Jan Adam Borzęcki


Takie tam życie…


puciszkaSą książki uznanych autorów, które czyta się z zainteresowaniem i podziwem, ale ich lektura nie pozostawia w nas tego wewnętrznego pogłosu decydującego o głębokim przeżyciu i pozostaniu w nas na dłużej; książki które znikają z nas natychmiast po zamknięciu ostatniej strony i zazwyczaj nie wracają.  Ale bywają też książki ciche, a nawet wręcz intymne, które przeżywa się odnajdując w nich swoje własne życiowe wątki, obrazy oraz emocje; książki których lektura skutkuje nie tylko sympatią do autora, ale związkiem o wiele mocniejszym, bo podobieństwo doświadczeń oraz sposób postrzegania świata powoduje  niemal personalną identyfikację. Ta ich kameralność w świecie totalnego ekshibicjonizmu i ulegania stadnym instynktom staje się wartością  samą w sobie, bo nie ma w niej tego konwulsyjnego oddechu pospiesznej rzeczywistości,  potrzeby nadążania za pozorami nowoczesności, które wbrew ambicjom  pozostają jedynie zmianą scenografii.  Bo w istocie człowiek zmienia się wolniej, niż mu się wydaje…

Powyższe refleksje są efektem lektury zbioru opowiadań Puciszka, późnego debiutu Wandy Szczypiorskiej, plastyczki, autorki zaskakująco dojrzałych pod każdym względem opowiadań publikowanych na literackich portalach (m. in. w Autografie, Pograniczach, Znaj, Wiadomościach  Literackich, Metaforze, Pisarzach.pl, Latarni Morskiej i Magazynie Literackim), które wreszcie doczekały się  postaci książkowej. I bardzo dobrze, bo pisarstwo Wandy Szczypiorskiej z pewnością zasługuje na uwagę krytyków oraz czytelnicze zainteresowanie. Choćby dlatego, że uprawia prozę idącą pod prąd obecnym tendencjom ogarnięcia rzeczywistości za pomocą wszelkich dostępnych, chociaż nie zawsze godnych literatury atrybutów.

Opowiadania Wandy Szczypiorskiej w istocie są literacką autobiografią, czego autorka bynajmniej nie ukrywa, ale na szczęście okoliczność ta nie ogranicza jej pozytywnie zdystansowanej szczerości. To życiorys człowieka któremu przypadła w udziale trudna egzystencja  w powojennej, skomplikowanej rzeczywistości; w okresie odwracania znaczenia pojęć i kierunków politycznego kompasu, rzeczywistości dramatycznej, która  w założeniu mała otworzyć całkowicie nowy rozdział w historii cywilizacji, a która okazała się kolejnym dziejowym  zakrętem; okresie materialnej posuchy, brutalnie wykuwanej ideologicznej sztancy, ale okresie skutkującym też przyborem duchowości i idącego pod ideologiczny prąd rozsądku;  rzeczywistości brutalnej i balansującej na ostrzu noża, o bilans której kłócimy się do dziś.

Na tle biografii ludzi żyjących w tamtej epoce, życiorys autorki wydaje się być nad wyraz typowy. Ot,  nauczycielka powstaniowymi przypadłościami zmuszona zostaje do opuszczenia Warszawy, by wraz z dziećmi osiedlić się w okolicach Gdańska, gdzie bohaterce opowiadań – córce owej nauczycielki - upłynęło dzieciństwo i kawał młodości z emocjami typowymi dla tego okresu życia. A potem powrót do Warszawy i kolejne biograficzne rozdziały. Niektóre zaczęte, niedokończone, rwane. Taka psychiczna odyseja od najbardziej prozaicznej prozy po artystyczne ambicje; slalom między nachalną ideologią, zdrowym rozsądkiem, pragnieniem estetycznej nobilitacji i emocjonalne meandrowanie w poszukiwaniu uczuciowego wsparcia.  Zresztą najczęściej u podobnie chybotliwych. A potem wykorzystywanie przypadkowych okazji zapewniających pracę, mieszkanie, względną stabilizację, którą przyszłość i tak przerobi na bezwzględną potrzebę.

Jednak   w opowiadaniach Wandy Szczypiorskiej świat ten nie wydaje się stać na krawędzi apokalipsy. Co prawda w tle czuje się szarość i niepokój, ale patrząc z punktu widzenia dziewczynki, a potem osoby wchodzącej w dorosłe życie dramat jawi się w zupełnie innym, bardziej subiektywnym wymiarze. To obraz z wyraźnym użyciem perspektywy, w którym na pierwszym planie widać ważne  własne sprawy, które dopiero z czasowego dystansu stają się małe, aby z po latach znowu nabrać wartości stając się dowodem naszej tożsamości. A na dalszych planach widać szare, ograniczone ramką przaśne tło rzeczywistości, której autorka nie stara się zgłębiać i oceniać pozostawiając to historii.  Jeszcze raz okazuje się, że żadna rewolucja nie jest w stanie pozbawić nas dobrego człowieczeństwa i zmienić w ideologicznego robota.  Bronią nas bowiem naturalne instynkty i emocje: miłości, niechęci, marzenia, rozczarowania oraz kolejne, rozmywające naiwność doświadczenia. Zmieniają się mody, wysokość obcasów, stylistyka fryzur oraz znajomi. Nawet ci, wobec których  bywaliśmy szczerzy aż do nagości i gotowi byliśmy pasować ich na przyjaciół, a nawet więcej… Potem złudzenia zmieniają się w zwyczajne życie, znajomi odchodzą zamieniając się w dobre lub złe duchy. I chociaż jajecznicę i barszcz zastępuje bardziej urozmaicone menu, poprawiły się warunki mieszkaniowe, mamy wygodniejsze buty, a nasze dzieci więcej powodów do uśmiechu, jakoś nie umiemy z siebie wykrzesać dostatecznie dużej porcji optymizmu aby wyskoczyć z tamtych kolein i wziąć łagodny zakręt. Czasem pozwalamy sobie na drobne sentymenty, ale w obawie przed psychicznym mankiem skutecznie schładzamy emocje.  I jakoś tak jest, że wciąż idziemy do przodu tyłem, wciąż z czymś lub kimś walcząc, konspirując i szukając swojego miejsca, które i tak okaże się tym, na które zostaliśmy skazani.

Zbija z tropu zwyczajność tej książki, którą na dobrą sprawę mógłby napisać każdy, gdyby tylko umiał. W prozie Wandy Szczypiorskiej chyba najbardziej zaskakuje forma - oszczędne zdyscyplinowanie, spokój, dystans emocjonalny, z rzadką właściwością rozprężania się dopiero w czytelniku. W tej prozie nie ma żadnych zabiegów formalnych – metafor, retardacji, wchodzenia pod podszewkę słowa, konwulsyjnego rwania wątku i zmian tempa akcji. Jest za to spokojna, zdystansowana opowieść o życiu bez pychy, patetyzmu i nadmiernych ambicji. W prozie tej najbardziej podoba mi się naturalny stoicyzm  mający zdolność niwelacji emocjonalnych wybojów oraz lęku przed przyszłością. Jeśli więc mądrość jest umiejętnością oswojenia pesymizmu, Wanda Szczypiorska stan ten osiągnęła.

Nie oznacza to jednak emocjonalnego wyżęcia, bo  chociaż tekst cechuje spokojna, beznamiętna relacja, pod spodem chłodnych, starannie uładzonych słów ukryta jest wielka wrażliwość i pulsują studzone pisarską dyscypliną uczucia. Czytając tekst czuje się, że nie ma w nim przypadkowych,  bałamutnych i podlizujących się czytelnikowi słów. I chociaż się tego nie widać, jedynie piszący wie ile zachodu wymaga dojście do takiej prostoty. Ile trudu trzeba  aby wydobyć ze słowa maksymalną pojemność i uwiarygodnić go własnym doświadczeniem.

Pisarska lakoniczność Wandy Szczypiorskiej stoi w opozycji do coraz szerzej rozlewającej się epickości, czego efektem są coraz grubsze tomy. Tymczasem opowiadania Wandy Szczypiorskiej po raz kolejny dowodzą, że liczy się nie objętość tekstu, ale umiejętność przekazania istoty sprawy i pozytywnego skroplenia opowieści. A ponieważ Wandzie Szczypiorskiej to się udało, szczerze zachęcam do lektury tej książki, którą nie wiem dlaczego autorka nazwała zbiorem opowiadań, skoro równie dobrze mogłaby być powieścią.

Jan Adam Borzęcki

 Wanda Szczypiorska. Puciszka, Fundacja Duży Format. Warszawa 2016.


Pin It