Wacław Holewiński



Mebluję głowę książkami


mebluje-glowe



PRL w sierocym oku…

 

„Sierotka” Katarzyny Anny Urbanowicz jest książką dziwną. Dziwną w pozytywnym znaczeniu tego słowa. Bo wciąga, bo tworzy nastrój jakiego nie spotyka się zbyt często w relacjach z dzieciństwa, bo jest miejscami okrutna, bo nie ma w niej radości, uśmiechu, poczucia spełnienia.

„Sierotka” ma strukturę powieściową, ale… ale czy jest to powieść? A jeśli powieść, to autobiograficzna? Nie mam pojęcia. Wiem, że zrobiona jest dobrze, choć przecież czytając ją miałem poczucie narastającej frustracji. Nie na autorkę, nie na jej książkę, raczej na świat, w którym przyszło jej żyć. Kompletnie mi obcy, odległy, trochę z innej rzeczywistości. Ale przecież realny, istniejący, pewnie obecny w wielu głowach.

Kim jest tytułowa Sierotka? To urodzona gdzieś na Mazowszu dziewczynka. Urodzona w specyficznych okolicznościach. Matka spadła z wozu, na którym układała snopki, zaczął się poród. Sąsiadka odebrała dziecko, ale okazało się, że jest i drugie. To odbierał ojciec. Po prawdzie nic nie wiedział o porodach. Rano miał pojechać po lekarza. Zamiast tego upił się z sąsiadem. I tak to trwało trzy dni. Zanim przyjechał lekarz jedno z urodzonych dzieci, chłopiec, zmarło. „U kumy coś śmierdziało aż na drodze”. Nikogo nie ukarano za te zaniedbania. Bo i kogo? Końcówka lat czterdziestych, może początek pięćdziesiątych. Ojciec w urzędzie, w którym miał zarejestrować dziecko, widzi plakat „mam pięć lat, tyle co Polska Ludowa”. Kogo obchodzi gdzie w jakich okolicznościach rodzą się dzieci? Zmarło, to zmarło. Dostała dziewczynka imię od „Iwony, księżniczki Burgunda”, bo w radio miał iść fragment operetki o tym tytule, a tatuś chciał „żeby imię miała ładne, ale krótkie, żeby dziewczynkę łatwiej było wołać.”

A potem już było tylko źle albo bardzo źle.

Pijany ojciec i kompletnie uległa matka. Bił? No pewnie. A który na wsi nie bił. Pił? A który nie pił. Brakowało pieniędzy na wszystko? Tak już na wsi jest. Dzieci? No, jak miał potrzebę, to rzucał kobietę na łóżko i tyle. Nie pytał czy miała ochotę, czy mogła, jak się czuła. No to były dzieci, rodziły się, pałętały, więcej z nich szkód niż pożytku. Ojciec miał twardą rękę, tłukł aż się zmęczył. Więc Iwona starała się schodzić mu z oczu. Uciekała do chlewa, do świń, tam przynajmniej mogła się ogrzać.

Są w tej książce sceny straszne. Jakiegoś zezwierzęcenia, odrealnienia, poniewierki. Iwona, która w zimie, przez bagno, maszeruje wiele kilometrów po drożdże. Iwona w szkole „…nie dawała sobie rady. Brudna, śmierdząca świniami, senna i głodna. Liczyło się dla niej tylko to, że jeśli się przyczai nikt niczego od niej się nie domaga, wszyscy jej współczują i zostawiają w spokoju. Wyczuwała oczywiście wstręt, jaki towarzyszył stosunkowi ludzi do niej, ale uważała go za mniejsze zło.”

W tej książce nie ma dobra. Na żadnej stronie, w żadnym fragmencie, zdaniu. Jest stopniowanie zła i okrucieństwa.

Tragedia może być wyzwoleniem? Może. U Urbanowicz jest nim wypadek podczas gotowania prania. Poparzony młodszy brat i Iwona trafiają do szpitala. Karolek umiera, ona wymaga operacji, a potem długiej rehabilitacji. Ale nie wraca już na wieś. Bierze ją do siebie „miastowa” ciotka. Tak, jest lepiej niż na wsi. Nikt jej nie bije, ale… No cóż, utrzymanie kosztuje. Jest darmową służącą, pomaga ciotce w handlowych interesach. Ale chodzi do szkoły i… i nagle się okazuje, że nie jest głupsza od innych. Raczej odwrotnie. Tylko co z tego?

W wakacje operacja, sanatorium. Jakaś zadziwiająca inicjacja seksualna. Szkoła. A potem powrót. Już nie do ciotki, znów na wieś. Chciała się uczyć, pojechać do internatu. Uciekła owinięta kocem, bez butów. A na przystanku czekał ojciec. Uderzył tak, że mało nie połamał szczęki. Odwiózł do miasta. Ktoś wziął ją na służbę. „Ale te trzysta złotych to proszę płacić mnie. Młode, głupie to, wyda na jakieś bzdury, a tu przecież trzeba składać na posag.” Ojciec zabrał nawet koc… Przeszła z rąk do rąk. Nie była potrzebna u jednych, poszła na służbę do innych. Do nauczycieli, ich dwójki dzieci. Mogła się uczyć. To najważniejsze.

Urodziła się, leżała przez trzy dni obok zmarłego, gnijącego braciszka. Bliźniaki rozumieją się jak nikt inny. Nie miała szansy go poznać, przytulić, porozmawiać. Wraca w jej wspomnieniach. Nierzeczywisty, ale przynajmniej nazwany w myślach.

Nie, nie poznajemy losów Iwony jako dojrzałej kobiety, nie wiemy jak potoczyło się jej życie. Ten przedział czasowy – wczesny PRL i epoka gierkowska – to dwadzieścia parę lat. Okrutne, złe dla tego dziecka, dojrzewającej dziewczyny. Poraniona fizycznie i psychicznie, odrzucana, karana za nie swoje grzechy, w gruncie rzeczy bez żadnej nadziei…

Realistyczna książka, tak bardzo inna od wszystkich tych łzawych, cukierkowatych wspomnień opisujących dzieciństwo jako krainę przygody, czułości, rodzicielskiej miłości. Nietypowy obrazek. Bardzo nietypowy. Ale do bólu, do rozrywania trzewi prawdziwy.

Trudno się czyta tę książkę, to jakiś feudalny, okrutny świat. Możliwy dzisiaj? Do uwierzenia? A cóż my wiemy. Nikt, kto tego nie doświadczył, nie ma punku odniesienia.

 

Katarzyna Anna Urbanowicz – Sierotka, Wydawnictwo Grube Ryby, Warszawa 2016, str. 266.

 

Pin It