Wacław Holewiński



Mebluję głowę książkami



mebluje-glowe




Nieważne nic, ważne by godnie kończyć

 

henrykW roku 1983 Krzysztof Mętrak zapisał w swoim „Dzienniku” pytanie, które zadał mu Henryk Krzeczkowski: „Jak pan sobie poradzi z reżimem? To pytanie jest dla mnie wciąż istotne”.

W zasadzie to pytanie należałoby odwrócić: jak Henryk Krzeczkowski „Krzecz” poradził sobie z reżimem, z komunizmem, ze swoim w nim uwikłaniem?

Wojciech Karpiński poświęcił piętnaście lat poszukiwaniom prawdy o życiu tego człowieka. Jak pisze, pewnie będzie jej poszukiwał już zawsze…

Kim więc był ten, który inspirował, był autorytetem, dominował myśli tej klasy intelektualistów jak Krzysztof Mętrak, Wojciech Karpiński, Marcin Król i dziesiątki innych? Kim był człowiek, który w latach osiemdziesiątych skupił wokół siebie cała młoda polską prawicę Aleksandera Halla, Wiesława Walendziaka, Kazimierza Michała Ujazdowskiego, Tomasza Wołka? Kim był ten, którego Zygmunt Mycielski prosił o opinię na temat swoich „Dzienników”, a partnerem jego rozmów był Paweł Hertz, Stefan Kisielewski, Juliusz Żuławski, Paweł Kubiak czy Jarosław Iwaszkiewicz?

Powiedzieć że wiemy o nim mało, to nic nie powiedzieć. Dlaczego o wymienionych wiemy dużo, dużo więcej niż o nim? Najbardziej tajemnicza postać polskiej literatury? Chyba nie ma w tym stwierdzeniu nawet grama przesady. Ale jak to możliwe w przypadku człowieka, który tłumaczył Byrona, Conrada, Frazera, Gravesa, Goethego? Autora trzech własnych książek, które przecież nie przeszły bez echa? Kogoś, kto w polskiej kulturze bez wątpienia pozostawił swój mocny, wyraźny ślad?

Pytania można mnożyć w nieskończoność. Jak to możliwe, że autor „Henryka” dopiero parę lat po śmierci Krzeczkowskiego dowiaduje się, że wcześniej nazywał się Herman „Szil” Gerner, że używał też nazwiska Meysztowicz? Że swój życiorys komponował i przerabiał niezliczoną ilość razy? Że komunistyczny szpieg został autorytetem prawicy, a w Wikipedii napisano o nim „działacz opozycji demokratycznej w PRL”? Gdzie umieścić jego „szczekaczki”, a gdzie publikacje w paryskiej „Kulturze” i podziemnych wydawnictwach? Jaką drogę musiał przejść – on, Żyd z przedwojennej komunizującej rodziny – do katolicyzmu, „Tygodnika Powszechnego”, przyjaźni z benedyktynami z Tyńca i pochówku tamże? Gdzie wreszcie umieścić jego homoseksualizm – brutalny i obsceniczny w relacji Iwaszkiewicza, a może osobny, samotniczy jak w jego „Dzienniku”?

Karpiński dostał do ręki „zapiski” „Krzecza”. Materiał obszerny z kilkudziesięciu lat, postrzępiony, niszczony, rekonstruowany, nieregularny i – jak się wydaje – piekielnie trudny do „przełożenia” na język książki. A tego się podjął. Wiem jak niewdzięczna, ciężka to praca, bo sam zrobiłem taki „przekład” w wypadku Mętraka. A zdaje się, że w tym wypadku praca była nieporównanie trudniejsza. Zwłaszcza, gdy chce się ją wykonać rzetelnie, gdy chce się dociec źródeł, zrozumieć autora, wyciągnąć tyle ile się da ze sposobu jego myślenia.

Nie mam wątpliwości, że ta książka to najtrudniejsze z zadań jakich podjął się autor „W Central Parku”. Ale może też najbardziej fascynująca? Przez te piętnaście lat prowadził zapiski swych poszukiwań. Wykonane telefony, wysłane listy, maile, spotkania z ludźmi, przeszukiwania archiwów, wspomnień, ustalanie kto był kim na zdjęciach. Wykonał benedyktyńską, nomen omen, robotę, podejmował tropy, które mogły naprowadzić na jakiś ślad, ale najczęściej kończyły się tak naprawdę grymasem, cząstkową wiedzą, niepamięcią, a niekiedy mielizną.

Zadziwiające, że „Henryk” nigdy nie opowiadał przyjaciołom o rodzinie – rodzicach, siostrach, dziadkach, przedwojennym życiu, wojnie, ewakuacji na wschód. O swoim pobycie w wojsku, wyrzuceniu z niego i powrocie. Bardziej zrozumiałe, że nie mówił o swojej pracy szpiegowskiej we Włoszech. Ale nie mówił też o odmowach współpracy z bezpieką.

27 września 1971 roku zanotował: „Myślę o tych dwóch funkcjonariuszach (kiedy to było? chyba już ze dwa miesiące temu), widzę moją wyższość i niższość w porównaniu z ich «normalną» klientelą. Przeciętny przesłuchiwany widzi w nich demonów, z tym, że jedni uważają ich za tępych oprawców, drudzy za supermózgi. A ja widzę tylko dalsze pokolenie dobrze mi znanych małych ludzi, którzy w domu czy w knajpie na wódce odprawiają swoje prywatne egzorcyzmy, spowiedzi i zakłamania, bo tylko w biurze czują się autentyczni.” Nie bał się? Nie wierzę. Ale z całą pewnością znał lepiej od innych system. Znał go od środka, od podszewki, od sowieckich korzeni. Przystał na grę z systemem? A może inaczej, on zrozumiał system, a ten go przetrawił i wypluł? Pozwolił mu żyć – nie w centrum, nie w blasku, gdzieś na marginesie, ale jednak bez specjalnych represji. Bo czyż za takie można uznać odmowy paszportów?

Wszedł w świat literacki w latach pięćdziesiątych dzięki Pawłowi Hertzowi, postaci dziś niemal zapomnianej (a w moim pokoleniu jeszcze piekielnie ważnej), zaprzyjaźnili się „nieodwołalnie”, na całe życie. Siedzieli przy stoliku w knajpie, dyskutowali, przekonywali się. Pewnie często pozostawali przy swoich opiniach. Ale ten krąg ludzi, którzy chcieli go słuchać, poszerzał się nieustannie. Bo ponoć to w rozmowie był najważniejszy, w niej potrafił wydobyć swą wiedzę i oszlifować zainteresowania innych. „W wyniku rozmów na Czackiego powstawały artykuły, książki, przekłady. Pomagał innym w ich poszukiwaniach. Był rzeczywiście gruntownie dobrym człowiekiem, służącym radą, pomocą, bezinteresownie, nie obliczając ściśle zysków i strat.”

Dlaczego więc nikt nie wiedział, że pisze ten swój „Dziennik”? Przecież nie mógł się wstydzić. Po co pisał? „Nawet w dzienniku nie umiem się zdobyć na szczerość, bo przecież prowadziłaby do krańcowo pesymistycznych wniosków, a przed tym wzdraga się moja natura” – zapisał w maju 1965 roku i nie jest to jedyne miejsce, gdzie wspomina brak szczerości. Ale jednocześnie nie mógł przerwać, ciągle do niego wracał. Terapia? Chęć zrozumienia siebie, świata, swoich uczynków?

28 czerwca 1941 roku siostra Klara podarowała Szilowi swoją fotografię. Na odwrocie napisała: „Pamiętaj, bądź człowiekiem. Nieważne nic, ważne by godnie kończyć”. Nie mogła wówczas wiedzieć że zostało jej niewiele życia, że z całej rodziny Holocaust przeżyje tylko ten brat. Ale on trzymał się jej słów do końca. Wypełnił je treścią.

 

Wojciech Karpiński – Henryk, Zeszyty Literackie, Warszawa 2016, str. 231.

 

Pin It