PIOTR PROKOPIAK - ODPOWIEDZIALNOŚĆ ZA SŁOWO

Józef Jacek Rojek - Twórczość Jana Pietrzyka

Zyta Trych - Zerkanie we wsteczne lusterko, czyli co wynika z lektury tomiku „Dumania Kasandry” Zofii Korzeńskiej

Kalina Izabela Zioła - W cieniu „Gontyny”





PIOTR PROKOPIAK

 

 

ODPOWIEDZIALNOŚĆ ZA SŁOWO

 

W jednym z kołobrzeskich bloków pomieszkuje Michał Filipowski. To poeta o niezwykle bogatej wyobraźni i zdolności do analizy procesów rządzących udostępnioną nam okruszyną wieczności, gdy z dnia na dzień/słońcu ubywa krwi. Fakt, Michał ma dużo czasu do przemyśleń i obserwacji, czemu sprzyja też aura prawdziwej „świątyni słowa”, jaką stworzył w swoim pokoju szczelnie wypełnionym dziełami światowej literatury. Na szczęście jego aktywność nie sprowadza się tylko do rozpatrywania codziennej egzystencji, ale wyraża się również w słowie pisanym, czego owocem jest tomik „Mijania, widoki”.

Filipowski debiutował w 2006 roku arkuszem poetyckim „Kroki”. Następnie rynek wydawniczy zasilił pozytywnie przyjętym przez krytykę literacką (L.Żuliński, L.Jakób, W.Czaplewski) tomikiem „Za wieloma drzwiami” (2008r.). Tak więc mamy do czynienia z trzecią publikacją tegoż autora.

 

nie uniknę konfrontacji

trzeba się będzie w końcu

wypowiedzieć (...)

 

Ten charakterystyczny dla każdego artysty imperatyw nie pozwala milczeć, nawet tak cichej postaci jak Michał. Czym prędzej jednak dodaje: musi być jakaś/odpowiedzialność za słowo, i tu należy szukać recepty na dobry przekaz poetycki. Autor „Kroków” doskonale sobie z tym radzi. Nie jest nachalny, raczej wycofany i melancholijny. Strofy pieści  z wprawą, choć często przebija przez nie bliżej nieokreślony niepokój, i zapewne dlatego aby jakoś żyć/udajemy niewinnych. Jego wiersze są oszczędne, prawie ascetyczne. Jako człowieka o „niewyparzonym pysku” budzi to moją tzw. zdrową zazdrość.

Wczytując się w teksty Filipowskiego odnajdujemy dużo erotycznego niezaspokojenia. Kobiecość staje ubóstwianą, prawie mityczną, nieosiągalną arkadią bezpieczeństwa. Dużo tu pocałunków, rozstań i progów oddzielających od obiektu westchnień.  Stygmat uszminkowanych śladów/ust na koszuli  staje się fetyszem podczas gdy serce zastygło niczym sopel/pod gzymsem żeber i straszy. Często opisy anatomiczne kobiet ocierają się o sacrum, jak w genialnych strofach:

 

miłość kołysze biodrami kobiet

niczym dzwon

na rozpalonej kościelnej wieży

 

Poetyka kołobrzeskiego twórcy nadaje szarej codzienności metafizycznych znaczeń. Wszystko może być księgą, z której można wyczytać ponadczasowe treści, nawet gdy:

 

(…) głos z nieba

zagłuszany jest przez szum

 

aut (…)

gdzie modlitwy

rzadko opuszczają kościelne mury (…)

 

W „Mijaniach, widokach” pobrzmiewa jakiś fatalizm, ukołysane halucynogennym szumem Bałtyku pogodzenie się z przemijalną stroną ludzkiej fizyczności. Autor przemierza ulice rodzinnego miasta  i rozpamiętuje (wiersz”Sumienie”) wszelkie uchybienia wobec części świata (i sumień), który znalazł się w jego zasięgu. Autor dywaguje: Jesteśmy skazani na siebie, jak drzewa na ziemię,  miotamy się, a mroczna thanatos depcze nam po piętach.  Rodzimy się już zainfekowani chorobą na śmierć, która postępuje nawet w chwilach radości.

 

potrafimy gnić niezauważalnie

od środka

bawiąc się na balach

 

całując ukochane usta

na ceremonii ślubnej

 

Można tu doszukiwać się konotacji sięgających nieśmiertelnego dzieła Kierkegaarda, bo człowiek to nie tylko fizyczność, ale i  sumienie degenerowane przez postępującą grzeszność (nieetyczność – w wersji dla ateistów). Cóż więc czynić? Co zaoferować otaczającym nas dwunożnym istnieniom? Odpowiedź Filipowskiego jest rozbrajająca:

 

współczuć im

lub przeklinać

utożsamiać się

lub buntować

żyć z nimi w zgodzie

lub toczyć wojny

 

ale po co

 

A w innym wierszu konstatuje:

 

bo cała moja wiedza

to rozpoznanie drzewa

przed blokiem

które pierwsze

zrzuca liście

 

Podmiot liryczny nie neguje świata, poddaje się, nie protestuje, akceptuje rzeczywistość taką jaka jest. Pogodzony z rolą obserwatora przyjmuje, bez zastrzeżeń, fakt wyklucia się z lędźwi wszechświata i przyszłe rozpłynięcie się w nicości. A co pomiędzy, to oczywista oczywistość ludzkiej powierzchowności, która w całej swej trywialności zmierza do kończącej historię kropki.

Być może posądzenie o banalność sprawia, że autor droczy się z czytelnikiem słowami: strach przed kompromitacją/knebluje mi usta („Strach”). Jest tu pewna przekora, gdyż wiersz rozpoczyna się frazą: spójrzcie na mnie, a więc „zwróćcie uwagę, mam coś do powiedzenia”. I słusznie Panie Michale, nie potrzebnie się obawiasz, nie potrzebnie...

 

------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Michał Filipowski „Mijania, widoki”. Wydawca: Instytut Wydawniczy „Świadectwo” (Bydgoszcz 2011r.) ISBN 978-83-7456-184-6   str.60.


 

Józef Jacek Rojek


Twórczość Jana Pietrzyka

 

1.

Kiedy przychodzi do oceny czyichś wierszy, zawsze przypominam sobie wypowiedź Bolesława Leśmiana w „Traktacie o poezji”, że: „Cokolwiek się powie o poezji – jest błędem”. Jako że: „Poezja żywcem wymyka się wszelkim określeniom. Określenie jest dla niej smutnym rodzajem trumny szklanej, która – przejrzyściejąc – zabija”.

A przecież nijak  nie napisać jest o wierszach ks. Jana Pietrzyka, księdza parafii rzymsko-katolickiej w Butrynach k. Olsztyna, skoro te wiersze aż się proszą o kilka słów przypomnienia ze względu na ich wartości artystyczne i humanistyczne, na ich zwięzłość, dosadność ale i prostotę  w formie i wypowiedzi. I to nie tylko wiersze, ale również twórczość prozatorską, jaką uprawia.

2.

Dlatego zacznę od przypomnienia swej wypowiedzi, że  już  w  debiutanckim tomie  Dotykając strun z 2002 roku, w wierszu „Pragnienie”  Pietrzak napisał, iż: „I podarować światu / Trochę miłości muszę”. To jego poetyckie pragnienie jest bardzo czytelne, mimo że  w wielu wierszach  tego tomiku znajdziemy  słowa klucze typu: „chwile rozpaczy – samotność – lękam się pustki – puste domy – opuszczone ulice – pustka w sercu – zaskomle rozpaczą – pusta dal…” jakby trochę czytało się młodopolszczyznę. Tak, ale młodopolszczyznę, która w sposób współczesny, logiczny i skrótowo myślowo wypowiada autor swoje zagubienie w świecie, jak i w materii wierszy – współczesnej poezji. Jakby nie wierzył w kreacyjne właściwości łączenia słów – tworzenia obrazów poetyckich współczesnego świata dookolnego, w którym przyszło żyć autorowi wspomnianego tomiku.

Przyznaje  wprawdzie, że: „Nie umiem pisać wierszy”, ale ta samoświadomość jest właśnie glebą poetycką, na której wyrastają  całkiem zgrabne miniaturowe utwory – tak charakterystyczne dla całej jego twórczości: skrótowość myśli i obrazu.

Stąd Dotykając strun Jan Pietrzyk dotyka  swojej rzeczywistości delikatnie, poetycko, jakby się bał, jeszcze trwożył – stąd chwile rozpaczy, samotności czy pustki w sercu – że może i powinien rzucić  na szalę poetycką coś, co się ponoć nazywa „twórczą imaginacją”, wszak autor posiada również i  wiarę:

Kiedy byłem zdradzany

Kiedy byłem oszukiwany

Kiedy byłem wyśmiany

            Boże dobrze że jesteś!

 

3.

Zatańczę z wiatrem (2002) Jana Pietrzyka jest rozwinięciem motywów codzienności z pierwszego jego tomu. Ale to wiersze dojrzalsze, pełniejsze i śmielsze w motywach, no i gdzieś uszły w niepamięć wzmiankowane „słowa-klucze”, jakie wyżej wymieniałem. A  konstatacja, że: „Do szczęścia tak dużo / i niewiele potrzeb” (w: „Zachłanność) jest  tego dowodem.

Jego „zagubienie w samotności”, jakimi były wiersze z poprzedniego tomu – tutaj powoli przekształcają się w poetyckie miniatury o codzienności, i może dlatego Anioł stróż poetyki: „Uśmiecha się / Patrząc w moją stronę / Za kilka dobrych / Niepozornych uczynków”.

Owszem, prawdą jest, że te wiersze nie powalają czytelnika wymuskanymi metaforami czy nie epatują brutalnościami słownikowymi, tak  „modnymi” wśród najmłodszej poezji. Ale ta poezja Jana Pietrzyka  opisuje  świat poetycko i mądrze, bo: „Egzystencjalna niemoc / Uśmiecha się przez łzy”. Oczywiście brutalność życia współczesnego nie uchodzi z uwagi jego wierszy, jak na przykład w Wierszach „Obudzona melancholia”, „Polny konik” czy „Twoje łzy”. I stąd warto pokontemplować jego wiersze, aby obudzić się ze skłamanego romantyzmu dnia dzisiejszego, jak również od tych: „Kiedy wszyscy / Chwalić nas będą”.

Wszak  kota można zagłaskać na śmierć, jak powiada ludowe przysłowie.

No i jeszcze optymistyczne westchnienie ks. Jana Pietrzyka: „Boże / Pozwól wierzyć /  W zmartwychwstanie”, wówczas nasza egzystencja może uśmiechać się przez łzy – co bywa nieraz naszą  codziennością.

To naprawdę dużo jak na dwa tomy wierszy Jana Pietrzyka.

4.

Potem nastąpiły następne tomy publikowane przez ks. Jana Pietrzyka, jak:  Niebieskie koła (2003), Pochylone lampy (2004), Zdziwienie w chmurach (2005), Złamane patyki (2006), niespokojne szuwary (2007) czy Żabi romantyzm (2009) – jako krótkie, niemal sentencjonalne epigramaty poetyckie, które w innym kontekście nazwałem „esemesami” poetyckimi – przypominające niemal sentencjonalność limeryków czy nawet haiku, jak chociażby w tomie Nostalgia ćmy (2010):

W polu

róża  zakwitła

kamienie obmył deszcz

+  +  +

Zaczerpnę dłonią

wody ze strumienia

na skraju Puszczy Boreckiej

zachłannie pomyśle

o dzieciństwie…        (w: „Powrót”);

 

albo:

 

Śniegi topnieją

Słońce w umizgach…

+   +   +

Wróbel trzy razy

w szybę puka

Wspomnienia przejmujące

zburzyły spokój               (w: „Przedwiośnie”).

 

Ale to nie wszystko.

W roku

 

Ale nie tylko pisaniem poezji ks. Jan Pietrzyk  wpisuje się w krajobraz literacki Warmii i Mazur, ale jako pasjonat  literatury oraz historii,  w roku 2011 opublikował był opowiadania  Szept historii. Opowiadania  o Prusach, które jak najbardziej trzeba przypisać do naszych regionalii z racji zawartych w książce tematów. A są to opowiadania o pruskich plemionach doszczętnie wytrzebionych przez zakon krzyżacki, po których pozostały  podania i baśnie, wykopaliska i nieliczne słownictwo, no i oczywiście historyczne wzmianki o nich; stąd owe opowiadania.

Ale Jan Pietrzyka nie byłby poetą, gdyby nie posłużył się właśnie wierszem we wstępie do pierwszego opowiadania:

 

Oddech wiatru

od morza do puszczy

w rękach świetlista łuna

przeznaczenia…

Błyskawice u stóp

jak nieziemskie rumaki

Pagórki nie utoną w zieleni

pieśniarz nie wyśpiewa do końca skargi…

 

Szept historii

pozostanie niezmienny

 

i dalej już prowadzi Jan Pietrzyk swe opowieści nietypową formą: jakby wiersza wolnego, prozatorskiego, tudzież nowelą historyczną. A więc nie są to opowiadania w ścisłym znaczeniu tego terminu literackiego, stąd nazwałbym je może jako „iluminacje tematyczne” napisane  zresztą w dość ekspresyjnym języku. Oczywiście, mogą ale nie muszą się podobać, zwłaszcza koneserom językowym, dbającym o logikę, czystą formę i prostolinijność opowieści…

mamy więc tu  baśniowo-iluminacyjne  opoi wdania Jana Pietrzyka o dawnych pruskich plemionach: Warmian, Barcji, Sasinów, Galindian, Nadrowian, Pogezanian, Jaćwieży, Skalowian, Natangi i Prusach jako takich.  Dodatkowo przemyślne malunki jako herby tych nacji i mapa z siedliskami plemion, słowniczek i przde wszystkim bibliografia tematyczna, przydają tym opowiadaniom istotne znaczenie poznawcze, zwłaszcza dla tych, którzy przebywając tu,  nie wiedzą o historii tej ziemi: dawnych Prusach Wschodnich, a dziś warmińsko-mazurskiego województwa.

 

5.

            Ostatnio Jan Pietrzyk opublikował spory tom wierszy Przed świtem.  Mamy zatem tom wierszy podobnych do napisanych dotychczas pod względem formy,  plastyki słów czy wątków tematycznych, ale są to wiersze już dojrzałe, doceniane w opisie naszej codzienności, naszej egzystencji, ale również już z nutką czegoś nowego, historycznego tu i teraz:

 

            Anemiczny chłopiec

            gra na

            jaćwieskim bębnie

            +   +   +

            W przestrzeń

            ulatuje nostalgia

            za życiem

            które przestało być

            niewinne…                (w: „Ulotność”)

 

            Tak, to właśnie nowe wątki: przodkowie tej ziemi, zjawy historii, ziemia przodków: „Puszczo bezkresna / w szumie twoich drzew / słyszę modlitwę,  śpiew i… skargę / staje się przepowiednią”.  Stąd wiersze stają się bardziej narracyjne, śpiewne, nostalgiczne, pamiętnikarskie, bo:

 

            Kiedy już nas

            nie będzie

            gdy zarosną ścieżki

            kamienie szeptać

            będą o tajemnicach

            +   +   +

            Wiatr miłosną pieśń

            zaśpiewa

            usypiającym mrówkom     (w: „Zaklęcia”).

 

            I ostatnie wyznanie Jana Pietrzyka:

 

 „…Noc należy do mnie,

Obcuję z jej ciszą i muzyką…” 

- jaką nam przekazał w zbiorze wierszy  Przed świtem*) na ostatniej stronie swego tomu.

            Dodajmy jeszcze, że ks. Jan Pietrzyk w roku 2011 otrzymał Honorowe Obywatelstwo Gminy Górowo Iławeckie. Należy do SPP oraz kolekcjonuje młynki do kawy, których jest znawcą; no i na zawsze wpisał się w krwiobieg literatury Warmii i Mazur, jako poeta osobny i światły swej twórczości literackiej. No i nie do końca może  wpisałem  tę twórczość  wszklaną trumnę  cenzorską” – bo nań nie zasługuje;  ta poezja żyje własnym życiem w swej imaginacyjnej formie, ale trzeba po nią sięgać jak najczęściej, bo na to zasługuje.  

---------------------------------

*) Jan Pietrzyk Przed świtem. Edytor Wers.  Ilustracje Anna Rok. Olsztyn 2013, ss. 110. 

 

                                                                                                        Józef Jacek Rojek

 




Zyta Trych

 

Zerkanie we wsteczne lusterko,
czyli co wynika z lektury tomiku „Dumania Kasandry” Zofii Korzeńskiej

Kiedy pisze się wiersze w chwili tajemniczego wewnętrznego przymusu, jest się samotnym z kartką papieru i natłokiem myśli pełnych piękna i mądrości, które domagają się natychmiastowego uszeregowanego zapisu. Ale kiedy tomik ujrzy już światło dzienne, do odczytywania ich potrzebna jest rozmowa, kontakt z czytelnikiem. O czym te wiersze są? O sztuce myślenia, życiu, religii?

Właśnie trafia nam się taka sytuacja. Tomik taki, jak ten, „Dumania Kasandry” (Kielce 2013), to cała książka poetycka, a nie tylko zbiór wierszy. Wprawdzie każdy z nich jest samoistny, ale w całości to pełna opowieść o życiu, jego konsumpcji i konsekwencji.

To nie jest tomik dla ludzi cierpiących na kryzys myślenia, bo on swoją treścią drażni nasze sumienie, wpędza w egzystencjalną niewygodę, budzi niepokój. Twórczy niepokój, który  rodzi w nas człowieka myślącego.

Oczywiście ta poezja może być uznana za poezję intymną z uwagi na percepcję pojęcia dobra i zła, egzystencjalności jednostki, ale jest to też poezja uniwersalna, co pozwala nam odczytać podstawową wiedzę o sobie.

Wiersze te mogą być również odczytane jako utwory o mocnym zabarwieniu religijnym, bo poetka dotyka etyki, niewzruszonej wiary w Boga, filozofii życia, psychoanalitycznych zgodności życia człowieka z odwiecznymi prawami dekalogu. Ale to tylko mniemanie pozorne, bo czyż określenie – człowiek porządny, prawy, odpowiedzialny to nie ten, co żyje zgodnie z zasadami dekalogu obojętnie od tego, czy czyni to ze względu na głośno podkreślaną przynależność religijną, czy etyczną przyzwoitość wypływającą z wiary w ustalony porządek świata.

Przy lekturze „Dumań Kasandry” czytelnikowi ciągle towarzyszy życzliwa ciekawość egzystencji i jej konsekwencji, a to jest zawsze w kręgu zainteresowań każdego z nas. Dlatego łatwość etykietowania może być tylko pozorna, bo każdy wiersz zawarty w tym tomiku jest inny. Książka „Dumania Kasandry” ma i tę cechę bardzo ważną, że uczy kreatywnego czytania. Nie można tego tomiku przeczytać raz i odłożyć na półkę. Trzeba czytać ponownie, powracać wielokrotnie do wybranych utworów, a nawet akapitów czy wersów. Wtedy odczytamy wiedzę o poetce, o tym, jaką jest osobą, jakie wartości preferuje, co myśli o człowieku współczesnym i jego roli tu na ziemi. Jednakowoż ta poezja w czasach dyktatury kliknięć i literatury kciukowej nie ma łatwo. Bo poruszając kwestię przemienności dobra i zła, bez nadmiaru informacji stawia wiele pytań absorbujących myślenie, ocenianie i wyciąganie wniosków na przyszłość korzystnych dla dobrego samopoczucia i spolegliwego bytowania. To jednak wymaga czasu i wyciszenia. Na przykład wiersz otwierający sezam skarbów myślowych „Kasandra znad Wisły”:

Pytam z trwogą w sercu,

przez głosy przodków przywołana:

Jak odnaleźć

istotę człowieka?

Jak ją odnaleźć w tym obłąkańczym i bezwolnym

tańcu Polaków drepczących w takt werbli

                        chocholej muzyki mediów,

przy oślepiającym migotaniu

sztucznych świateł złudzeń, kłamstw

i miałkiej demagogii przywódców?

Potężna machina propagandy Szatana

ogłusza, otumania, ubezwłasnomyśla.

Jak odnaleźć godność narodową?

Dokąd ten korowód drętwych kukiełek się toczy?

Wszak wokół — zapadliska,

pustkowie ducha wśród wrzawy materii,

zapaść moralna tak wielu.

Gdziemiłość, myślenie i godność?...

A ja, słaba Kasandra, jęk historii słyszę.

Jam pogłos z Czarnolasu,

echo podwawelskiego wesela

i wołania Jana Pawła II

o godność i tożsamość narodu 

w demonicznej wrzawie molocha.

To zbyt patetyczne i śmieszne,

bo — ojczyźniane i Boże?

Czyż tak? — pytam Was, Was —  myślący Rodacy!

Szukam godności człowieka-Polaka!

Niech się odezwą spadkobiercy przodków!

                                                                       2 XI 2010

Czyż nie pobudza pokładów dialogu z czytelnikiem refleksyjnym, zaniepokojonym istniejącym stanem rzeczy, sprawami ojczyzny, bytowania?

A wiersz „Wchłonąć”:

Przeczytać — zobaczyć — wiedzieć —

wchłonąć ludzkie myśli i odczucia!

Wchłonąć te książki, tę mowę,

to piękno natury zobaczyć

I sztukę...                    

I książki, o których nie wiem.

I całą kulturę.

Wchłonąć Dobro — Piękno — Prawdę!

Lecz to niemożliwe. Wiem. Nie zdążę!

Choćbym żyła lat trzysta.

Rosną góry wiedzy i oceany kultury.

A mnie mizernej ubywa:

sił, pamięci, czasu.

Moja wyobraźnia, rosnąc — cierpi,

że nie zdążę, nie potrafię

wszystkiego posiąść.

I że utracę ten zasób już nagromadzony

— i to niedługo... tuż, tuż...

Lecz czy naprawdę utracę?

Przecież Chrystus obiecał:

Nie gromadźcie sobie skarbów na ziemi,

gdzie mól i rdza niszczą

i gdzie złodzieje włamują się, i kradną.

Gromadźcie sobie skarby w niebie,

gdzie ani mól, ani rdza nie niszczą

i gdzie złodzieje nie włamują się, i nie kradną

                                               (Mt 6,20-21)

Czy perły, które gromadzę,

to skarby niebieskie?

I czy wszystkie?

 

Czyż nie określa osobowości poetki, która pragnie ciągle wiedzieć i widzieć więcej? Czy to tylko zwykła ciekawość rzeczy tego świata? A skądże! To tylko po to, aby pomóc innym gromadzić skarby dobra (perły), by ludzie mogli pojąć, że ziemski padół to nie kres życia, czy tylko wędrówka, lecz życie nasze w przyszłym świecie.

Albo wiersz

 

Bądź wola Twoja

                        Pamięci Haliny

Czy my tu mamy coś do powiedzenia?

Taka była wola Twoja, Panie, żeby ją już zabrać.

Nasz żal i płacz, i wspominanie,

i trudność uwierzenia, że jej już nie ma na ziemi,

tak mało przecież znaczą.

To zwyczajne tryby w kolejach naszego losu.

Tyle sobą hałasu w życiu robimy,

tyle planów, marzeń, zabiegania, urazów...

I zawsze się kończy jednako.

Dla wszystkich.

Przemijamy i już.

Halina też tu — była,

a nie — jest.

Jak trudno się z tym pogodzić...

Nie mogę do niej zatelefonować?

Nigdy z nią tutaj nie podebatuję?

Ależ ja z nią teraz bez przerwy rozmawiam!

I to prawdziwiej niż dawniej.

Przedziwne! Przedziwne...

Dziwne? Lecz przecież realne.

Policz jej, Dobry Ojcze, wierne

wielbienie Ciebie nade wszystko,

policz jej, proszę, cierpliwe i dobroczynne

służenie innym w potrzebie,

policz ofiarę jej z siebie dla drugich

i daj jej spoczywanie wieczne

w Twojej chwale. Amen.

19 grudnia 2011

Czyż nie zwraca nam uwagi, że cierpienie ludzkie ma różne formy, które są pełne sensu, czasem trudne do pojmowania? Jak i godzenie się z wolą Jego (Boga) w kwestii przemijania.

Mnie osobiście uderzył bardzo, również cudowny, na wskroś prawdziwy wiersz „Cudza lampa szczęścia”

 

Usiłujesz zgasić czyjąś lampkę szczęścia,

stłumić ironią, kpiną i niechęcią,

umniejszyć, choćby tylko w swych oczach.

Rekompensujesz sobie brak światła

poczuciem wyższości.

Zgrzyt zawiści — obmierzły nawet dla ciebie.

A przecież i ty masz swoje zasługi

u ludzi i Boga,

może ważniejsze od „sukcesów” bliźnich.

Lecz ty pragniesz więcej, inaczej,

wciąż nie potrafisz „wybrać”

i uznać w sobie wartości nawet osiągniętych.

Wydają ci się „nie te”.

Bo wszystko ci wręcz nie tak.

Twoja polityczna poprawność

i bezkrytyczna układność

wobec silniejszych

także Ci satysfakcji nie dają.

Więc się odważ być sobą:

kochać siebie za swoje istnienie,

bo jesteś darem od Boga

— właśnie takim, jakim jesteś, nie innym –

dla siebie i drugich.

23 lipca 2012

 

Czyż nie jest to właściwie wiersz flagowy każdego z nas, którzy zazdroszcząc i gorzkniejąc, szczęście widzimy tylko u drugich, obok, nie mając odwagi być sobą, kochać siebie, dziękować darczyńcom życia, ludziom, światu, niebu za swoje istnienie?

Ten tomik równie dobrze mógłby mieć tytuł jednego z wierszy „Horyzont noszę ze sobą”. Zofia Korzeńska odwala za nas kawał dobrej roboty. Zerkając we wsteczne lusterko naszych spraw, unosi horyzont naszego oglądu świata i przenosi go dalej po to, byśmy mogli powiedzieć (wprawdzie z pokorą) człowiek – to brzmi dumnie.

 


Kalina Izabela Zioła

 

W cieniu „Gontyny”

                                          

 

    Wczoraj pożegnałam Ryszarda Daneckiego, odpływającego w ostatni rejs, ten bez powrotu. Pływał on kiedyś jako rybak po Morzu Kaspijskim, ale zawsze wracał, nawet po największych sztormach. Tym razem nie wróci. Trudno w to uwierzyć, trudno się z tym pogodzić.

Ten zawsze pełen życia i humoru, tryskający witalnością człowiek nie żyje. Bez niego poznański oddział Związku Literatów Polskich nie będzie już taki sam. Zabraknie żartów Ryszarda, jego ironicznego nieco śmiechu, opowiesci o dawnych latach, zdarzeniach i ludziach, których oprócz niego nikt już nie pamietał. Odszedł nagle, pozostawiając po sobie puste miejsce, ksiązki i wspomnienia... Nie pójdę już z nim na piwo, nie porozmawiam, nie pojadę do  chaty w puszczy, nie zjem pysznego obiadu przygotowanego przez jego żonę... A jeszcze tyle mogłam usłyszeć, tyle się nauczyć, zrozumieć...

Teraz mogę tylko sięgać do tomików, zadumać się nad jego wierszami, opowieściami, fotografiami.

 

    Po powrocie z cmentarza wyjęłam z biblioteczki kilka książek tego cudownego poety i gawędziarza. Przerzuciłam album „Od Smakosza do Fregaty”, ukazujący poznańską cyganerię artystyczną. Nie czytałam, przeglądałam tylko fotografie z dawnych lat. Ależ ten Ryszard był przystojny! A te jego oczy! Nie dziw, że wiele kobiet za nim nim szalało. On również lubił kobiety. Lubił to właściwie nieodpowiednie słowo – on kobiety kochał. Kochał wino, kobiety i śpiew, a z tych trzech rzeczy kobiety najbardziej. Można to wyczytać na stronach jego książek. Kobietom i miłości poświęcił wiele wierszy. Najpopularniejsza książka Daneckiego, „Dedykacje – Wiersze do sztambucha”, w całości poświęcona jest kobietom jego życia. Do końca miał nadzieję, że ukaże się jeszcze jedno wydanie tego tomiku, uzupełnione o kolejne imiona, o których napisał i jeszcze napisze. Nie zdążył...

A przecież zawsze był gotowy na nowe zauroczenie, nową przygodę. Jak napisał w „Dedykacjach”:

 

Stroję się chwilą tą zawsze akurat -

wrastam w las, którego czas nie powali:

w pień jeden zrastają się imiona,

w trzystuimienną płeć -

 

kołysze się koralowy konar,

kwitnie różem jednakim różnych owali-

...

                             („Wstęp II”)

 

    Choć tak wielbił wszystkie kobiety, do końca był z wybraną we wczesnej młodości dziewczyną, która rozumiała poetę, wiele mu wybaczała i twierdziła, że to tylko taki „erotyczny katar”, który zawsze przechodzi. Ryszard dedykował swej Bronce, (która, jako plastyczka, ilustrowała niektóre jego książki, między innymi właśnie tomik „Dedykacje”), wiele utworów.

W wymienionych wyżej „Dedykacjach” tak pisał do Bronki:

 

u steru -

warkocze czarne

skośne oczy

i kimono -

skąd to kimono znajome w dżonce,

kobiece piersi

znajome drżące?

 

Kimono lila – tak dobrze w nim Bronce

gdy włos rozpuści kaskadą czarną lakieru             

...

                                     („Do Bronki”)

 

O ślubie z Bronką napisał w 2007 roku wiersz „W poznańskiej Farze”. Ten utwór opublikowany został w ostatniej, wydanej w 2013 roku książce poety „Wiersze okazjonalne”. Choć w późniejszych latach życia Danecki wyznawał materialistyczny pogląd na świat, to jednak ciepło wspominał kościelne zaślubiny:

 

Rozjaśniły go świec płomienie drżące

i marsz Mendelssohna grały organy,

gdy ślubne obrączki wkładał ksiądz Jany

przed tym ołtarzem właśnie -

                                       mnie i Bronce...

 

 

Najbardziej osobistym, jak zawsze twierdził poeta, poświęconym żonie wierszem był „Stwórca”, zamieszczony w tomiku „Mężczyźni półwieczni”. Na swym ostatnim spotkaniu autorskim w Ogrodzie Botanicznym, które odbyło się przed trzema tygodniami, 17 listopada,  Ryszard przeczytał go Bronce, również obecnej na wieczorze. Z pewnością nie pierwszy raz słyszała ten utwór, łacznie ze słowami miłości, ale sądzę, że tę recytację zapamięta na zawsze. Nie mógł chyba Danecki pożegnać jej piękniej:

 

Czarny sześcian ciszy

wycięty w boku pulsującego wszechświata,

czarny sześcian ciemności:

 

tutaj istnieje to tylko,

co powołane dotykiem

ręki mojej -

 

oto łóżka drewniana krawędź,

chłód prześcieradeł,

z pustki wyciągam

włosów długie zwoje,

stwarzam powieki rozwarte,

rozkołysane dzwony piersi -

...

leżę obok ciebie,

którą stworzyłem

 

 

    „Mężczyźni półwieczni” jest moją ulubioną książką Ryszarda Daneckiego. W pomieszczonych tam wierszach poeta jest taki prawdziwy, namacalny, ze wszystkimi swoimi słabościami i lękami, z właściwą sobie przekorą i optymistycznym podejściem do życia. Opowiada o swych marzeniach, tęsknotach, miłościach... O tęsknocie za miłością idealną:

 

- Kiedy tak mówisz, pięknie i czule,

że miłość – chłopca w mężczyznę zmienia -

masz rację

...

- Miłość – z mężczyzny znów chłopca czyni:

w świat czarów wiedzie go dłoń dziewczyny -

                                        („Rozmowa z Rasułem”)

 

O poszukiwaniu wciąż nowych wrażeń, nowych natchnień, o zachwyceniu ciągle na nowo, raz jeszcze, pomimo przemijających lat i posiwiałych skroni:

 

Dawno już – pierwsze sadziłem drzewo,

i dawno dom zbudowałem także,

syn – wkrótce dziadkiem zrobi mnie pewnie...

...

A ty się jawisz dzisiaj dopiero,

o czarnooka i czarnobrewa -

miłości słowa szepczesz gorące?

. . .

lecz jak z mężczyzny – stać się znów chłopcem?

                                                      („Nowa miłość”)

 

    Pisał poeta również o samotności, której tak często doświadczyć można nawet wśród tłumu. Jak każdy z nas nieraz czuł się wyobcowany, niezrozumiany, odrzucony. Na  pospiesznie przemierzanych gwarnych ulicach, między gonitwą za pieniądzem a pościgiem za stabilizacją, sukcesem, za jeszcze jedną przygodą, jeszcze jedną książką, wpadał w czarny, pusty tunel:

 

Machaniem rąk rozkopujemy

każdy dla siebie przejście w powietrzu,

oblegającym ściśle wypukłość ubrań:

 

gestu odrębnością -

zaznaczamy odrębność swojego przejścia,

...

To jest właśnie pamięć:

cofanie się w nieprzydatny innemu

pusty tunel

swojego przejścia -

...

                                   („Samotność”)

 

 

 

    Nieobca była Daneckiemu, jak zresztą większości poetów, tematyka śmierci. No bo jakże nie zauważać, że pięknie rozwitły kwiat traci płatki, gubi liście i więdnie? Że młode, smukłe drzewo targane wichurą łamie się i ginie, wyciągając ku niebu zeschnięte, sczerniałe  konary? Że człowiek od dnia swoich narodzin uparcie i mozolnie zdąża do kresu życia, borykając się po drodze z niedogodnościami starości? Pisał więc poeta o tym, że przemijamy, ale również o tym, że nie chcemy się z tym pogodzić, staramy się tego nie zauwżać:

 

Od ściany ku oknu -

od ram fotografii

...

od faktów do marzeń,

od byłeś – ku będziesz -

odwracanie twarzy

                     („Przemijanie”)

 

W tym dążeniu ku śmierci wiele jest przystanków, wiele portów. Można je witać z uśmiechem, spodziewając się się jeszcze czegoś nowego, dobrego, a można świadomie nie dostrzegać mijających lat, jak struś chować głowę w piasek, uciekać w sen, w alkohol, w marzenia:

 

Romantyczni żeglarze – o burych świtach

na brzegu tapczanów z pękniętą sprężyną,

u boku chrapiących sopranowo słonic -

lądują sterani, bez steru...

 

                                                   Nie burkną

słowa – w sen odpływają, w którym ich wita

wyspa wonna, gdzie gibkie dziewczyny żyją

...

                                            („Pięćdziesięcioletni”)

 

Najpiękniejszym wierszem o śmierci, jaki napisał Ryszard Danecki, jest moim zdaniem „Romeo”. Mówi o śmierci samobójczej w tak przejmujący a zarazem poetycki sposób, że nie można się nim nie zachwycić. Ryszard opowiedział mi o genezie tego wiersza: kiedyś w holu hotelu zobaczył młodego mężczyznę, który podciął sobie żyły – chciał umrzeć z powodu nieszczęśliwej miłości. Przecięte żyły ułożyły się w kształt lśniącej, czerwonej róży. Widok ten tak poruszył poetę, że napisał:

 

Gdy nie będę już do niczego zdolny -

albo inaczej -

gdy już będę do wszystkiego zdolny,

 

gdy już będę mógł wszystko ofiarować tobie -

albo inaczej -

gdy już niczego nie będę mógł ofiarować tobie -

 

dam tobie różę czerwoną,

którą noszę nierozkwitłą w lewym przegubie:

otworzy się za muśnięciem srebrnego promienia

                                                                      brzytwy...

 

   Miłość, śmierć... To częste tematy utworów Daneckiego, ale nie jedyne. Dużo miejsca zajmuje też w jego poezji przyroda, mitologia... Jako dawny marynarz Kaspijskiej Floty pisał dużo o morzu ( był zresztą związany z morzem przez cały czas, do śmierci pełnił funkcję wiceprezesa Wielkopolskiego Oddziału Marynistów Polskich. Opisywał także lasy, szczególnie swoją ukochaną Puszczę Notecką, gdzie znajdował azyl pisarski w chacie leśnej, nazwanej „Gontyną”. W „Gontynie” spędzał poeta corocznie wiele miesięcy, od wiosny do jesieni. Tam powstawały najpiękniejsze wiersze, tam chronił się przed przed miejską wrzawą i ludźmi. Na zaproszenie Ryszarda pojechałam tego lata do ukrytej w puszczy chaty, otoczonej kwiatami i starymi drzewami. Zostałam przedstawiona stojącemu w ogrodzie Duchowi Puszczy, rzeźbie wykonanej przez Wojciecha Kuklę. Tam porobiłam kilka zdjęć, na tle chaty, w ogrodzie, z Duchem Puszczy...  To jedne z ostanich fotografii Ryszarda w miejscu, które było mu najbardziej bliskie. Gdzie znajdował spokój i natchnienie, łączył się z przyrodą, czuł się ogniwem w łańcuchu życia:

 


... nagle pojmujesz, że śmierci nie ma –

robak jest wróblem, a jastrzębiem wróbel,
martwego jastrzębia – znów robak pożre,
taką mają przyszłość pnie sosen grube,
jaką im kornik wypisuje w korze –

tyle życia innym – ile go oddasz,
ono zaś wieczne – tylko formy giną:
ofiary na Łady składane ołtarz –
puszcza jej wielką, słowiańską gontyną…

                                                      („Gontyna”)

 

Tym właśnie utworem pożegnałam wczoraj Ryszarda Daneckiego na junikowskim cmentarzu. Stałam nad jego grobem, mówiłam wiersz, ale czułam, że nie jest to nasze ostateczne pożegnanie. Wiem, że będzie wracał do mnie zwrotką wiersza, uśmiechem ze zdjęcia, wspomnieniem... I póki będzie żył w mojej pamięci, w pamięci wielu z nas, nie odejdzie. A  jego słowa krążyć będą pomiędzy nami jak barwne motyle, które wyfrunęły z cienia starej chaty.

 

Ryszard Danecki „Dedykacje”, Wydawnictwo Poznańskie 1974

Ryszard Danecki „Mężczyźni półwieczni”, Wydawnictwo ZLP Poznań 1990

Ryszard Danecki „Wiersze okazjonalne”, Wydawnictwo RD „Gontyna” 2013

 

Pin It