Andrzej K. Waśkiewicz Miejsce Czychowskiego

0
231

Andrzej K. Waśkiewicz

Miejsce Czychowskiego

Filip Wrocławski

Problematyka historycznoliterackich lokalizacji nowszych rozwiązań poetyckich niezbyt dziś zaprząta uwagę, młodszych zwłaszcza, badaczy. Jeśli literaturę traktuje się w kategoriach  świadectwa lub przesłania ma ona znaczenie drugorzędne.

Historyczne determinanty świadomości, miejsce konkretnej twórczości wśród rozwiązań rówieśników, poprzedników i następców, są mniej istotne niż wezwanie moralne a chociażby i zwykłe świadectwo przeżywanie świata.

W dodatku problematyka ta wchodzi w wielorakie związki z zagadnieniami następstw pokoleń literackich, dziejami instytucji literackich, a te z kolei z problemami polityki kulturalnej, etc, etc. To na małym planie, gdy badamy związki z rówieśnikami, udział w instytucjach literackich, które tworzyli. Miejsce w antynomicznym ale i komplementarnym związku jedności pokoleniowych. Na dużym planie nakłada się to na przemiany poetyk, dynamikę zmian kulturowych, progres i schyłek okresów literackich, a przynajmniej poszczególnych ich faz…

Z tego punktu widzenia określenie miejsca indywidualnej twórczości jest sprawą istotną.

Z liderami kłopotu nie ma. Oni z definicji są przyporządkowani. Tworzyli (lub współtworzyli) pokoleniowe programy, redagowali (bądź współredagowali) pokoleniowe pisma. Ich teksty, zwłaszcza w fazie inicjalnej były przedmiotem sporów. Określały to, co zwykło się nazywać bądź poetyką grupową, bądź poetyką pokolenia. Do tekstów tych – z reguły polemicznie – odwoływali się następcy. Są w kanonie, to wystarczy.

Gorzej z poetami, jak ich nazywam, drugiego planu. Nie dość charakterystycznymi, by ich teksty weszły do pokoleniowego (lub grupowego) kanonu. Nie dość dynamicznymi, by zaznaczyć się w sporach okresu. Bez ich twórczości kanon jest pełny. Ich teksty co najwyżej mogą funkcjonować jako aneksy lub suplementy.

Mieczysław Czychowski urodził się w 1931 roku. Samo centrum generacji Współczesności. Najmłodsi poeci tego pokolenia są od niego o cztery lata młodsi. O tyle mniej więcej ile najwcześniejsze roczniki pokolenia następnego – kręgu (i pokolenia) Orientacji.  Grupa poetycką, którą współtworzył i w której działał na początku swej kariery literackiej nazywała się Kontrasty. To od nazwy studenckiego pisma, które wtedy wychodziło w Gdańsku. Ani tak ważna jak Współczesność, ani tak programowo mocna jak poznański Wierzbak, ani nawet tak skandalizująca jak wrocławska Dlaczego Nie. Jedna z efemeryd okresu. Tworzyli ją trzej autorzy: prócz Czychowskiego jeszcze Kiejstut Bereźnicki i Edward Stachura. Aby było zupełnie zabawnie zbiorowy tekst autorów, zresztą wstęp do kolumny wierszy („Kontrasty” 1956 nr 5) otwiera zdanie: „Nie mamy zamiaru występować z jakimś programem działania czy założeń artystycznych”… Nie inaczej skonstruowany był programowy tekst wydanej w tym samym roku toruńskiej jednodniówki „Helikon”. Wpływ manifestu „Skamandra”, ale via „Współczesność”. Och, to wszystko jest dość powikłane. Bo z jednej strony coś w rodzaju manifestu swobody wyobraźni: „przekręcamy klucz w bramie świata fantazji, aby ukazać świat realny – w głębokim cieniu i oślepiającym świetle” , z drugiej wszelako – coś w rodzaju działalności dydaktycznej, owe kontrasty realności mają być wyeksponowane tak, „by świat stał się dla każdego człowieka prostszy i bardziej przejrzysty”.  Zbliżał się koniec 1956 roku. Niedawne hasła, a w każdym razie ich ducha, poeci mieli w pamięci. We wstępie do „Helikonu” możemy przeczytać: „Chcemy […] by nasza twórczość istotnie trafiła do ludu, lecz wiemy, że droga do ludu prowadzi przez człowieka”. Niby niewiele, przestawienie akcentów, ale jednak wyjście poza socrealistyczne ograniczenia, choć przecież bez całkowitego porzucenia jego aksjologii.

Z Kontrastów,, które tak naprawdę istniały pół roku, jeśli w ogóle uznać, że były czymś więcej niż jednorazowym pomysłem na wspólną działalność, niewiele zostało. Niewiele więcej z innego pomysłu, który ucieleśnił się jako Gdańska Grupa Młodych. „Grupa działania” – tak określiła się w marcu 1960 roku, zresztą we wstępie do kolumny wierszy („Głos Wybrzeża” 1960, nr 62).

Była zresztą i konkrety: „Zadaniem naszym jest ożywienie indywidualnej i społecznej inicjatywy twórczej. W zbliżeniu ludzi do spraw współczesnej kultury i sztuki, zgodnie z materialistyczną filozofią – znajdujemy cel działania. Chcemy być przegrodą dla powracającej fali gustów i mentalności mieszczańskiej. Pragniemy przemieszać się i młodym i świeżym środowiskiem robotników i inteligencji technicznej, rozruszać je, a zarazem wykorzystać dla siebie jego wartości”.

Nominalnie grupa – faktycznie rodzaj sekcji (= grupy działania) ZMS. Działalność klubowa, dwie jednodniówki, konkurs literacki, poetycki sympozjon. Nazwali się grupą, bo taki był zwyczaj okresu. Skądinąd najpoważniejsza impreza – zorganizowany w maju 1962 roku II Ogólnopolski Sympozjon Młodej Poezji był współorganizowany przez CKSW „Hybrydy”, czyli – Jerzego Leszina. Mniemam, że była to dla niego impreza filialna, świadectwo, że to co robi w Warszawie promieniuje także na inne ośrodki.

Żadne z tych zrzeszeń nie utrwaliło się w społecznej świadomości. W okolicach 1960 roku nie istniały w żywej pamięci, tak jak istniały Współczesność, Wierzbak, Dlaczego Nie a nawet krakowska Muszyna.

Słownikowe hasło we Współczesnych polskich pisarzach i badaczach literatury (t.2, s.119) notuje, iż Czychowski „w 1960-72 był związany z kręgiem Orientacji Poetyckiej Hybrydy w Warszawie; publikował też w czasopiśmie grupy «Orientacja» (1966-67)”. Tak rzeczywiście było. Publikował też (a raczej – był prezentowany) w następczyni „Orientacji” – „Integracjach”. Skądinąd w „Orientacji” – prócz wierszy – znajdują się reprodukcje jego prac plastycznych, w tym mało znanych – rzeźb. Zdaje się, że traktowaliśmy go prawie jak rówieśnika, ostatecznie różnica wieku jego,  Gąsiorowskiego i Leszina była mniejsza, niż ta, która dzieliła mnie od nich. Choć przecież – jeszcze bardziej nam bliski Stanisław Czycz był bliski poetyką, nie wspólnotą generacji. Stąd gdyśmy w dużym zespole (Krzysztof Gąsiorowski, Zbigniew Jerzyna, Ryszard Krynicki, Jerzy Leszin-Koperski i ja) przygotowywali Wnętrze świata. Antologię poetycką Kręgu Orientacji. 1960-1970 (1972) zaproponowaliśmy udział także Czychowskiemu. Zgodził się i jest. Choć, jeśli dobrze pamiętam nasze ówczesne dyskusje, nie byłem całkiem przekonany, że tu właśnie być powinien. Przeważył głos Gąsiorowskiego.  Po latach, gdy w Młodzieżowej Agencji Wydawniczej, opracowywaliśmy cykl antologii mających w kolejnych tomach prezentować poezję polską po 1939 roku w układzie pokoleniowym dla Czychowskiego zarezerwowaliśmy miejsce w tomie Współczesności. Tym razem przeważył mój głos, a chciałem by podziały były możliwie precyzyjne. Nie wspólnota poetyk, ale pokoleniowych doświadczeń i związków.

Choć w tym przypadku nie jest to oczywiste.

Wiersze Czychowskiego, które znalazły się we Wnętrzu świata wpisuję się w poetykę zbioru. Ot, chociażby taki fragment Misterium na uboczu

Kobiety które wołają dawno wyszły z głosu

Zanuć ścieżkę ciężką od nasturcji

i od burzy granatowej. Miejsce

wdowich sukien przesiąknięte naftaliną

Coś jakby Gąsiorowski, choć konkret w ostatnim zdaniu, jakby z Grochowiaka, raczej nie pojawiłby się w jego wierszach, a to jakby z Galaadu Macieja Zenona Bordowicza:

Ten obraz zmyśliłem w czułych pęcinach sarny.

Z popiołu wygrzebany gdzieś zgubiłeś lichtarz.

No tak, ale w tym samym wierszu fragment z innego repertuaru, w „orientacyjnych” wierszach niemożliwy:

Obchodzę to miasto pogardą jak rdzewieniem,

potrącając ubogie warsztaty wydziedziczonych wyrobników

ja – który aby żyć, malowałem szambelańskie podwiązki

schlebiałem tępocie umysłu tych kretynów

osklepionych w nikczemność i sklerozę

To jeden z wątków poezji pokolenia Współczesności – relacje przedmiot i podmiot władzy. Bryllowe przyczajenia i ucapienia, dramaty historii z wierszy Bohdana Drozdowskiego i Witolda Dąbrowskiego, i w tle silnie akcentowana problematyka plebejskiej genezy, dla Orientacji dalszoplanowa.

Pierwszą książkę Czychowski wydał w 1960 roku (Miejsca wydrążone) w momencie, gdy jego rówieśnicy mieli już ustalone miejsce w literackiej hierarchii. Na początku lat sześćdziesiątych debiutowali poeci Orientacji. Jest tak, jakkolwiek nie zabrzmiałoby to prowokacyjnie, że gdy wypadnie się z kolejki, miejsca są zajęte. Gdyby debiutował nieco wcześniej, jego rozwiązania, odmienne od rówieśników, choć przecież mieszczące się w antynomicznym ale i komplementarnym zespole rozwiązań generacyjnych, byłyby jedną z, być może kontynuowanych i naśladowanych, wersji. W latach sześćdziesiątych funkcjonowały już w innych kontekstach. Orientacyjnych właśnie. Ani tu, ani tam. Pośrodku.

Dla immanentnej wartości tekstów szczególnej wagi to nie ma, dla oddziaływania – ogromne.

Gdzie on sam chciałby być – nie podejmuję się rozstrzygać. Kazimierz Nowosielski w szkicu opublikowanym w „Integracjach” 1985, cz.XVII) sygnalizując udział Czychowskiego w zespole „Orientacji” powiada: „jak się wydaje, nie łączyło go wiele z ich programem”. Z programem pewnie nie, z poetyką – tak. No i decyzja, nie przesądzając jej wagi, włączenia swych wierszy do antologii bądź co bądź programowej też ma swoją wymowę. Pewnie, mówiąc po prostu, gdzieś chciał być.

W starej klasyfikacji Janusza Sławińskiego ta poezji mieściła by się zapewne na przecięciu nurtu wyzwolonej wyobraźni i poezji apelu moralnego. Po trosze wyobraźniowa, po trosze historiozoficzna. Z lekkim nalotem katastrofizmu, ale po plebejsku świadoma, że nie ma takich katastrof, po których nie dałoby się żyć.

Co do mnie, jako współautora obu wspomnianych wyżej antologii, broniłbym obu decyzji. W porządku historycznoliterackich następstw, w ciągu literackich pokoleń miejsce Czychowskiego jest tam, gdzie z urodzenia (a więc i zasobu biograficznych doświadczeń) należy – wśród rozwiązań pokolenia Współczesności. Prawda – nie jest to miejsce szczególnie eksponowane. Dalekie od tego, jakie zajmuje Grochowiak, Drozdowski, Harasymowicz czy Bryll. Pokoleniowy bilans da się złożyć bez jego wierszy.

Pewnie możliwe jest w tym przedziale wyznaczenie mu miejsca odrębnego. Ot, takiego choćby jakie zajmuje poezja Stanisława Czycza. Tyle, że Czycz do ekstremum doprowadził wątki obecne u rówieśników. Konsekwentny katastrofista. No i poeta niesłychanie wyrazisty.

O Czychowskim tego nie da się powiedzieć.

Więc pewnie tak zostanie. Miejsce może nie szczególnie eksponowane, ale własne. Pokrewne innym, na tyle, na ile decyduje pokoleniowa wspólnota, na tyle wszakże odmienne, na ile decyduje talent indywidualny. I w tym jeszcze różne, że następcy – co nie często się zdarza – mieli go za swojego. Widząc w jego wierszach coś pokrewnego temu, co sami chcieli robić.

Peryferie też mają swoje uroki.

Andrzej K. Waśkiewicz

 

Zapraszamy do komentowania artykułu

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko