Wacław Holewiński


Mebluję głowę książkami


mebluje-glowe


genialniJestem dziwnie przekonany, że na hasło „Banach” dziesiątki tysięcy warszawiaków odpowiedziałoby: ulica. Albo: szpital. Bo na Banacha jest jeden z największych warszawskich szpitali. No, dobrze - jakiś procent odpowiedziałby, że to słynny polski matematyk. Niektórzy dodaliby, że ze Lwowa albo, że ze lwowskiej szkoły matematycznej. Na kolejne pytanie: a kto tę szkołę tworzył, wymień jeszcze trzy nazwiska – prócz wąskiej grupy matematyków – prawie nikt by nie odpowiedział. Żeby nie było wątpliwości, ja sam wymieniłbym przed lekturą książki Urbanka tylko dwa nazwiska: Steinhausa i Ulama.  Tego drugiego zresztą przede wszystkim ze względu na współudział w „projekcie Manhattan” – projekcie budowy bomby atomowej.

Czemu więc to, co mieliśmy w polskiej nauce największego, najwspanialszego na przestrzeni ostatnich dwustu lat dziś okryte jest jakimś pyłem niepamięci? Nie wiem. I autor biografii „lwowskiej szkoły matematycznej” zdaje się, że też nie wie.

Dla porządku rzeczy: Kuratowski, Schauder, Nikliborc, Auerbach, Stożek, Ruziewicz, , Orlicz, Alexiewicz, Albrycht i przede wszystkim  Mazur. To oni wespół z wcześniej wymienionymi stworzyli coś, co pewnie już się nigdy nie powtórzy. Nie tylko dlatego, że Lwów nie należy do Polski. Przede wszystkim dlatego, że w obecnej nauce nie są możliwe takie kariery, że dziś musiałby się zdarzyć prawdziwy cud, aby ludzie, którzy nie kończyli studiów, którym nie zależało na publikacjach, którzy cieszyli się po prostu rozwiązywaniem problemów, mogli zdobyć uniwersyteckie czy politechniczne wyżyny. To, oczywiście, żadna prawidłowość – wielu z nich te studia skończyło, wszyscy porobili doktoraty, habilitacje. Ale to, że przed wojną takie cuda były możliwe świadczy o wielkości tych, którzy o tym decydowali.

Czy byli genialni? Niezwykli? Niepowtarzalni? Absolutnie. Ale fenomen polega też na tym, że w jednym miejscu zgromadziła się taka ilość umysłów ponadprzeciętnych, że potrafili się wspierać, że stworzyli jedno z najważniejszych pism matematycznych /śmiano się, że zawarte tam artykuły byli w stanie zrozumieć wyłącznie oni i że też tylko oni byli w stanie przeczytać cały numer/, że przeszkodą w docenieniu partnera nie był brak dyplomu, że potrafiono dopuścić do stolika w Szkockiej, chyba najsłynniejszej kawiarni związanej z matematykami, także studenta. Warunek był jeden – matematyka. Matematyka na poziomie nieosiągalnym dla większości ludzi. To w Szkockiej powstała jedyna w swoim rodzaju Księga. Duża litera jej się należy ze wszech miar. Księga problemów do rozwiązania i nagród za ich rozwiązanie. Księga opublikowana w paru krajach, a w Polsce niewydana do dziś. Niektóre z tych problemów czekały na swego odkrywcę dziesiątki lat…

Bywali znudzeni. Tym, ze inni nie rozumieją prostych dla nich rzeczy, albo tym, że muszą podejmować się nielubianych obowiązków, bywali zachwyceni, gdy odkryli rozwiązanie problemu, miewali długi, nie widzieli rodziny ani świata poza tym, co ich fascynowało. Ba… Niektórzy z nich, po wkroczeniu Sowietów do Lwowa, zachowali się, najdelikatniej mówiąc, w sposób niegodny. Byli w stanie dla matematyki poświęcić wszystko.

Czytając tę książkę zastanawiałem się jakie kariery mogliby dziś zrobić. I jakie możliwości dla ich mózgów stwarzałby komputer. Bo chyba tylko w takiej dziedzinie jak informatyka mogliby i dziś wypłynąć na powierzchnię. A może nie? Może i dziś – jak wtedy, gdy Banach zajmował się analizą funkcjonalną, są obszary czekające na takie osobowości? I ludzie, którzy wiedzą, że geniuszy nie tworzą dyplomy

Mariusz Urbanek z szybkością karabinu maszynowego pisze kolejne biografie: Tuwima, Kisielewskich, Tyrmanda, Waldorffa, Broniewskiego, Brzechwy, Tuwima. Książki pełne faktów znanych i tych uparcie skrywanych, anegdot, słabości. Tak jest też i w tym wypadku. To nie jest tylko opowieść o czterech tuzach – Banachu, Steinhausie, Ulamie i Mazurze, choć przede wszystkim o nich. To także opowieść o mieście, jego atmosferze, o rywalizacji z Warszawą, o pięknym podejściu do nauki.

Byłem słabiakiem z matematyki, nie za wiele rozumiem nawet z elementarnych pojęć „królowej nauk”, ale po lekturze „Genialnych” wiem, że nie musimy – my, Polacy – mieć żadnych naukowych kompleksów. Odwrotnie. Byli, a pewnie i dziś są w tej nauce tacy, z których możemy i powinniśmy być dumni…

Więc kujmy w głowach te nazwiska… Przynajmniej te cztery. Koniecznie!

Mariusz Urbanek – Genialni. Lwowska szkoła matematyczna, Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2014, str. 283.


Pin It