na nią, choć trudniej, bo Herbert wymagający i – w tym także sensie – niebezpieczny, tak dla władzy jak i kulturowych analfabetów a i bardzo wykształconych moralnych krętaczy) badane są w sferze literackich konkretów tj. nazwisk, środków poetyckich czy sposobów penetracji świata kultury. Wymieńmy więc: Kochanowski, Karpiński, Słowacki, Norwid, Baczyński, Gajcy (ss. 483-526). Tych poprosił sam Herbert na poetyckie zaduszki przygotowując program na wieczór poetycki „Słowo na wieczorze poetyckim w Teatrze Narodowym 25 maja 1998 roku”. Pozostałych zaprosił Urbankowski, by rzecz o Herbercie była pełna. (Trzeba tu dla porządku wspomnieć, że autor nie uprawia badania wpływów dla samych wpływów zostawiając to „młodym ambitnym wpływologom” (s. 505). Dzięki temu zresztą książka „Poeta, czyli człowiek zwielokrotniony” unika starej (i stałej!) choroby większości dzieł badaczy i literaturoznawców, tj. bycia zbiorem przypisów do przypisów, odnośnikiem do innych już poczynionych odnośników, deptaniem tych samych śladów, na które nie warto już spoglądać. Książka Urbankowskiego jest od samego początku w pełni samodzielna i niezależna, co nie znaczy, że nie wchodzi z innymi w – by użyć bokserskiego terminu – zwarcie. Bo wchodzi. Taki już jej urok! I przewidywane przeze mnie trojakie kłopoty z recepcją: albo niezrozumienie, albo świadomie opaczne traktowanie albo próby wyciszenia i pomijania.) Urbankowski zaprosił więc: Mickiewicza, Przybosia, Różewicza i Miłosza. Nad poetyckimi związkami Herberta z Miłoszem warto pochylić się sumiennie i osobno. Urbankowski pokazuje tu klasę: jest na drugim końcu świata, po przekątnej od ujadania jakim (po)traktowano Herberta w pryncypialnym przecież sporze z Miłoszem. Urbankowski mówi wprost nie zacierając różnic między Poetami: „W ostatecznym rozrachunku różnic jest więcej niż podobieństw. Tym niemniej siódmy portret – właśnie Czesława Miłosza – powinien był się znaleźć na wieczorze poezji Herberta.”. (s. 523)

Na koniec wspomnę tylko, skoro mowa była o zwarciu i nawiązując do takiego a nie innego tytułu mojej recenzji, że Urbankowski odnosi się do większości ważnych, bo poczytnych jak też poczytnych, bo ważnych interpretacji twórczości Herberta (Karl Dedecius, Paweł Lisicki, Stanisław Barańczak, Justyna Szczęsna, ss. 661-678) oraz do nieszczęsnych wydarzeń, które nazywa otwarcie „Pośmiertnym niszczeniem wizerunku poety”. (ss. 697-718) Ale zostawmy trochę lektury czytelnikom przypominając, że recenzja nie ma zastąpić lektury. I przypominając na koniec innego przywołanego przez Urbankowskiego poetę, Tadeusza Kostewicza, którego słowa najlepiej oddają sens Herbertowego trudu:

 

„(..) Idź o drogę ludzi nie pytaj,

Idź  tam, dokąd dojść musisz.

Jutro, za miesiąc, za lat dziesiątki.

I stań u celu pełen nieba, przestrzeni.

Idź, nie żegnaj się. Nie trzeba.”

Oby.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko