Stanisław Stanik

 

Wysokie sfery

 

zamknieci w skaleKlasyczna powieść podporządkowuje sobie życiorysy i sytuacje dla uzyskania końcowego efektu, który zwykle zwieńcza się pointą. Mówi się o powieści zagadce, powieści moralitetowej, powieści z kluczem itd. W najnowszej prozie pojedyncze losy i sprawy nie podlegają nadrzędnej koncepcji, są otwarte. Dobrze skrojona powieść tradycyjna miała tę przewagę nad nowoczesną, że panowała w niej harmonia, ład i porządek. Napisanie jej było sztuką samą w sobie.

            Nowatorska w intencjach i rozwiązaniach jest proza Ewy Marii Serafin pt. „Zamknięci w skale”. Pozornie nieuporządkowana, toczy się równo z życiem głównej jej bohaterki Anny. Zaczyna się niespodziewanie i kończy tak samo. Zdaje się ją tylko spinać motyw skamieliny, która jest utrwaleniem życia po wsze czasy, dopóki istnieje skała. Ten motyw pojawia się parokrotnie w powieści i daje wyjaśnienie jej wewnętrznego motywu - głodu życia.

Wacław Holewiński

 

Mebluję głowę książkami

 

mebluje-glowe

 

 

Para geniuszy z dodatkiem gepardzicy

Miasteczko SurrenderRecenzent „The Glob and Mail” napisał, że „Edgar Allan Poe zrozumiałby tę książkę i obwołałby ją arcydziełem”. Być może by obwołał arcydziełem, ale czy by zrozumiał? Mam wątpliwości. Nie ze względu na treść, suspens, budowę postaci, napięcia. Przez technikę. Inna epoka, inne środki, inny sprzęt., inny rodzaj myślenia o przestępstwie, inne problemy społeczne. Sto pięćdziesiąt lat dzielących pisarzy to po prostu przepaść.

A czy jest to arcydzieło? Uczciwie mówiąc, ale od razu zastrzegam: nie jestem czytelnikiem kryminałów, mam wrażenie, że Carr napisał lepszą książkę. Tak, tak, „Alienistę”. Co nie znaczy, ze „Miasteczko Surrender” czyta się źle. Nie, to świetnie napisana powieść ze wszystkimi atrybutami przynależnymi gatunkowi.

Książki pod lupą - Słonie w ogrodzie

Slonie w ogrodzie

Click to download in MP3 format (9.06MB)


 

Andrzej Walter

 

Kiedy nie można być poetą

 

woda pragnien   Kiedy nie można być poetą / poeta zamiata podłogę…

   Życie jest przewrotne i ... plecie nam swoimi emocjami niczym deszcz i szaruga. Przecież spotykamy w swoim życiu tych, których mamy spotkać, wydarza nam się to, co miało nam się wydarzyć, a samo pojęcie przypadku wykracza poza sferę naszej ułomnej świadomości. No, niestety, ja w to utopijnie wierzę, choć wielu powie w tym momencie o mojej dużej dozie naiwności. A niech tam, przełknę i tę pigułkę i nie nadąsam się.

   Wczoraj (dziś 14 września 2018) byliśmy we Wrocławiu na pięknym wieczorze czytania wierszy niedawno zmarłego dolnośląskiego Homera, czyli nieodżałowanego Andrzeja Bartyńskiego. I tamże, niejako przez ów śmiertelny przypadek, wpadł mi w dłonie świeżo wydany tom od dawna mi już jednak znanej (i rzecz jasna cenionej poetki) Elżbiety Gargały. Znałem jej poezję, lecz jakoś nigdy moja świadomość nie zaiskrzyła takimi emocjami by powstał tekst, moja świadomość nie potrafiła się tak zadurzyć w tych słowach czy choćby im ponieść przesłaniem, metaforyką czy treścią. Do wczoraj.

 

Andrzej Walter

 

Emilios Salomou – Recepta na życie

 

nienawisc to polowa zemsty   Emilios Salomou, cypryjski pisarz młodego pokolenia, o którym miałem już przyjemność pisać jakiś czas temu, swoją nową powieścią „Nienawiść, to połowa zemsty” przekroczył Rubikon powieści wielkich.

   Z reguły staram się właśnie zdecydowanie ulegać uczuciom oraz emocjom, aby jednocześnie wystrzegać się jak ognia słów granicznych, tandetnych, pochopnych zachwytów czy pseudoliterackich szaleństw z nadużywaniem słów o pisarzach „wybitnych”, o twórcach, których tak naprawdę oceni (Bóg i Historia) ... ktoś inny, a najrzetelniej czytelnicy, tudzież upływający czas i przestrzeń naszych światów ewoluujących ku światom innym, nowym, jeszcze nieodkrytym. Patyna owego czasu pokryje więc: słowa, znaczenia i przesłania, z jednym wszakże wyjątkiem, a wyjątek ten będzie stanowić pewnego rodzaju manifest społeczny w czasach degrengolady wszetecznej, na użytek troglodytów, ku którym to czasom bezwiednie i nieuchronnie zmierzamy, chcąc tego, bądź nie.

Andrzej Wołosewicz

 

O antologii „Poeci Krakowa” za i przeciw

 

poeci krakowa antologiaMuszę się do czegoś przyznać. Nie przepadam za antologiami. Są tego trzy powody. Pierwszy – od kilku sezonów jestem zamieszany w wydawaną rokrocznie przez Związek Literatów Polskich antologię z okazji kolejnych Warszawskich Jesieni Poezji. Jest to doświadczenie zniechęcające głównie ze względu na nadwrażliwość poetów zupełnie nie przystającą do poziomu przysyłanych wierszy. Ale w wypadku antologii ZLP usprawiedliwiam się tym, że jest ona wyrazem (także wynikającym ze zobowiązań statutowych: prowadzenie działalności itd.), że środowisko jeszcze oddycha przed wyzionięciem ducha, co niechybnie nastąpi – jak wieszczę - ze względu na niewspółmierność wybujałych ambicji w relacji do zerowej aktywności. Inaczej mówiąc z powodu traktowania Związku jedynie jako witryny do pokazywania siebie bez jakichkolwiek zobowiązań (także tych statutowych), czyli transakcja: coś (dla mnie) za nic (ode mnie). Tak żadne przedsięwzięcie długo nie pociągnie.

Zdzisław Antolski

 

DZIENNIK RECENZENTA. Inna rzeczywistość Janusza Cygana

 

zaiste       „Poetyckie obrazy maluje inna rzeczywistość”, stwierdza Janusz Cygan w swoim ostatnim zbiorze wierszy, zatytułowanym biblijnie i archetypowo – „Zaiste”. Próba zdefiniowania tej rzeczywistości pochlania poetę. Zbiór wierszy „Zaiste” jest kolejnym rozrachunkiem Janusza Cygana z życiem i poezją, podsumowaniem przemyśleń nad przemijaniem, spowiedzią z rozterek duszy: „wciąż na dróg rozstaju / szukam - chociaż nie zgubiłem.” Poeta świadom jest swojej bezradności wobec losu, który doświadczył go inwalidztwem:

Wacław Holewiński

 

Mebluję głowę książkami

 

mebluje-glowe

 

 

 

Dwie opowieści o fałszerzach do czytania jedna po drugiej…

ostatni obraz saryNiezbyt często zdarza się, aby jeden wydawca opublikował dwie książki, które tak bardzo się uzupełniają. Ktoś zada pytanie: biografia najsłynniejszego w dziejach fałszerza obrazów i powieść? Tak, właśnie tak. Bo Frank Wynne, autor „To ja byłem Vermeerem”, opisał nie tylko zdumiewające losy Hana van Meegerena, ale także sposoby, w jakie doszedł do mistrzostwa w falsyfikowaniu („Van Meegeren dodawał bakelitu do pigmentów, żeby je postarzyć i móc potem upchnąć swoje fałszywe Vermeery Göringowi”), do techniki postarzania obrazów, nadawania im wyglądu dzieł mistrzów XVII wieku. A Dominik Smith? Przecież „Ostatni obraz Sary de Vos” to zupełna fikcja. Taka malarka nigdy nie istniała. To prawda. Tyle, że bohaterka (dla uściślenia jedna z trojga bohaterów) umiejscowiona została dokładnie tam, gdzie Vermeer, jest jedną z pierwszych kobiet, przed którą swe podwoje otworzyła gildia Świętego Łukasza, zaś inna z bohaterek wcieliła się w rolę… no tak, domyślacie się państwo, w rolę Meegerena, fałszując obraz holenderskiej malarki.