Krystyna Tylkowska

 

Miłość zapisana w listach

(o Listach do Skręcipitki w Teatrze Lubelska 30/32 w reż. Małgorzaty Szyszki)

 

Zdzisław Beksiński
Zdzisław Beksiński
 Czym jest sztuka epistolarna? Niekiedy miejsca jej należy upatrywać  pośród form literackich, innym razem raczej gdzieś na pograniczu literatury i sztuki użytkowej.

  Bez względu na to, gdzie ją umieszczamy, mówiąc o niej mamy najczęściej  na myśli listy pisarzy czy innych twórców. Wówczas nazwanie epistolografii sztuką wydaje się czymś oczywistym, naturalnym. Co jednak w sytuacji, kiedy inna korespondencja ma nie tylko wartość  dokumentalną, ale również ogromne walory literackie?

  Tak jest niewątpliwie w przypadku pisanych niemal sto lat temu listów Antoniego Adamskiego do żony- Leokadii Karoliny z Przybytkowskich. Ogromne uznanie należy się prawnuczce wyżej wymienionych, która postanowiła udostępnić, rozpowszechnić tę korespondencję szerokiemu odbiorcy. Listy Adamskiego (wysyłane w latach 1913-1918 z uzdrowiska dla gruźlików w Szafranowie) to zbiór anegdot, interesujących spostrzeżeń, dotyczących ludzi, polityki, świata, ale przede wszystkim zapis ogromnej miłości, tęsknoty za ukochaną żoną.

  Fantastycznym pomysłem okazała się również forma udostępnienia tej korespondencji. Piękne listy zazwyczaj bardzo dobrze brzmią ze sceny. Zarówno teatr, jak i epistolografia charakteryzują się dialogiem pozornym. Wprawdzie w obu przypadkach jest on inaczej realizowany, jednak z całą pewnością stanowi cechę wspólną dramatu i listów. Poza tym listy mają często ogromny potencjał dramaturgiczny. Spektakle na nich oparte stanowią więc duże wyzwanie  dla aktorów i reżyserów.

  W przypadku monodramu w wykonaniu Zachariasza Muszyńskiego możemy śmiało mówić, iż aktor, podobnie zresztą, jak reżyser Małgorzata Szyszka zwycięsko podołali wyzwaniu. 

  W niewielkiej salce teatralnej panuje półmrok. Na maleńkiej scenie porozrzucanych jest kilka starych kufrów, z boku natomiast rozłożone są zabawkowe tory, na których stoi staroświecka kolejka. W tej przestrzeni pojawia się nagle mały, ruchliwy człowieczek w stroju z początku XX wieku. Ogromne wąsiska, zakręcone do góry nadają mu wygląd nieco karykaturalny, podobnie jak zbyt wyrazista, wręcz przerysowana mimika i gestykulacja, rodem z kina niemego. Początkowo to trochę razi, po chwili jednak znajdujemy urok w tym przerysowaniu, z przyjemnością też słuchamy „zaciągania” głównego bohatera. Jest w tym wszystkim coś wzruszająco staroświeckiego.

  Aktor wyraźnie bawi się odgrywaną przez siebie rolą. Uwypukla śmiesznostki swego bohatera, pokazuje człowieka z krwi i kości, do czego zresztą listy te prowokują. Przede wszystkim jednak widać, że bardzo  lubi odgrywanego przez siebie „Antoleńka” i ową sympatią świetnie potrafi zarazić wszystkich widzów.   

 „Droga Karolcia” otrzymuje dokładne relacje z długiej, męczącej podróży przez Ural, z porządku dnia w uzdrowisku, poznaje przygody, spostrzeżenia i refleksje swojego męża. Adresat zawsze jest w jakimś stopniu współtwórcą, drugim, milczącym  autorem listów. Na scenie, z wypowiadanych głośno fragmentów listów wyłania się portret Karolci. Niemal czujemy jej obecność. Z pewnością była to kobieta o bardzo silnej osobowości. Przede wszystkim zaś jest kimś, z kim autor listów próbuje podzielić się niemal każdą chwilą, kimś bardzo, bardzo ważnym.  Pod jej adresem padają bardzo różne określenia, (w tym również tytułowa Skręcipitka). Czasem wzruszające, innym razem zabawne albo rubaszne, wszystkie jednak wypowiedziane są z ogromna tkliwością, czułością, w takim przecież duchu były pisane.  

  Zabawkowy pociąg wesoło mknie po maleńkich torach, kiedy „Antoleniek” opisuje perypetie swojej podróży do uzdrowiska, a także gdy kończy się jego urlop i z utęsknieniem wraca do ukochanej żony. Prosty i bardzo ładny zabieg sceniczny, oddzielenie od siebie kolejnych lat, kolejnych wyjazdów do uzdrowiska.

  Kiedy po wybuchu pierwszej wojny powrót do Polski jest niemożliwy, tory zostają rozwalone, co również jest bardzo wymownym znakiem. Listy „Antoleńka” stają się wówczas bardziej refleksyjne, smutne. Dawniejsze żarty, anegdotki zastępuje niepokój, lęk o najbliższych. Jedno tylko się nie zmienia- liryczna niemal (autor listów był też poetą) miłość do żony i tęsknota.

  Kufry- drugi element dekoracji- wprowadzają atmosferę tymczasowości, ale również podróży, zagubienia. Z tychże kufrów odtwórca głównej roli buduje (także w sposób dosłowny) sanatoryjny świat swojego bohatera. Kufry te są bagażami, służą do przechowywania pomniejszych rekwizytów- trąbki, serwety, binokli, wreszcie (jakżeby inaczej) notatników, pióra i papieru listowego. Czasem jednak owe walizki pełnią funkcję stołu, szafy albo sekretarzyka. Przepiękna jest scena, gdy bohater układając je w misterny sposób próbuje zadomowić się w obcej przestrzeni.

 Stale przewijającym się motywem muzycznym są fragmenty walca Szatrowa Na wzgórzach Mandżurii. Muzyka ta chwilami prowokuje bohatera do tańca, chwilami skłania go do refleksji. Ta korespondencja bardzo ładnie brzmi na tle tegoż walca.

  Po przedstawieniu widzowie zostają zaproszeni na krótki film, mający stanowić rodzaj dopowiedzenia, opowiadający historię państwa Adamskich tym razem z perspektywy prawnuczki. Nie jestem pewna, czy było to potrzebne. Spektakl nie potrzebuje wyjaśnień, uzupełnień, i bez nich wzrusza, bawi, zastanawia.

  Trzeba jednak przyznać, iż film nie jest na szczęście przegadany, plotkarski, zrobiony jest natomiast z dużym taktem i wyczuciem. Miło ogląda się stare zdjęcia, listy, czy akwarelki ich adresatki, przedstawiające Mokotowo i Saską Kępę- wówczas wsie podwarszawskie.

  To był bardzo miły, nostalgiczny wieczór w teatrze. Zwłaszcza, że świat epistolografii od zawsze był mi bardzo bliski.  Zastanawiałam się jednak, czy spektakl ten zachęcił kogoś do pisania listów. Mam nadzieję, że tak. W czasach sms-ów jest to pasja niszowa, jednakże bardzo piękna, warta kultywowania.   


Pin It