Zdzisław Antolski


Epitafium dla dup i gorzały

 


Bialy-kafkaKsiążkę Grzegorza Kozery „Biały Kafka” przeczytałem jednym tchem, świetnie się czyta, doskonała polszczyzna, majstersztyk pod względem konstrukcji literackiej, wytrawne rzemiosło prozatorskie, powieść rzekłbym wybitna, z najwyższej półki. Napisana nienaganną polszczyzną, z której języka byliby zadowoleni profesorowie: Doroszewski i Klemensiewicz i niczego nie mógłby jej zarzucić prof. Skorupka, znawca stylistyki polskiej. Wreszcie pojawił się autor, który pisze zdania, gdzie podmiot jest tam, gdzie powinien być, orzeczenie znajduje się na swoim miejscu, zaś przydawka i okolicznik stoją w szeregu, a nie brykają, gdzie im się spodoba.

Narrator powieści, to dziennikarz prowincjonalnej gazety, ale oczytany, erudyta, filolog, zna nie tylko Herberta, którego fragment wiersza o „świtających tapetach w hotelu” jest leitmotivem tej prozy, ale także Prousta, Poego, Joyce’a i Bukowskiego i wielu innych pisarzy. Widać, ze nie tylko ma wykształcenie filologiczne, ale i na bieżąco interesuje się literaturą piękną. Trzeba przyznać także, ze Kozera ma wyśmienity zmysł obserwacyjny i potrafi w sposób trafny i utalentowany, satyrycznie opisać miejscowe środowisko dziennikarskie, siebie przy tym nie szczędząc.

Książka Grzegorza Kozery nie jest opowieścią tylko o alkoholu, ale również o kobietach, to drugi, równoważny motyw. „Tak więc kobiety i alkohol, a gdybym chciał być trywialny i wulgarny, co zdarza mi się w końcu nierzadko, powiedziałbym bez skrupułów – dupy i gorzała.” Każdy rozdział to historia romansu, najczęściej nieudanego, albo zwyczajna przygoda erotyczna, kolejny krąg piekielnego wtajemniczenia w nałóg, aż do samego upadku, kiedy przestaje być wesoło, i ironicznie, a staje się tragicznie.

I trzeci, trochę ukryty, zakonspirowany: literatura. Bohater powieści mówi: „Dwie rzeczy udawały mi się naprawdę: zdobywanie kobiet i chlanie. Od jednego i drugiego byłem i jestem uzależniony, jedno i drugie robiłem nałogowo”. I dalej: „Kobiety i alkohol. Powinienem jeszcze dodać literaturę, gdyż towarzyszyła mi przez wiele lat, czy raczej odwrotnie: ja jej towarzyszyłem przez wiele lat, byłem jej kibicem, ale ona jest dla życia tematem obocznym, w każdym razie w moim przypadku. Literatura nigdy nie będzie prawdziwym życiem i odwrotnie, chociaż nie da się ukryć – pierwsza żywi się zwykle tym drugim, wysysa z niego krew i obgryza jego mięso do kości. Literatura żyje cudzym życiem”.

Pierwszą nauczycielką picia była dla bohatera, jakżeby inaczej, kobieta, studentka Ania: „Nie kto inny, tylko właśnie ona nauczyła mnie pić bimber, rozrabiać spirytus z wodą i miodem, leczyć kaca zimnym mlekiem, pokazała, co to jest piwo nowohuckie i jak prawidłowo wlewać piwo z butelki do szklanki, po ściance, żeby piana była wysoka na trzy centymetry. Piliśmy we dwójkę lub z jej kolegami z akademika i ona ostatnia schodziła z pola walki; dopiero po kilku miesiącach, kiedy nabrałem większej wprawy, zacząłem coraz częściej dotrzymywać jej kroku i potem już wspólnie kończyliśmy imprezy, zasypiając na jednym łóżku”.

W powieści Malcolma Lowry’ego „Pod wulkanem” bohater odczuwa rzeczywistość niezwykle intensywnie, jego monolog wewnętrzny jest bardzo bogaty w odniesienie kulturowe i filozoficzne, ociera się o najtrudniejsze pytania dotyczące sensu życia i istnienia Boga, cóż z tego, kiedy na ekranie widzimy zarzyganego brudasa, który ostateczne szczęście osiąga w odnalezieniu przez siebie zapomnianej w ogrodzie butelki z alkoholem. Bo ten świat wrażliwego duchowo nałogowca może istnieć tylko dzięki alkoholowi, bez niego niknie i zostaje tylko choroba, klęska, strzęp człowieka, istnienie zdegradowane. Dlatego alkohol dostarcza ułudy wielkości, zakrywając skrzętnie odrażającą twarz demona obłędu i potwornego upadku.

I co jeszcze, bardzo ważne, bardzo istotne, alkoholik to postać groteskowa, a właściwie tragikomiczna. Jest błaznem, ale błaznem tragicznym, który przeżywa dramaty osobiste, jest często na skraju samobójstwa, a poprzez alkohol, który sztucznie, nieadekwatnie do sytuacji, podnosi mu nastrój, jest śmieszny. Doskonale wyczuł to Charlie Chaplin, który z alkoholika uczynił główną postać jednej ze swoich komedii

Tę groteskowość nałogowca bardzo dobrze oddał Grzegorz Kozera w swojej książce „Biały Kafka”. Jego bohater pod wpływem alkoholu lub n kacu, zachowuje się groteskowo. Lektura powieści, na każdej niemal stronie, wywołuje u czytelnika chichot, czasem szyderczy rechot, choć przecież najczęściej jest to uśmiech politowania. Nie zapominajmy bowiem, że są to właściwie wspomnienia, które pisze człowiek, oznajmiający we wstępie, że jest od nałogu „uratowany”, a więc ma do swoich przeżyć dystans i ironiczny stosunek. Alkoholu nie odbiera tak „bezpośrednio”, jako jedyną istniejącą rzeczywistość. Dopiero pod koniec książki ten dystans gdzieś znika i jesteśmy już niemal pewni, ze wiele z opowiedzianych historii, to nie fikcja literacka, a przynajmniej w warstwie alkoholowej, to prawda, która przydarzyła się w jakiejś mierze autorowi. A już ostatni rozdział, noszący przewrotnie tytuł „Początek” (choć to pewnie początek nowego życia) to niemal poradnik dla alkoholika, który ma zamiar się leczyć, jak rozpoznać u siebie chorobę. I wreszcie końcowy poemat „Biały Kafka” wyjaśniający tytuł. Itak przebyliśmy drogę od ostrego realizmu, do poezji,  magii wyleczonego z nałogu, choć on wie najlepiej, że do końca nigdy nie można być pewien i nie na darmo chorzy nie pijący mówią  sobie, że są trzeźwymi alkoholikami.

Powiem trochę przewrotnie, że zakończenie powieści nieco mnie rozczarowało. Oto bohater, który wcześniej był cyniczny, nie wierzył w żadne wartości, poza oczywiście „dupami i gorzałą”, wyniszczony przez alkohol zaczyna w sposób dość naiwny, jak niewinna panienka, poszukiwać wielkiej i prawdziwej miłości, którą symbolizuje nieznana kobieta o imieniu Weronika (odwołanie do Chrystusa, chusta Weroniki, „Wszyscy jesteśmy Chrystusami”?). Pewnie nie doczekam się nigdy książki, której bohater do końca rześki będzie balował, „rwał dupy i chlał gorzałę”, a to z tego prostego powodu, że alkohol niszczy człowieka, zarówno psychicznie, jak fizycznie, czego dobitne przykłady znajdziemy w książce Kozery. Zresztą nie tylko alkohol okazał się oszustem, który obiecywał złote góry, a okazał się złodziejem zdrowia, także wszystkie kobiety zostawiały bohatera na przysłowiowym lodzie.

Ta książka może być taktowana jako powieść, choć doskonale sprawdza się jako zbiór opowiadań, gdyż każdy rozdział ma swoją puentę, na dobrą sprawę mógłby funkcjonować niezależnie od innych. Zwłaszcza, że wiele wątków i osób drugorzędnych w poszczególnych rozdziałach-opowiadaniach już nie znajduje potem dalszych ciągów ani rozwiązania, co raczej w konwencjonalnych powieściach się nie zdarza. Ale łączy je wspólny bohater, jego los, droga od uzależnienia do wyzdrowienia.

Każdy rozdział to kolejny krąg piekielny, w mieście Kielce, nazwane imiennie, choć bohater wyjeżdża też do Szwecji i na Litwę, wszędzie ciągnąc za sobą swój nałóg, jak przekleństwo. Przeklęte jest też miasto Kielce, naznaczone pogromem żydowskim, środowisko, w którym porusza się bohater, koledzy pijacy, knajpy i kobiety. Dla mnie, jako mieszkańca tego miasta i bywalca tych samych lokali, co bohater, ta książka miała jeszcze inny wymiar, bardziej osobisty i wspomnieniowy. Oto akcja powieści rozpoczyna się w 1974 r., w którym to roku zaczynałem swoje ostre popijanie w kieleckim Klubie Dziennikarza, pod plakatem z reprezentacją polskiej piłki nożnej, na której widniały kolorowe wizerunki trenera Kazimierza Górskiego i naszych orłów: m. in. Bońka, Deyny, Szarmacha, Tomaszewskiego. I choć Grzegorz Kozera jest ode mnie o dziesięć lat młodszy, nasze alkoholowe szlaki nieraz się przecinały, żeby wspomnieć tylko wyjazdowe picie na zjeździe Związku Literatów Polskich w Warszawie, w pokoju hotelowym Andrzeja Lenartowskiego, w 1989 r. Wkrótce Okrągły Stół miał przewrócić dotychczasowy nasz świat peerelowskich mordowni, a wprowadzić w zaczarowany krąg bankomatów, komputerów i telefonów komórkowych.

Książkę Kozery, jak każde wybitne dzieło, można czytać na kilku poziomach. Na tym pierwszym podstawowym, będzie to zapewne dydaktyczna pogadanka o szkodliwości picia i nadużywania alkoholu, ale na wyższych piętrach dostrzeżemy krytykę naszej cywilizacji, a także metaforę ludzkiego losu, litość nad współczesnym człowiekiem, który szuka sensu życia i ukojenia swoich cierpień w cynizmie, a nie w miłości, bo zbyt sentymentalne, ckliwe i kiczowate. Również, jak każde dzieło wybitne, niczego nie rozstrzyga, a zmusza tylko do zastanowienia się samemu, ostatnie słowo pozostawiając czytelnikowi.

Mnie jednak zastanawia, jakie teraz będzie życie bohatera, któremu wódka ubarwiała szare, czasem nieznośne bytowanie? I drugie, jaka byłaby to powieść, gdyby jej bohater nie używał alkoholu? Nudna egzystencja, wykonywanie głupich poleceń szefów, małżeństwo z niekochaną kobietą? Piekło wg. Dostojewskiego, czyli pusty pokój bez okien, a w każdym kącie pająk? A może to w sobie należy umieć znaleźć radość i chęć życie, a nie szukać jej na skróty w alkoholu, który po krótkim okresie euforii przynosi jeszcze większy smutek i stan beznadziei.

Tajemniczy tytuł powieści wyjaśnia się w końcowym poemacie (znów odwołanie do Herberta, do motywu hotelu, jako metafory życia):

 

Zabiorę cię do Hotelu Kafka Tak kończą

wielcy artyści Przemieniają się w nazwę hotelu

są neonem błyszczącym w nocy zmieniającym kolor

czerwony niebieski biały Kafka.

 

 

Grzegorz Kozera Biały Kafka,  Wydawnictwo Dobra Literatura, wyd. II 2014, ss 204.

.

Zdzisław Antolski


Pin It