Andrzej Wołosewicz – Literatura na szubienicy, czyli o nowych białych plamach

0
286

Andrzej Wołosewicz

Filozof, krytyk literacki, nauczyciel akademicki,

Literatura na szubienicy, czyli o nowych białych plamach

„Zdrowy rozsądek i prawda to nie są zwierzęta stadne”                                                                                                                  Marcin Bosacki

 

Filip WrocławskiCo zrobiliśmy z odzyskaną wolnością?

Ciągle się przekonuję, że coraz trudniej o spojrzenie na całość literatury. Wśród wielu zrozumiałych powodów[1] są i takie, których zupełnie się nie spodziewałem. Należą do nich nowe białe plamy. Minęło 20 lat odkąd odzyskaliśmy wolność. W literaturze wydarzyły się rzeczy, które wcześniej – z powodów politycznych – nie mogły się wydarzyć.[2]

Miałem nadzieję, że mimo nich, a może właśnie dlatego, że się wydarzyły, dostąpimy czasu spokojnego sięgania po „literaturę zewsząd”, po literaturę „w poprzek” politycznych koterii i okopów dzielących twórców i związki twórcze. I ta nadzieja jeszcze we mnie nie wygasła – stąd ten tekst..

 

Literatura, a dokładniej poezja, o której chcę pisać, jest sprawą dość subteln

ą. Nie dlatego jednak, że jest przestrzenią działania „efemerycznych aniołów”, lecz dlatego, że sprawia określone kłopoty interpretacyjne. Ich symbolicznym wyrazem jest gombrowiczowskie „dlaczego Słowacki wielkim poetą był” włożone w usta profesora Pimki. Jednak jakie by te kłopoty nie były, to nie one są najważniejszą przyczyną, że jakiś tekst, wiersz, tomik pałęta się po marginesie marginesu literatury lub zupełnie „nie istnieje”. Pominięcia i pomijania wynikające z czytelniczego odrzucenia są wpisane w ryzyko każdej twórczości. Problemem jest sytuacja, w której ktoś za odbiorcę decyduje, czego ów nie zobaczy, nie przeczyta, nie usłyszy. Złośliwie mógłbym użyć terminu „przedustawna harmonia”: ktoś ustawia pole kulturowej percepcji wedle własnych reguł i preferencji decydując, co się w nim pojawić może a co nie, za żadną cenę. Zauważone i omówione zostaną wszystkie „grochole”, „pilchy”, „stasiuki” i „tokarczuki”[3], „lusie ogińskie” tomik Polkowskiego (bo przemówił po 10 latach ciszy, kiedy to zajmował się polityką – sam to zrobiłem w ”Migotaniach, przejaśnieniach”) a żadna książka Gąsiorowskiego czy Sokołowskiego, Małgorzaty Lebdy (doskonałej poetki, startującej dopiero) czy Anki Kowalskiej (która po bardzo dobrym debiucie zamilkła i nie wiadomo, czy się odezwie ze swej wiejskiej głuszy). Mam wrażenie, że nikt już nie „czesze rynku”, aby wyłapywać perły, tylko czeka się na to, co napiszą swoi albo kiedy będzie kolejna Masłowska (chwała Dunin-Wąsowiczowi, że ją odkrył, ale im dalej tym mniej z nią ciekawie) Gdzie tu miejsce dla krytyka pełniącego – jak chce Błoński – rolę demokraty literatury rozumianą jako obrona wszystkiego, co niesie możliwość rozumienia. Zapamiętajmy to słowo – wszystkiego.

 

Wydawało się, że wyznaczenie takiej roli krytykowi doskonale usadowi go w rzeczywistości po 1989 roku. Że odzyskana wolność wyzwoli swobodę niczym nie ograniczanej penetracji, ustrzeże przed planowym pomijaniem. Tymczasem – to moja pierwsza teza – okazało się, że na naszych oczach przestaje funkcjonować krytyk właśnie jako obrońca wszystkiego, co niesie możliwość rozumienia. Czy i jak istnieje owo „wszystko”? Przecież zacząłem od tego, że trudno objąć całość. Nie idzie jednak o obejmującego całość krytyka znanego z imienia i nazwiska. Idzie o to, aby suma naszych indywidualnych krytycznych poczynań sukcesywnie rozlewała się na „wszystko”. Problem w tym – i to druga teza – że wytworzyły się mechanizmy wykluczające autorów i teksty z obszaru „wszystkiego”. Jak to działa?

Autorzy, których nie ma.

Omówię sytuację na bliskim mi przykładzie czterech autorów – alfabetycznie – Krzysztofa Gąsiorowskiego, Wiesława Sokołowskiego, Bohdana Urbankowskiego i Leszka Żulińskiego.

Krzysztof Gąsiorowski jest jednym z największych żyjących poetów polskich. Argumenty merytoryczne za taką oceną pozwalam sobie pominąć odsyłając chcących je poznać do tekstów, w których o tym pisałem.[4] Może i bałbym się takiej jednoznaczności gdybym był młodszy, zależny od miejsca roboty krytyczno-literackiej czy środowiskowych koterii i układów, ale tak nie jest. Nie jestem też w swej opinii odosobniony.[5] Zatem zgódź się, Czytelniku, przynajmniej na potrzeby tego wywodu, że Gąsiorowski wielkim poetą jest. I co? Jaką mamy sytuację? Współzałożyciel „Orientacji Poetyckiej Hybrydy”, współredaktor śp. „Poezji”, autor ponad 20 toników poezji, jego wiersz „Pan umarł” po śmierci Miłosza opublikowała „Gazeta Wyborcza”. Od tego czasu wydał 4 tomiki, które, poza moimi omówieniami i znajomymi króliczka nie zostały przez „wszystkich świętych” krytyki zauważone. Za to Gąsiorowski został zauważony w książce Joanny Siedleckiej „Kryptonim „liryka””.i to zdaje się wystarcza, aby o nim więcej nie pisać a dokładniej mówiąc nie pisać o tym, co pisze (bo o samym Gąsiorowskim w duchu Siedleckiej pisuje się tu i ówdzie, np. w „Gazecie Polskiej”).Co gorsza w „Literaturze polskiej. Encyklopedii PWN” (Warszawa 2007) Gąsiorowskiego nie ma w ogóle! Jacyś (bo Encyklopedia nie ma autorów! – to też ewenement) układacze historii literatury na nowo uznali, że Gąsiorowskiego nie było. Zarzut, że stało się tak jedynie z braku miejsca nie wytrzymuje krytyki, bo znalazło się tam miejsce dla literata rangi Marcina Wolskiego. Jeśli to nie są nowe białe plamy, to co nimi jest? Wstępując w 2007 do ZLP pisałem, że im nasza literatura bardziej ciemna i krwawa, tym silniej trzeba przy niej trwać. Ale o ile u Siedleckiej jeszcze przynajmniej „ciemna i krwawa”, to już w przywołanej Encyklopedii miejscami wybielona do cna.

Wiesław Sokołowski. Sokołowskiego to już nie ma nigdzie. W „Literaturze polskiej XX wieku. Przewodniku encyklopedycznym” (Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2000) skutecznie wyparł go Sokorski Włodzimierz, pamiętny szef telewizji od Gomółki po Gierka. Cóż, można sarkastycznie powiedzieć, że Sokorski w końcu też na S. Wiesław Sokołowski, poeta, plastyk, animator działań teatralnych od pamiętnego Largaktilu” z lat 60 ubiegłego wieku, przez Misteria Bolimowskie z 1981r. po najświeższą reaktywację Związku Pisarzy Polskich „Trwanie”. Mimo tych działań autor dopiero do odkrycia, choć przecież mając ponad 65 lat jest raczej w jesieni życia i twórczości.. Sam się nad wyraz cieszę, że trafiłem na poezję Sokołowskiego kilka lat temu i że zdążyłem opisać ją (ze Wstępem do jego ostatniej książki włącznie) zanim dostał w styczniu tego roku Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski, bo mógłbym zostać posądzony o koniunkturalizm i łatwiznę. A tak mogę ze swobodą ducha rzec, że jeśli jest tak, iż pisarz /poeta powinien mieć swoją knajpę i swego krytyka, to po likwidacji w ostatnich latach „Poziomki” z jednego a „Bajki” z drugiego końca Szlaku[6] został Sokołowskiemu tylko krytyk. I to „zewnętrzny”, który trafił do autora przez jego literaturę, a nie zaczął pisać, bo się przyjaźnią. Przyjaźń nie wyprzedziła tu krytyki, podążyła za nią. Oczywiście zaraz przypnie się Sokołowskiemu łatkę „poety władzy” tylko dlatego, że dostał order od Prezydenta. Otóż, jeśli zechcecie poczytać Sokołowskiego, to z jego tekstów żadna władza nie może być zadowolona (gdyby tak prostacki polityczny mechanizm ktoś w swej świadomości chciał uruchomić).

Bohdan Urbankowski jest przykładem autora nie tyle zapomnianego czy pomijanego, bo kilka tomików w PRL-u, którego tak nie lubi wydał, lecz zapominanego „na bieżąco”. Przede wszystkim dlatego, że „pamięta” mu się „Czerwoną mszę”, która (przy pewnych zastrzeżeniach warsztatowych zgłaszanych choćby przez Waśkiewicza) jest i pozostanie książką ważną. Tu białą czy brudną plamą jest choćby to, że przez „Czerwoną mszę” straciła swego czasu pracę Lidia Wójcik[7]. Pamięta się to Urbankowskiemu na tyle skutecznie, że jego „Poeta, czyli człowiek zwielokrotniony. Szkice o Zbigniewie Herbercie” nie została ani zakrzyczana, ani zatupana tylko… przemilczana. (Niczego tu nie zmienia moja recenzja w niszowym „Templum Novum” nr 2/2005.)

Lezek Żuliński. Nie znam i nie pasjonowałem się jego publicystyką, także literacką, ale ostatnie dwa tomiki poetyckie („Chandra” z 2007 i „Ja, Faust” z 2008) są przedniej próby i winny zostać (i zostaną) w naszej literaturze i to na górnej półce. Nie wystawię im złej oceny tylko dlatego, że Żuliński donosił, do czego się przyznał. Zachowując proporcje: my filozofowie czytamy Heideggera chociaż był w latach 30 profesorem nazistowskiego uniwersytetu. Nikt go z historii za to nie wyrzuca, często się nawet o tym nie wzmiankuje. Mówiąc jeszcze inaczej – wyrzucając Heideggera więcej jako globalna kultura byśmy stracili, niż zyskał nazizm dzięki Heideggerowemu z nim flirtowi.

Czy możliwy (jeszcze) jest ratunek?

To, o co mogę apelować i apeluję, to o cierpliwe wyważanie win, przewin i razów wobec zysków, walorów i wartości.[8] Weźmy dla przykładu wzmiankowaną już Siedlecką. Apelowałem w dość ostrym tekście (www.pkp.zin.pl) – który zresztą z powodu tej ostrości został zdjęty z moich macierzystych stron www.literaci.eu po krótkim, dwudniowym żywocie – aby nie „mordować” Siedleckiej tylko dlatego, że pokazała ciemną stronę literackich dusz. Można przecież krytykować jej błędy, jak uczynił to Antek Pawlak pisząc zjadliwy, ale zupełnie uzasadniony tekst „Siedlecka, córka Kłodzińskiej” („Migotania, przejaśnienia” 2(23)/2009) Idzie o to, aby pryncypia, którymi się kierujemy niezależnie czy jesteśmy po lewej czy po prawej stronie naszych politycznych zaangażowań, nie funkcjonowały jak baseballowa pała, lecz jak chirurgiczny skalpel wycinający, co na wycięcie zasługuje. Dlatego protestować należy tak przeciw sekowaniu Joanny Siedleckiej, jak i przeciw ewidentnym błędom przez nią popełnianym. Bronić należy Urbankowskiego przed zapominaniem i pytać, dlaczego „nie lubi” bardziej Gąsiorowskiego niż Nawrockiego (choć z powodów podniesionych przez Siedlecką „Gazeta Polska” obu „rozjeżdża” równo). Czy aby Gąsiorowski jest większym wyrzutem dla Urbankowskiego dlatego, że ramię w ramię w latach 1984-85 byli zastępcami redaktora naczelnego w ś.p.. „Poezji”? Nie wiem, ale nie rozumiem, jak nie rozumiem, dlaczego przy takiej pryncypialności widnieje Urbankowski w stopce dodatku literackiego „Myśli Polskiej” obok Andrzeja Zaniewskiego. (Akurat też tam pisywałem, ale przestałem wcale nie ze względu na Andrzeja, tylko dlatego, że naczelny dodatku dopuszcza coraz gorsze teksty. Dla jasności: nie dotyczy to ani Zaniewskiego, ani Urbankowskiego). Piszę o tych konkretach nie „za” czy „przeciw” komuś, lecz po to, aby uświadomić, że skomplikowanie dotyczy nie tylko tego, co było, ale i tego, co jest. Innymi słowy protestuję przeciw wybiórczości, bo to przez nią powstają białe plamy.

A można inaczej. Sam staram się tak uprawiać swoją krytyczną robotę. W literaturze jest miejsce i dla Sokołowskiego i dla Gąsiorowskiego. W krytyce literackiej jest miejsce i dla Siedleckiej i dla kierowanych pod jej adresem krytycznych uwag tak Urbankowskiego jak i Pawlaka. Infamia etyczna, jaka spadła na Żulińskiego nie powinna obejmować jego poezji i krytyki literackiej. W innym wypadku tylko stracimy. Żydożercza Celine pisał wspaniałe książki i był dobrym lekarzem, który ratował ludzi, nie Żydów, Francuzów, Niemców – ludzi. Są sceny w literaturze, które pamięta się zawsze i wszędzie. Ja takie znam z jego „Podróży do kresu nocy”. Noblista (1920) Hamsun mimo ewidentnego sprzyjania faszyzmowi nie zniknął z półek. Podobnie Gerhart Hauptmann (Nobel 1912), który nie zdobył się na najmniejsze nawet słowo krytyki po dojściu Hitlera do władzy. Marquez przyjaźnił się z Castro. O Heideggerze już pisałem. Autorzy popełniają błędy, ale warunkiem rozwoju kultury jest właśnie docenienie dzieła i autora mimo tych błędów. Inaczej nasza kultura skazuje się na jałowość i nieuzasadnioną nadreprezentatywność tych dzieł i twórców, którzy są „nasi”.

Szubienice nie są dla literatury, nawet, jeśli marzy nam się, aby zobaczyć na nich kilku literatów.[9]

 

 

 


[1] Patrz; „Dyskursy krytyczne u progu XXI wieku. Między rynkiem a uniwersytetem”, Uniwersitas Kraków 2007

[2] mówię o tym na www.trwanie.com

[3] „zjawisko: Tokarczuk, to muchomor imitujący prawdziwka. To misterna peruka, której udaje się odwrócić naszą uwagę od zawartości schowanego pod nią umysłu” , Tomasz Burek w „dzienniku kwarantanny” Kraków 2001, s. 171.

[4] „Literacka Polska” nr 4(5)/2002, „Autograf” nr 5(86)/2005 oraz 6(106)/2008, „Poezja dzisiaj” nr 44-45/2005, „Migotania, przejaśnienia” 4(17)/2007 oraz 1-2(18/19) 2008,

[5] Zbyszek Joachimiak pisze mi – w prywatnej korespondencji ,więc bez wazeliny i na pokaz – „Myśliwski jest największym z żyjących w polskiej prozie a Gąsiorowski w poezji”.

[6] Coś drgnęło i się zmieniło, bo oto po rocznym bez mała nieistnieniu „Bajki” nowoczesny lokal (dla nie-Warszawiaków informacja – „Bajka” mieści się na Nowym Świecie, najdroższym deptaku stolicy) – upadł i nastąpiła w kwietniu „Bajka” – reaktywacja!

[7] Patrz „Dyskursy krytyczne u progu XXI wieku. Między rynkiem a uniwersytetem” dz.cyt., s.278.

[8] Dobrym przykładem jak i że można to robić jest tekst Marcina Bosackiego z „Gazety Wyborczej” z 04.03.br, („Naukowcy, święte krowy”, s 12), od którego pożyczyłem motto. Warto uczyć się tak zbalansowanego umiaru i otwartości nawet, gdy nie pochodzą ze świata literatury.

[9] Chcę – na koniec – powiedzieć o przygodzie tekstu, który, Czytelniku, właśnie przeczytałeś, przygodzie oddającej dobrze to, co podniosłem – drukuje się wyłącznie swoich lub zaprzyjaźnionych; nie upieram się, że powinno się mnie drukować, dlatego tylko, że to ja, ale boleję nad „martwicą polemiczną” w publicystyce kulturalnej (nie uznaję za polemikę dominującego wzajemnego „obszczekiwania się”) – tekst niniejszy, zanim trafił do moich macierzystych „Migota, przejaśnień” odwiedził: Gazetę Wyborczą, Rzeczpospolitą, tygodniki Wprost, Przegląd, Przekrój, Politykę. Z żadnej z Szanownych Redakcji nie dostałem nawet grzecznościowego: nie, dziękujemy, nie skorzystamy. Jakie czasy, takie obyczaje….

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko