Andrzej Walter

Ciemnooki Wszechświat

   Czy rozpacz można przemienić w nadzieję? Czyż wszyscy nie żyjemy w zakładzie zamkniętym dla psychicznie chorych? Nazwaliśmy go światem. Tym światem. Jedynie nam znanym światem. Światem, który jest, w natłoku swoich bolączek – mimo wszystko - piękny i zachwycający. To trzeba mocno podkreślić. Ale i jest jednocześnie – dojmująco brutalny. Jak znaleźć równowagę pomiędzy tymi sprzecznościami? Jak żyć w kontraście dobra i zła? Wreszcie, jak odszukać właściwą drogę…

   Czy metamorfoza rozpaczy, katharsis ku nadziei, będącą efektem terapii życiem, nie odziera nas z marzeń i pragnień? Czy ta kuracja jest nam w ogóle potrzebna? Czy też jesteśmy na nią nieuchronnie skazani cywilizacyjną koniecznością bytu… oraz ciągłym szamotaniem się w dążeniu ku Prawdzie,… prawdzie, która okazuje się niekończącą się drogą - bez drogowskazów.

   Rozważam te dylematy po lekturze książki Dawida Glena „Ciemnooka”. To zaledwie ich drobna część. Ułamek wielu pytań w natłoku: sekund, chwil, myśli i refleksji. Elementy zadumy: nad moim i nad twoim – drogi Czytelniku - miejscem we Wszechświecie. Miejscu ciemnookim, a jednocześnie ponętnym. Lektura tej książki niepokoi, a zarazem wyzwala. Zatrważa, a jednocześnie prowadzi ku wyrafinowanej ścieżce koncepcji, że „nie we Wszechświecie pojawiło się życie – to w Życiu pojawił się Wszechświat …”. Czy wolno nam - tak właśnie - spojrzeć na to, co nas otacza? Autor zaproponował nam wyzywające intelektualnie odwrócenie perspektyw widzenia. Niczym Antoine de Saint-Exupéry proponuje nam podróż do prawd uniwersalnych ukazując nowe spojrzenie na przeżycia rozwiniętego duchowo człowieka XXI wieku.

   Nie trudno dociec, że Dawid Glen napisał tę książkę pod pseudonimem. Poszukajcie Autora w sieci, ale póki co nie naruszajmy Jego prawa do anonimowości. Jej celowość nie ulega wątpliwości, biorąc pod uwagę istotę przesłania zawartego na kartach książki. Chodzi bowiem o treść. Autor chce pozostać na drugim planie i uszanujmy to. „Ciemnooka” jest jedną z najlepszych książek jakie miałem przyjemność ostatnio czytać. Podobnego rodzaju refleksje i pytania wzbudziły onegdaj w mojej świadomości lektury: „Czarodziejskiej góry” Tomasza Mana oraz „Lotu nad kukułczym gniazdem” Kena Keseya. Dawid Glen poszedł jednak dalej. W odróżnieniu od przywołanych tu dzieł pokazał potęgę nadziei. Szansę uleczenia i wyzwolenia. Ta swoista denominacja realiów może oszołomić. Szpital psychiatryczny to miejsce lęku, enklawa choroby, kwintesencja wyobcowania oraz miejsce wręcz bez nadziei. Można tylko uciekać od tego tematu. Można go ukazać jak Wojtek Smarzowski w sztuce teatralnej „Kuracja” na podstawie powieści Jacka Głębskiego. Tam młody naukowiec wymyśla eksperyment poznania swojego zawodu – lekarza psychiatry - zostając anonimowym pacjentem zakładu odosobnienia. Zostaje tam już jednak na zawsze. Nie ma nadziei. Jest: koniec, choroba i śmierć. Albo gorzej – piekło trwania w zamęcie i bólu.

   Bohater Glena tętni życiem. Życia pragnieniem i … nadzieją. Może to jest recepta na dziwne, trudne czasy. Rozniecić nadzieję. Pokazać nowy horyzont zapomnianych wartości. Opisać sumę doświadczeń i potęgę myśli. Wreszcie zanurzyć nas w wielkim sensie miłości oraz ofiary, bez której żadna prawdziwa miłość, obyć się nie może. To nie jest książka banalna. To nie jest książka akcji. To opowieść o współczesnym człowieku. O filozofii trwania. O wartościach bezwzględnych, które należy rozszyfrować w naszej przygodzie zwanej życiem. Nie ma od tego ucieczki. Nie mamy właściwie wyboru. Jeśli chcemy to życie przetrwać i odnaleźć w nim sens. Jeśli chcemy pojąć co to szczęście i jeśli chcemy i potrafimy je odnaleźć.

   Najważniejsze słowa padają w rozmowie bohatera powieści z bratem, który dowiaduje się o jego chorobie. Ta choroba, być może jest chorobą każdego z nas. Jej symptomy są dostrzegalne lub nie. Ale jednak one są. Pulsują w papce życia. Zanurzmy się na chwilę w świat (pozornie) schorowanej wyobraźni … Uważam, iż należy przytoczyć obszerny fragment powieści, gdyż stanowi on wielkie, ważne i zwarte przesłanie dla współczesnego człowieka… To pewnego rodzaju credo. Deklaracja niepodległości wobec „normalnej” społeczności żywiącej się – prawem, systemem i szablonem.

- Jacek, ale ja to wszystko przemyślałem. Wiem, że świat jest inny niż myślą ludzie.

(…)

Zrobiło się tak czarno, jakby zamknęły się niewidzialne oczy. Jest tak słono, jakby wyparowało morze. Jest tak czerwono jak w środku serca. Rozum powinien być twoim sługą, nie panem. Nie pozwól mu okrążać twojej miłości. Bo to nie we Wszechświecie pojawiło się życie - to w „Życiu" pojawił się Wszechświat.

I wcale nie jest nieskończony, jest tylko taki wielki, jak wielką potrafisz mu wyznaczyć granicę. Wszechświat jest tylko tym, co potrafisz wyobrazić sobie, poza sobą.

To wszystko, co jest, jest myślą, Tam gdzie kończy się myśl, kończy się życie. To nie śmierć jest granicą, ciemnością, przepaścią - ciszą. To nieobecność myśli, jest przeciwieństwem życia.

Jak prawdziwie i pięknie świat opowiada nam siebie, ptaka opowiada jego lotem

 i śpiewem. Trawę - jej cichą łagodnością  i chłodem. Odległość - opowiada nam, czarną kreską lasu, a bliskość - dotknięciem, czyli sobą. Kiedy jesteśmy blisko, czujemy gorące dotknięcia i sami jesteśmy, jak dłoń, jak skóra? Oddalając się odczuwamy lęk i niepewność, ale tylko tak długo, dopóki nie wyzwolimy z siebie nowej myśli, która nas zwiąże, z następnym elementem świata.

Sami też jesteśmy myślą, ale ta myśl nakłada się na tę, którą sami myślimy o niej 

i wtedy - powstaje świadomość, czyli świat, który wie, że jest. Jego narzędziem jest rozum, jego ludzkim kształtem jest umysł. Jego głodem jest poznanie, a jego owocem: rozwój świadomości.

Oczywiście ten proces nie może następować w oderwaniu od ptaka, ziemi, trawy, czy deszczu. On dzieje się we wszystkim, co jest. Ziemia urodziła życie z myśli, a sama pomyślana została.

Jej ciało rozkwitło myślami, a one zamieniły się w istoty i przedmioty, które wyzwalają następne myśli.

To wszystko, co do tej pory powiedziałem, to takie słowa ze słów - takie papierowe rozmyślania. Ale jest ważnym, żeby zadawać sobie pytania wykraczające poza egzystencjalną niepewność i usiłować „urwać się materii ".

Tylko wtedy, kiedy udaje się nam " urwać materii " - zapomnieć, że jesteśmy - myśleć „poza sobą" - tyko wtedy możemy "rozszerzyć świat" - zobaczyć go

o ten kawałek dalej, który stworzyliśmy w myśli, a raczej - myślą. W takiej chwili jesteśmy najbliżej Boga. Myślimy jego myślą.

Nie możemy niczego stworzyć, jeżeli pozostajemy w "studni" ciała. Wtedy można tylko marzyć o wyjściu z cembrowiny. I takie marzenie tkwi w naszej podświadomości od prapoczątku. Ciało, tylko wulgarnie rzecz ujmując, jest materią. Tak naprawdę, to ciało jest, transformacją słowa. Jest możliwością myśli,  jest jej sercem i krwią.

Nasze ciało jest materią, która szczelnie, precyzyjnie wypełnia ideę. Została wykrystalizowana w procesie ewolucji w ciało, które jest pochodną: chleba, powietrza, wody i ognia. Struktura ta wtedy posiada cechy, które nazywamy " życiem ", kiedy spełnia ideę, która ją powołała. Ale zaprogramowana jest tylko, jako ofiara. Musi oswoić się z tym programem i wykonać go do końca. Niezależnie od tego, czy w niego wierzy, czy nie. Od urodzenia do śmierci, uczy się dawać. Ci, którzy tego nie rozumieją, próbują brać, wkraczają w pole błędu i dokonują ofiary daremnej. Tajemnica ofiary jest trudna. Nie żyje się dla życia. Żyje się po to, żeby dokonać ofiary - dać, nie czekając nic w zamian.

Płytkie, małostkowe poszukiwanie bliskich potwierdzeń, " w zasięgu ręki ", daje też takie płytkie spełnienia. W najlepszym przypadku i tak kończące się niezbywalną śmiercią. Przyjęcie każdej opcji, poza własne ciało, a już szczególnie w sferę myśli - słowa, daje rozrost świata. Przesuwanie granicy śmierci, o ten kawałek.

Oczywiście niczego nie otrzymamy za darmo. To właśnie ofiara jest ceną, którą płacimy. Żeby zaproponować lepszą, ciekawszą gałązkę świata, musimy rozszerzyć własny świat. Naj prawdziwiej dokonujemy tego poszerzenia, przez połączenie

z innym światem. Następuje to w chwili, podarowania komuś drugiemu tego, co

w nas najlepsze, najprawdziwsze, własne.

(…)

Siłą, która indukuje możliwość prawdy - jest zbliżenie przez miłość. Dlatego każda miłość jest najważniejsza, bo prowadzi nas do prawdy.

Człowiek jest istotą, która ma zgromadzone w jednym bycie, wszystkie elementy Wszechświata, oczywiście w połowie. Bo tylko taki zestaw pozwala żyć i myśleć. Oczywiście  to myślenie, też jest tylko - ułomne. Dlatego tak trudno i tak długo trwa rozpoznawanie świata.

Żeby rozpoznać świat, żeby dotknąć jego tajemnicy, trzeba " otworzyć serce"

i pozwolić płynąć krwi swojej przez nieznane. Krwią, która dotyka nieznanej duszy świata, są myśli. Jeżeli potrafimy pomyśleć materię to ona się staje, staje się na tę chwilę. Materia nie trwa, ona się staje. Dlatego materii nie można pomijać, ale też nie wolno nadawać jej większej miary, niż sama sobie wyznaczyła. We Wszechświecie trwa tylko myśl. I nie jest ona tak zależna, jak to sobie ustaliliśmy. Myśl jest ideą niematerialną. Jest siłą, której źródłem wcale nie jest mózg. Owszem, w mózgu następują pewne materialne procesy (biochemiczne, biofizyczne).Ale tu nic więcej wydarzyć się nie może. Prawdziwy proces zmiany, ruchu idei - zaczyna się

w " słońcu myśli " i kiedy otworzymy się, zaczynamy myśleć.  Lecz nie myślimy

o świecie, myślimy: światem. Na przykład:  ... Myślimy nie „o deszczu” -... Myślimy "deszczem".

Bo oprócz tej postaci świata, którą widzimy, w której żyjemy, którą potrafimy opowiedzieć - jest jeszcze, a może przede wszystkim, - inna postać, inna przestrzeń.

(…)

Są takie znaki, które pozwalają nam zajrzeć w strumień myśli, wyłowić z niego kolejne znaczenie. Tymi znakami są "słowa". Oczywiście to zjawisko nie dzieje się słowami. Bo my nie myślimy słowami. Jak powiedziałem wcześniej - myślimy "deszczem". Słowo "deszcz" daje nam tylko możliwość zobaczenia, że w strumieniu myśli naprawdę są krople, jest wiatr i chłód.

- Zakończę ten przydługi wywód, kilkoma uwagami wywodzącymi się z pytań podstawowych.

Niebo wcale nie musi być w górze, a tym bardziej w Kosmosie. Życie ma swój rdzeń

i w nim pulsuje to, co wydaje nam się „Rajem". Oddalanie od życia, to pogrążanie się w śmierci.

Sonda kosmiczna, uciekająca w martwy Wszechświat umiera z przerażenia. Ludzki umysł wyposażył ją w konstrukcję wyrażającą myśl - ideę, ale ta idea tak długo istnieje, jak długo może kontaktować się z umysłem, który ją powołał. Z tego wynika, że świat oglądamy umysłem, a nie przyrządem. Opisując świat metodą naukową, wcale nie opowiadamy struktury, funkcji, czy kondycji kosmosu. Opowiadamy, uświadamiamy tylko możliwości umysłu, zdejmujemy kolejną zasłonę. Cały Wszechświat istnieje w nas.

Właściwie to, nie ma świata materialnego. Istnieje tylko nasze ludzkie wyobrażenie świata, informowane przez umysł - ( zmysły) o niemożliwości przekroczenia różnych progów - barier. Wszystkie bariery zmysłów są barierami neutralizującymi się, przy osiągnięciu progowej zasłony.

Tylko dotykanie wewnętrzne nie ma bariery. Nazywamy je wyobraźnią, a tak naprawdę jest „nieskończonością". Dlatego myślą możemy dotknąć, najciemniejszego płomienia i usłyszeć "myślą" najdelikatniejszy wybuch świata.

Wyobraźnia jest miłością po obu stronach życia.”

   Jednak, aby to zrozumieć, uchwycić, trzeba się otworzyć na wszystko co nas otacza. Trzeba pokory i chęci poniesienia ofiary, aby doznać radości jej ponoszenia. To wyjątkowe olśnienie nie jest nam dane ot tak. Musimy do niego: dojść, dojrzeć, odszukać je dla siebie i w stosunku do bliźniego. Zobaczyć obok siebie człowieka. Nauczyć się kompromisu: pomiędzy życiem dla siebie, a również dla tego człowieka obok nas. Odczuć radość dawania. Jest większa i pełniejsza niż permanentne konsumowanie, branie i pasożytowanie.

   Jakże trudne to przesłanie w dzisiejszym świecie. W świecie egoizmu i samorealizacji. W świecie pieniądza, władzy i nowoczesnej komunikacji. Wreszcie w świecie totalnym, globalnym, w którym poddawani jesteśmy: numeryzacji, utylizacji i kształtowaniu na idealnego konsumenta. Napisanie takiej książki - w tym właśnie świecie świadczy o mądrości i wielkiej odwadze. Świadczy o ogromnej głębi przemyśleń oraz empatii, którą Autor chce wyrazić i nas nią zarazić. Jego bohater poddaje się. Nie chce walczyć. Ulega terapii. A jednak pozostają w nim te wartości, w które wierzy. Może są one „jakoś tam” zredukowane, odarte z godności, ograniczone, ale są żywe i zawsze takimi pozostaną. Szkoda tylko, że aby Tutaj żyć (i przeżyć) trzeba przestać je głosić. Trzeba przestać o nich mówić. Trzeba je ukryć w głębi myśli, zamknąć w klatce siebie i trzymać pod kluczem samokontroli. „Skazać się na życie po dwóch stronach wyobraźni”. Unicestwić siebie pod maską dostosowania do współczesności. Wtedy mamy szansę na wypis ze szpitala. Szpitala przemienienia.

   To jednak nie koniec. To byłoby zbyt proste. Zbyt hollywoodzko-banalne. Książka Dawida Glena jest otwarta. Na końcu zadaje pytanie, nie będące pytaniem, lecz wyzwaniem pytającym. Poetyzuje przesłaniem. Każdy wniesie weń swoją sumę doznań i doświadczeń. Czy właściwie odczytujemy przeznaczenie? Czy nasze ciągłe odradzanie jest wciąż żywe i sensowne? Czy nadal mamy szansę na nowe etapy w życiu? Nie jestem w stanie na te pytania udzielić odpowiedzi. Zapadają w świadomość głębią swojej melancholii oraz nostalgii. Kształtują obraz naszej ułomności. Na ile (?), kaleczeni przez życiową terapię normalności, będziemy nadal w stanie zachować: swoją odmienność, swoje szaleństwo i swoją walkę o ideały. Dokąd dojdziemy w „drodze powrotnej, która jest jak odradzanie, odbudowywanie równowagi psychicznej, radości istnienia i łagodnym porozumieniem ze światem”. Każdy z nas na pewnym etapie życia ma takie drogi powrotne. Do wspomnień, dzieciństwa, wyrywania się z narzucanych szablonów. A żyć trzeba tu i teraz. Warto posiadać takie drogi, lecz nie wolno nam się w nich zasklepić. Na nich zatrzymać. Nie wolno nam patrzeć wstecz. Tylko wstecz. Nie wolno nam patrzeć też tylko naprzód. Jedynym rozwiązaniem jest złoty środek. Arystotelesowska miara. A przede wszystkim: wiara, nadzieja i miłość.

   Książka Glena ujęta została w pewne ramy perspektywy percepcji - poprzez brata głównego bohatera – Jacka, który jest młodym naukowcem po przejściach (rodzinnych), a jednocześnie zafascynowanym pasjonatem nauki. Chce zrozumieć i odkryć tajemnicę niewykorzystanych fragmentów mózgu. Prowadzi pozornie stabilne życie naukowca. Rytmiczne i poukładane. Układanka przeszłości majaczy jednak gdzieś w tle. Objawia nam, że relacje między ludźmi to najtrudniejsze dla nas wyzwanie … Jacek właściwie porzuca brata. Zostawia go na pastwę leczenia przez „fachowców”. I oni – dzięki pokorze i poddaniu głównego bohatera – tego dokonują. Jacek pozostaje z wyrzutami sumienia, ale i radością sukcesu uleczenia

   Książka została ujęta też w inne ramy. To wątek miłości do kobiety – ciemnookiej Anny … „Była wysoką, szczupłą brunetką, twarz miała delikatną i ciemne, głębokie oczy, pełne smutku i zdziwienia światem”. To wątek kuszenia życiem, zdradą i zwykłą – zdawałoby się ludzkiej miary – miłością … A jednak kreślą one atmosferę dla ważniejszych rozważań. Z piekła myśli bowiem składa się człowieka świat. To trzeba obłaskawić, okiełzać, oraz ujarzmić.

   Czy owa ciemnooka jest demiurgiem tytułu? Być może w jakiejś części. Sądzę jednak, że za woalem tajemnic  - „Ciemnooka” stanowi sztafaż intelektualny. Autorem powieści jest … znany poeta

Który żyje naturą w jej świetlistym pięknie przenikniętym słonecznym światłem, światłem ziemskim, w perspektywie Boskości. Pod delikatną tkanką tej poezji kryje się siła niezwykła, duchowa; siła przeciwstawiania się rozpaczy, nihilizmowi, katastrofizmowi, pesymizmowi. Przeciwstawiania się zwątpieniu i beznadziei trawiącym współczesny świat – temu wszystkiemu, co w sposób zgoła niszczycielski wpływa na duchowość człowieka, ulegającego nawet podświadomie presji mrocznych tendencji....
to poeta żarliwy, z odwagą poruszający się na przeciwstawnych biegunach świata zmysłowego i zrodzonego z ludzkich pragnień, lęków, fascynacji. Ton jego wierszy jest niepodobny do innych: wyrazisty, samodzielny, niepokojący.

(Bohdan Pociej, “SYCYNA” Nr 17(95) 1998.)

   Odkryłem zatem kilka kart. Nie mogę więcej, gdyż to książka, którą po prostu trzeba i warto przeczytać. Na zawsze pozostanie w pamięci czytelnika. Ja, przeżyłem ją głęboko. Spojrzałem na swoje życie z perspektywy Wszechświata, który pojawił się w nim, bądź który ja sam stworzyłem. Taki prywatny wszechświat na własne potrzeby, aby tanio uzasadniać swoją drogę i swoje istnienie. Spojrzałem z dystansem na egoizm, los, radości i smutki. Muszę to wszystko przemyśleć.

To wszystko co jest, jest przecież … myślą.

Muszę odkryć nowe horyzonty. Otworzyć nowy etap w życiu. Każdemu jest on potrzebny. Warto poznać „Ciemnooką” oraz ciemnooki wyraz Wszechświata; doznać olśnienia, czy nawet wielu olśnień, by po prostu - lepiej żyć …

Andrzej Walter

 

Dawid Glen – „Ciemnooka”, Wydawnictwo Self Publishing, str. 138, ISBN: 978-83-272-3843-6 ; dostępne też w formie e-booka: Wydawnictwo internetowe e-bookowo.

www.e-bookowo.pl

 



Andrzej Wołosewicz

Dumin i Spinoza – o „Poezjach wybranych” Piotra Dumina

           

            Tomik „Poezji wybranych Piotra Dumina otwiera wiersz „Życzenia”:

Niech słowa będą jak trawy

a słabość jak zorane pole

Niech śpiew skowronka się unosi

gdy idąc dźwigam słońca skałę


Niech brak mi będzie wciąż samego siebie

niechaj ode mnie widzowie odejdą

Niech czułość skronie mi obejmie

To takie Stachurowe! Takie mam, dobre dodajmy od razu, skojarzenie. Przestrzenie (te duchowe), wyzwania („dźwigam słońca skałę”) i dynamiczne napięcia w relacjach z innymi („niechaj ode mnie widzowie odejdą”). Teraz przeczytajmy kilka wierszy.

 

Święty Krzyż

Klasztor jest myślą i kształtem

łagodnym Twoim światłem

a także ciężką

rdzewiejącą bryłą

w odejściu słońca


Klasztor jest drapieżną

konstrukcją mocno

osiadłą na szczycie

Tła mistycznego

ukoronowaniem


Tu wsiąka słońce

i pada na świętych

w sklepieniach kopuł

zawieszonych


Tu gdzie pogański

tryumfował bożek

kult był gwałtowny

krew wsiąkała w ziemię


gdzie puszcza pełna

wdzięków i tajemnic

Tu silną ręką

osadzono Boga


A dźwięki dzwonów

tak niosło po jodłach

że okolicznym

kamieniały twarze


Góry Świętokrzyskie

Krajobraz jak sen dojrzałej kobiety

godzi nas z sobą

Zamarza cisza i nienawiść

 

Wzgórze jak pierś kobiety skamieniałą

 

Sandomierz

Miasto

świeciło dachami

w stepowych ostach

 

Więc kilka razy

powracała horda

Krew puszczała ze świątyń

żyznej okolicy

 

Boję się komentarzy tak pełnych wierszy, dlatego chciałem, by wybrzmiały. Najchętniej w ogóle bym nie komentował, te wiersze potwierdzają bowiem moje coraz głębsze przekonanie, że są takie wiersze, że pisanie o nich należy do zajęć z gatunku podstawiania przez żabę nogi tam, gdzie konie kują, a ja nie chcę być taką żabą. Z kolei pisanie w ogóle o dobrych poetach i ich wierszach uważam za swój krytycznoliteracki obowiązek (tym bardziej, że nikt mi za to nie płaci) i za przyjemność i za przyjemność, którą mogę zafundować sobie samemu (także gratis).

Przytoczone wiersz Piotra Dumina tym bardziej przypadły mi do serca, że poznałem go w pierwszym wcieleniu nie jako poetę, lecz wrażliwego i wnikliwego rozmówcę innych poetów, który ćwierć wieku temu „zmusił” ich do ciekawych wyznań a lat temu kilka do powtórnego skomentowania własnych słów, myśli i rozważań. Pomysł udał mu się znakomicie (pisałem o tym na www.literaci.eu 16.06.2009, List otwarty do Piotra Dumina). Warte jest to przypomnienia także dlatego, że Piotr pisał o innych a tego, czego mi naprawdę brakuje, to pisania o innych twórcach – kolejka tych, którzy by chcieli opublikować recenzje o nich, ich wiersze itd. nawet do mnie ustawia się nielicha, ale tych, którzy by przynosili teksty o piszących współbraciach i siostrach zliczę na palcach jednej ręki.

Przytoczone wiersz Piotra tym bardziej przypadły mi do serca, że borykałem się od pewnego czasu z problemem, gdzie i jak pomieszczać takie wiersze (myślę tu o swoich), które w jakiś sposób opisują kraj i wymyśliłem wreszcie na nie formułę Wiersze Podróżne (zdaje się tak zatytułuję tomik, gdy już „napodróżuję się” odpowiednio dużo). Wiersze podróżne Piotra są znakomitym połączeniem miejsca i refleksji o nim często splatającej historię z teraźniejszością, są poetyckim przeniesieniem historii do współczesności, bo raczej ten kierunek duminuje (proszę nie poprawiać, to nie literówka!): poeta mentalnie nie prowadzi nas w przeszłość, tylko tę przeszłość czyni nam obecną tu i teraz w poetyckim jej ujęciu.

No dobrze, wróćmy z tych podróży „z Duminem po kraju” i zmieńmy kierunek na podróż po Duminowej duszy, chociaż nie tylko po niej. Oto stosowny wiersz Moje pragnienie I:

Moje pragnienie dotykało próżni,

chociaż śledziłem obraz pełni,

gdy nie wiedziałem, czy dopełnisz

wyobrażenie  czy mnie z nim poróżnisz.

 

Bo jesteś kształtem sennego kamienia,

gdy płomień śpiewa w pierzynie pajęczej.

Kurczą się domy, kiedy wzbiera serce.

 

Tak świeci księżyc na pancerzu zbroi

- suchy trzask światła wśród stogów milczenia.

Miecz wojownika wyjdzie z przerażenia.

Nie ma go w polu, chociaż w polu stoi.

 

Pierś w pierś naciera. Gamma iskier cała.

Nadmiar nas spełnia, ale kształt – ocala.

 

Inną wartość niosą wiersze, dla których znalazłem nazwę – spinozjańskie, bo w nich znajduję holistyczne podejście do świata (przyroda/Bóg), np. Spełnienie doliny:

Wstępuję w dolinę nasłonecznioną

Tu tylko kamień jest trwalszy od nas

Niszczymy krajobraz aby nas nie przeżył

zbyt doskonali i doskonali za mało

w szyderstwie bar wi świateł

 

Oczekiwanie doliny to łagodność trawy

gdzie Ciebie spełniam ale bardziej ziemię

połączony z kwitnącym brzegiem

z rozbieganą powierzchnią potoku

i wiersz bez  tytułu:

Świat nas uczy proporcji rzeczy

 

Powtarzanie powiększa o czynność

lecz odbiera sny

 

W miarach gubimy krajobrazy

wieś spokojną kołysanie prawdy

I Ciebie co jesteś potokiem

którym płyną chłodne grzywy słońca

 

Chciałbym też zwrócić uwagę na motyw słońca a może nawet na coś więcej niż motyw – na moc słońca w wierszach Piotra Dumina. Było już w przytoczonych i choćby w taki jak ten (też bez tytułu):

Dziedzictwo usypiającego piękna

Murów i dzwonów historii

 

okrutna niepewność

czułość trawy

w okulbaczonym słońcu

 

Piękno

co jest koniecznością formy

jej snem o sobie

 

Mamy w tych wierszach i słońca skałę i dolinę nasłonecznioną i okulbaczone słońce a nawet chłodne grzywy słońca, czy jakby nie wyrzeźbiło nas słońce/ w kamieniu i rośliniesłońce/ przelewało się przez skaliste korytaSłońce prowadzi pochód.Wyrwałem te określenia, więc trochę są nagie, lepiej brzmią w otoczeniu całych wierszy, co łatwo sprawdzić. Przytoczenia te pochodzą z kilku kolejnych wierszy, ale dalej Dumin też nie zwalnia ze słoneczną intensywnością.

            Inna tematyka zajmująca poczesne miejsce w dokonanym przez autora wyborze, to wszystko to, co dzieje się i dziać się może między Nim a Nią. Do cytowanego wcześniej Mojego pragnienia I dodajmy jeszcze, wymieniając jedynie, by nie wyprzedzać lektury całego tomiku, do której zachęcam: HappeningZależnościErotykWenusPiersi moje obsiadłaś..Próbujesz mną...

            Opowiadałem na samy początku o historii opowiadanej w wierszach zamykanych w czasie przeszłym, ale i współczesna Duminowi rzeczywistość, rzeczywistość społeczno-polityczna znajduje swój komentarz, Mała stabilizacja:

 

Wszystko już powiedziano

więc wyjęli maski

i ubrali w nie słowa

 

Poeci z doskonałym słuchem

łowili schyłek

wietrzyli upadek

I upadali

z rzeczą w zgodzie

 

Wszystko już powiedziano

Można jeszcze tylko

zbudować pomnik

wystrugać bałwana

(1976)

 

czy Półprawdy:

 

            przecież i prawda jest jedynie hipotezą

            dającą się najlepiej zastosować

                                   James George Frazer

 

Podobno kraj półprawdą stoi

mówią to niby głos nasz za nas

i zastawiają sieci kłamstwa

 

Popatrzmy na swą przeszłość

Wciąż ją przed nami zasłaniano

Tak ukryć chciano nas przed sobą

 

Podobno kraj półprawdą stoi

a życie nasze jest półżyciem

Uczmy się powstrzymywać myśli

Uczmy się przeczyć sobie

 

Czekajmy aż się ulitują

nad nami lepsi wciąż bogowie

Czekajmy aż ostatnie słowo

padnie na ziemię

już jałową

(1983)

 

Kolejną nicią, na której Dumin niżę swoje wiersz jest filozofia (o spinozajnizmie już wspominałem), filozoficzna zaduma nad światem, czasem ewokowana w wierszach tajemniczo-agresywnych:

Człowiek szczur

próbuje odnaleźć się w rzeczach

tych martwych nadziejach

myśli

Kurczy się przestrzeń

I człowiek szczur

wypełza spod ołtarza

skacze do gardła

światu

 

czy kolejny (także bez tytułu) dedykowany  malarzowi Markowi Kwaszkiewiczowi:

 

Odsłaniasz barwy

abyśmy umieli

znaleźć się

pośród rzeczy ulic

 

Odkrywasz ciała

i rozbierasz gesty

Sprawdzasz tak kruchość

dekoracji

- Bo jesteśmy naprawdę

tym co chcemy ukryć

 

oraz:

 

Od pewnego momentu czas zaczyna płynąć

w odwrotnym kierunku

Próbujemy się cofnąć

jakbyśmy żyli zbyt szybko

i za daleko wyniosło nas życie

 

I tak mieliśmy szczęście

że nie byliśmy tylko

na jeden sezon

a nawet na jeden system

Ci których spotkaliśmy

ledwo dostrzeżeni

czekają na ponowne odkrycie


Czy jednak można powrócić

przejść

przez to pobojowisko

nadziei

A jeszcze przecież mamy inne wiersze warte wnikliwej lektury i do takowej lektury skłaniające: Przypowieść, Paradoks czy Polowanie:

 

Powstawaliśmy z krajobrazem

z zapachu źródła

z szumu wodospadu

 

Dom rodzinny

osłaniał nas przed światem

 

Nieświadomi okrucieństwa

zabijaliśmy ptaki

i żaby w strumieniu

 

jakby przeczuwając

jak ważną rzeczą

jest polowanie

 

Nie myśleliśmy jednak wtedy

że ono wciąż trwa

 

zmieniają się tylko role

 

Wiersze, które odnoszą się do określonej rzeczywistości społeczno-politycznej, które sygnują konkretny czas lub są przezeń sygnowane opatrzył autor datami, latami i dobrze, bo to już dla kolejnego pokolenia czas tak odległy jak dla nas Bitwa pod Grunwaldem, ale nie do końca akceptuję (bo nie rozumiem) gdy wiersze są podpisane bardzo rozciągniętymi datami, choćby Szranki – 1969/2008, Pytania – 1983/2003. Owszem, zapewne jest to z jakichś powodów - z jakich? -  ważne dla autora, ale czytelnik nie ma żadnych wskazówek, by tej ważności dociec. Piszę o tym dlatego, że w innym wierszu, w wierszu Miasteczko jest to jak najbardziej wytłumaczalne wierszem samym, zobaczmy:

 

Milczenie deszczem spada na miasteczko

W ulicach gęstych od wiosny

twarze trzepoczą

jak ptaki

 

Jestem tu obcy

już zbędny

Łatwiej mi odnajdywać się w rzeczach

niż w ludziach

 

A tak niedawno

rosła przyszłość

jak młode drzewa

przy głównym deptaku

 

Teraz spacerują po nim

obcy młodzi ludzie

 

Nie myślą o tym

że chodzą po nas

(1978/2005)

 

Jeszcze chcę zestawić dwa wiersze, które zresztą sąsiadują z sobą w tomiku, oba bez tytułu:

 

Pochłania nas

ta wirtualna ameba

Globalny kościół oszustów

 

Czy jednak można

oszukać przeszłość

to znaczy prawdę

i nadzieję

 

Zdobywcy próżni

chcą wskrzesić Wielkiego Brata

 - bo niemożliwa jest wiara bez bóstwa

 

Próby przyśpieszenia historii

są przestrogą

przed tym co nas czeka

co czeka zatrzymanych

 

Rosną zdobywcy rzeczy

zamiast snów

 

Musimy mierzyć się

jak z potwierdzeniem

z tym nadmiarem

 

i obok, na sąsiedniej stronie:

 

Noc sierpniowa na leśnej polanie

rośnie gwiazdami

Za płotem czyha złodziej

Marzy o rzeczach

tych ciągnących się za nami śmieciach

 

Wyrzucasz

wyrzucasz

i ciągle przybywa

niemych świadków

prób spełnień

 

Za płotem złodziej

Może ma rację

Może powinienem jak

mój przyjaciel

zastawić na niego pułapkę

Bo nie można istnieć

bez ofiar

 

Mam wrażenie jakby były to wiersze pisane przez dwóch Duminów. Jeden to filozofujący (z wiersza pierwszego z wyżej przytaczanych) aż czasami poza granicę ogólnikowości i drugi konkretny swoim poetyckim skrótem, ujęciem tematu, architekturą i scenografią, sceną, scenerią wiersza. Tego drugiego Dumina bardziej lubię, chociaż mego ciążenia ku wierszom pierwszego rodzaju też nie skrywam. Dumin – ten drugi – bywa wnikliwym obserwatorem codzienności i potrafi o tym opowiedzieć – Zachłanna:

 

Tyle jest

Ile jej się uda

zatrzymać w swym cieniu

 

Śni o wielkości

ale ukrywa się

za kłamstwem

 

Mówi

Wszystko zrobię

dla dzieci

i powoli je zjada

 

Z recenzenckiego obowiązku powiem jeszcze to, że brakuje mi informacji (poza tą z noty biograficznej, że są to wiersze, „które autor lubi i ceni”) – skoro są to „Poezje wybrane” - z jakich pochodzą tomików. W swoim wprowadzeniu znakomity jak zwykle Zdzisław Brudnicki wymienia tylko dwa. To wszystko? Jak już jestem przy Brudnickim wypada usprawiedliwić się, ze mój komentarz jest ledwie drobnym do uwag Zdzisława uzupełnieniem. Jeśli polujecie na dobre wiersze – zapuśćcie się w przestrzenie Dumina, ot, choćby takie jak w wierszu, którym chcę zakończyć, bo do polowania najlepsza jest Puszcza:

 

Jesteś krajobrazem

na który patrzysz

i głos istnienia donośny

biegnie pomiędzy wzgórzami

 

Poznać doskonałość drzewa

można jedynie małpią czułością

Zrozumieć jezioro

to pokonać jego obojętność

To co istnieje zajęte jest sobą

Naturalny wymiar obecności

- przestrzeń pomiędzy drzewem i drzewem

pomiędzy drapieżnikiem i ofiarą

 

Dlatego tak chcemy się wynieść

ponad konieczność i przypadek

 

Lecz być naprawdę można tylko obok śmierci

To powierzchnia jeziora

granica ryby i ptaka

 

Myśl ulega kształtom natury

lecz dopełnienie jest przeciwieństwem Matki

Nie możesz stać się

kształtem zatrzymanym

 

Po to spełniamy się aby zaprzeczyć

w miłości która jest wielkim spokojem

w łagodności co jest ofiarą

w okrucieństwie które jest koniecznością zwierzęcia

 

Piękno słabości

rozpada się w posiadaniu

 

To pierwotna puszcza powtarza formy

Jest nieustającym spełnianiem

 

 

(Piotr Dumin, Poezje wybrane, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 2011)





Irena i Marian Ruminowie

 

Tren na śmierć topól i inne wiersze Zofii Korzeńskiej

 

Zatrzaśnięta w swoim widnokręgu / idę – a on idzie za mną – pisze Zofia Korzeńska w jednym ze swoich wierszy, a słowa te można odnieść w jakimś sensie do całego zbiorku „Dumania Kasandry”, bo jest on, jakby powiedział C.K. Norwid, pamiętnikiem artysty, czyli zapisem rozważań, myśli, refleksji i spostrzeżeń, zjawisk dziejących się tuż obok, w zasięgu wzroku, ale i tych prowadzących ku sprawom ogólniejszym, istotniejszym, moralnym czy duchowym. Zdawałoby się, że nie można uciec od swojego widnokręgu, gdyż się nagle zacieśnia, więzi i odgradza. W tym jednak zacieśnieniu widzi się ostro i wyraziście to, co w duszy gra i to, co działo się dawniej, i to, co ma miejsce choćby za oknem. Topole, które przez ćwierćwiecze wyrosły ponad wieżowce, dawały schronienie ptakom i oczy cieszyły zielenią skazane zostały na rzeź, wystawione na zęby pił mechanicznych, przeznaczone na przemiał i kompost. Ból po ich stracie potęguje świadomość, że powtórzyły los swoich poprzedniczek i musiały, jak one, ustąpić przed kolejną przebudową (…) traktu i przed nierozwagą człowieka, skazującego drzewa na śmierć po raz wtóry.

O ile jednak Autorka w kilku wierszach poświęconym topolom, miejskiej i ojczystej przyrodzie, ustępującej przed martwym betonem z asfaltem, rozważa zmaganie cywilizacji z naturą, o tyle inne spojrzenie na sprawę życia i śmierci przynoszą wiersze poświęcone odchodzeniu ludzi i zwierząt. Oto mruczący Minio, skaczący uciesznie, znika nagle jak (…) płomyk świeczki i pozostaje po nim pustka, odczuwana boleśnie przez właściciela (w wierszu „Kot w pustym mieszkaniu” W. Szymborskiej to kot zostaje skazany na pustkę). Jego zniknięcie staje się punktem wyjścia do refleksji nad pogodzeniem się z koniecznością człowieczego odchodzenia. Człowiecze odchodzenie poprzedzone bywa cierpieniem, utratą świadomości, niemożnością pomocy i ulżenia. Ale, mówi Autorka, nie wiemy, czy nie służy ono bliźnim, by się mogli zatrzymać trochę / w biegu życia? I usłużyć drugim? Nie ma też w tych wierszach buntu i skargi. Jest raczej pogodne pogodzenie się, wyciszona zgoda na Bożą wolę i przyciszona modlitwa o Boże miłosierdzie.

Osobną kwestię przynoszą utwory, zajmujące się kategorią czasu. Mogą to być pytania o koniec świata, o koniec życia, ale przede wszystkim o czas miniony i aktualny, o młodość i starość, o sprawność i postępującą niemoc: Moja prawa ręka – kiedyś tak precyzyjna - / dziś już mało zdarna. I na domiar boli. (…) / A chcenie jeszcze / chciałoby po dawnemu – sprawnie. I znowu refleksji nad mijaniem świata, roślin, zwierząt, ludzi, nad narastającymi fizycznymi ograniczeniami (Nie przeskoczę już rączo gór, / ani nawet kamienia nie odsunę,/ towarzyszy pogodne Tylko Ty Panie / możesz mi pomóc. Wszystkie te doświadczenia, związane z czasem, byłyby nie do wytrzymania, gdyby nie świadomość istnienia sensów odwiecznych i odgórnych, o których pisał już J. Kochanowski, że nie da się w nie rozumem ugodzić, bo jedynie Pan Bóg zna przyszłe rzeczy. Są rzeczy niepojęte przekonuje Autorka, ale ufność w Bożą pedagogię i Bożą gospodarkę skutecznie broni człowieka przed niewiadomym i lękiem. Pozwala z łagodnością serca przyjmować upływ czasu, uporczywość niedowładu, dokuczliwość codzienności, ba, uczy cieszyć się chwilą (błogie ciepło powietrza), smakować zwyczajność (sama z psem i kotem w domu), nieść radość innym (bo jesteś darem od Boga (…) /dla siebie i drugich). Świat jest skazany na nieustanne zmaganie dobra i zła, na współistnienie Szatana (Przez całe dzieje świata Szatan nam zagraża) i Pana Boga, a zadaniem człowieka myślącego jest opowiedzenie się po właściwej stronie za sprawą wyboru: Miłość, Dobro, ufność w Panu /niech ogarną świat nasz cały.

Pani Zofia Korzeńska znana jest jako uważna czytelniczka i znakomita autorka esejów o twórczości innych poetów i pisarzy. Echa tych zainteresowań można odnaleźć i w ostatnim jej zbiorku (np. wiersz „Dar pokory”). Wiersze odsyłające do twórczości S. Wyspiańskiego, C. K. Norwida, W. Szymborskiej czy kieleckich autorów (np. Z. Trych, A. Błachucka, R. Bielenda) świadczą o tym najdobitniej. Znajdziemy też w zbiorku wcale wdzięczną grupę utworów niewierszowanych, ale poetyckich, można rzec, swoistych, urokliwych obrazków z życia codziennego: rozmów w autobusie, rozmów telefonicznych, rozmów z nieproszonymi gośćmi, pukającymi do drzwi, znajdziemy refleksje o sztuce i o wsi rodzinnej. Jest też kilka wierszy odsyłających do tytułu zbiorku. Dlaczego Kasandra? Ja, słaba Kasandra, jęk historii słyszę. (…) niech różni dewianci / w maskę postępu się nie stroją – pisze Autorka i dodaje w „Słowie od autorki”: „Dumania Kasandry” to rzeczywiście zbiór dumań czy „przydumań” nad losami świata Tego i Tamtego. Kasandrze mitycznej, za sprawą bogów, nie dawano wiary. Pogodny dialog: ze światem, z bliższym i dalszym otoczeniem, z domagającymi się rozważenia myślami, z twórczością innych, z ziemią ojczystą i rodzinną prowadzony w „Dumaniach Kasandry”, emanujący troską, miłością jako postawą wiary może nie wymaga, ale zasługuje na najwyższą uwagę jak każde dobro, które do nas przypływa.

Dumania Z. Korzeńskiej na swój sposób, przynajmniej w części, zobrazował Edo Tuz rysowanymi zadumaniami, które w znacznej ilości zostały pomieszczone między wierszami Autorki. Ten rozpoznawalny autor ponadrealnych obrazów, osaczających powagą refleksji o naszym miejscu w przestrzeni realno-symbolicznej, poprzez kameralne szarociemne rysunki unaocznia możliwe odczytania czy dopowiedzenia poetyką plastycznej materii, światła i przestrzeni. Zmierzch barwnego i spokojnego krajobrazu na okładce zbioru wierszy (ziemia, woda, niebo) zapowiada niezbyt optymistyczną nadciągającą chmurność, widoczną tuż za bramą, w zwieńczeniu której, ponad okiem Opatrzności, umieścił pozaczasowy dzwonek sygnalny jeszcze w stanie spoczynku. Czytelna to zapowiedź poetyckich i plastycznych konstatacji.

 

                                                                                        Irena i Marian Ruminowie

Zofia Korzeńska Dumania Kasandry, Civitas Christiana, Kielce 2013, ilustrował Edo Tuz

 


 

PIOTR PROKOPIAK


Z przetrąconym biodrem

 

            Z wielką przyjemnością zasiadłem do lektury maszynopisu najnowszego zbioru wierszy Tomasza Kacprowicza. Autor „Malowanego ptaka” bez wątpienia należy do kręgu czołowych i najciekawszych twórców Pomorza Środkowego. Z drugiej strony, to postać tajemnicza. Białogardzki poeta praktycznie „nie istnieje” w internecie, tej swoistej agorze, gdzie nota bene, w oceanie popłuczyn można wyłowić perły. Dobrze to i źle. Dobrze – ponieważ ten fakt świadczy, iż Kacprowicz prawdziwie żyje poezją, nie szuka taniego poklasku, jest po prostu i przede wszystkim sobą. To znaczy, ceni bezpośredni kontakt z odbiorcą. Źle – gdyż w ten sposób pozbawia szerszą publiczność obcowania ze swoją intrygującą poezją. Tej luki na pewno nie wypełni niskonakładowa działalność wydawnicza. O samego Tomasza Kacprowicza się nie boję. Jego wiersze obronią się same i kiedy dotrą do właściwych uszu, skłonią do owocnej refleksji nad małością świata.

            W niniejszym tomie przeczytamy teksty niezwykle mądre, nietuzinkowe ale i szorstkie w swej wymowie, często nasycone wątkiem funeralnym. Podmiot liryczny prezentuje się nam jako osoba dojrzała, wyzbyta wszelkich złudzeń co do nie wierzących nawet/w siebie starzejących się ludzi, których chciwość na życie/wymyśliła nieśmiertelność. Odnajduję tu echo słów Nietzschego mówiących o trwaniu przy życiu, nie dlatego, że je kochamy, ale dlatego, żeśmy się do niego przyzwyczaili. Szybko wyzbywamy się mrzonek młodości. Młodości generującej w nas megalityczne nadzieje i ekscytacje. Młodości kruchej i przemijalnej, zawsze kończącej się wyznaniem: na wojnie z bogiem/przetrącono mi biodro. W konsekwencji Tomasz Kacprowicz oznajmia: świadomie/wybrałem nie wybieranie; i dopiero przyjmując taką stoicką postawę czuje się wolny. Najbardziej mu odpowiada rola pielgrzyma. Jest głuchy na oskarżenie o brak celu. Tak więc ruch, owo stachurowe „dzianie się” jest receptą na życie Tomasza. Tylko godząc się na nigdy niekończącą się peregrynację, może ze spokojem patrzeć prosto w słońce, bez bólu i na nowo oglądać przeszłość.

            Ważnym aspektem tomiku „Malowany ptak” jest cierpienie. Odsyłam łaskawego czytelnika do przejmującego wiersza  „Szpital”. Każdy z nas ma prywatną klinikę gnieżdżącą się w ostępach duszy, w której się czuje chorobliwie zdrowy, gdzie staje się bogiem i już świadomie (pogodzony?) wybiera taki sposób na życie. Zatem osiągnięcie metafizycznej świadomości (znajomości realiów kształtujących rzeczywistość) jest kluczowym (w moim przekonaniu) przesłaniem autora. Niestety nie wyzwoli ona od egzystencjalnych lęków, a wręcz przeciwnie, jeszcze je pogłębi. Cóż zatem czynić? Wyboru wielkiego nie mamy, ale nawet u Kacprowicza doszukamy się iskierki mogącej załagodzić skutki „przetrącenia biodra”. Wyraża to w jednym z wierszy w dwóch zwykłych i ciepłych słowach – Kocham Cię.

            Poetyka białogardzkiego poety jest mi bardzo bliska. To ciekawe studium przemijania, gdzie odnajdziemy wątki eschatologiczne i możliwość wielowarstwowej interpretacji. „Malowany ptak” wpisuje się w długą tradycję poezji mądrościowej sięgającej biblijnego Koheleta. A choć „nic nowego pod słońcem” i z góry jesteśmy skazani na porażkę, to jednak trzeba szukać i rozumieć, bo cały w tym człowiek. Rozumie to na pewno Tomasz Kacprowicz.

            Książkę gorąco polecam! Jest ona niezwykła jak okoliczności w których poznałem autora. Ale to już inna historia.

 

Szczecinek dn. 10.07.2013r.

------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Tomasz Kacprowicz „Malowany ptak” ISBN 978-83-64352-00-3, Copyright 2013 by AdsMedia (Szczecin), str.48




 

Pin It