PIOTR PROKOPIAK


CZYSTE ŹRÓDŁA KAZIMIERZA RATONIA

 


Wy którzy nigdy słuchać mnie nie chcecie

Opuśćcie czoła gdy umierać zacznę

We wrotach grobu wszystko wam przebaczę

Nawet te rany które nie chcą zasnąć

 

Wy którzy nigdzie widzieć mnie nie chcecie

Otwórzcie oczy gdy odchodzić zacznę

Bo pozostawiam źródła takie czyste

Że tylko w śmierci pojmiecie ich jasność

 

(Z cyklu: „Pieśni Północne”)

 

 

            Nie pamiętam dokładnie kiedy zachłysnąłem się poezją Kazimierza Ratonia. Mogło to być na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, ale w tej kwestii moja zdolność do retrospekcji złośliwie zawodzi. Pewnym jest, że te kilka wierszy (pochodzących z różnych źródeł) na tyle mnie rozpaliło, że zacząłem szukać jego książek w bibliotekach. Najczęściej jednak napotykałem rozdziawione buzie pracownic tych szacownych instytucji. Nikt w moim otoczeniu, zupełnie nikt, nie wiedział kto zacz, ten Ratoń. Nie potrafiono mi nawet udzielić informacji, czy rzeczony poeta w ogóle żyje, skąd pochodzi itp. To jeszcze bardziej podsyciło moją ciekawość. Młodszemu pokoleniu wyjaśnię, że na tamten czas, „bóg google” nie objawił się jeszcze światu. Zostałem więc z garstką wierszy przepisanych w brulionie. Ich surowa wymowa magnetyzowała, a ponieważ od zawsze byłem mrocznym chłopcem, wyjątkowo do mnie przemówiła. Podświadomie czułem, że ta przesycona chorobliwym fatalizmem poezja nie jest owocem znudzonego życiem natchnionego frustrata. Musiałem poczekać dwa lata, kiedy pewna młoda studentka polonistyki przyjechała z „wielkiego świata”, by spędzić wakacje w moim... małym... prowincjonalnym. W trakcie rozmowy od niechcenia padło magiczne hasło: „Ratoń”. Lekko skonfundowany swoją niewiedzą wypytałem co o nim wie. I dowiedziałem się... że moja egzaltacja jest próżna, bo choć Ratoń dorobił się miana „poety wyklętego”, ale to postać straszna, pogrążony w alkoholizmie abnegat, zmarły „na własne życzenie” w jakiejś norze... i co najważniejsze, brzydko pisał o kobietach. Dopowiedziawszy jeszcze kilka „pikantnych” szczegółów (charakterystycznych dla powierzchownej interpretacji życia tego poety) obiecała podesłać coś po powrocie do Warszawy. Nie udało jej się sprawić bym zaniechał obcowania z wierszami Kazimierza Ratonia, czego dowodem jest m.in. niniejszy tekst. Po latach odpowiedziałbym koleżance słowami autora „Pieśni Północnych” : kobiety nie będą mnie sądzić.

            Przez następne dwie dekady moja wiedza o poecie z Sosnowca znacznie się pogłębiła i choć nie zostałem ratoniologiem, to kontakt z jego twórczością wciąż mnie fascynuje. Pojawiły się nowe publikacje (ostatnio „Dziennik. Prozy. Teksty krytyczne”), a i przestrzeń internetowa serwuje od czasu do czasu jakąś informację. Wciąż jednak tego jest za mało, jakby słowa poety: nigdy słuchać mnie nie chcecie, stały się jakimś ponurym memento, nawet wtedy, gdy już nie przeszkadza świętopoetopatetycznym jego fizyczność. To prawda, ma Kazimierz Ratoń „swój” konkurs o randze ogólnopolskiej, jednak coś mi tu nie pasuje... a w głowie kolebie się zdanie: „wszyscy czekaliśmy na jego śmierć''. Wstydliwa aura wciąż otacza tego nieszczęśliwego człowieka (Wy którzy nigdzie widzieć mnie nie chcecie). To jakby „poeci cierpienia prawdziwego” nie mieli racji bytu w środowisku, które z natury jest predestynowane do wrażliwości i pochylenia nad dramatem drugiego człowieka. Jan Z. Brudnicki konstatuje „teraz również nie brakuje Ratoni”. Gdzież więc są? Idąc ulicami naszych miast uważnie się rozglądam, obserwuję światek zabiedzonych kloszardów, traktowanych jak śmiecie przez pośpieszny tłum, przez... Straż Miejską. Być może gdzieś na jakiejś melinie rodzi się poezja. Co by się stało, gdyby na jednym z licznych konkursów poetyckich zjawił się... osobnik cuchnący denaturatem w brudnym i obszarpanym odzieniu, sączący w toalecie salicyl (mimowolne skojarzenie z ubóstwianym Wojaczkiem). Jak zostałby potraktowany przez uperfumowane i  „natchnione” towarzystwo? Iluż by miało satysfakcję że taki „Kazio bełkoce”, poeta, a stał się ohydnym pasożytem żebrzącym o łyk ulgi. Jak postąpił bym ja, widząc Ratonia „w pełnej krasie”? - zapytam gwoli sprawiedliwości. Pomimo, że liznąłem nieco teologii i filozofii, wyznaję wyższość ducha nad ciałem, chlubię się tzw. wrażliwością socjalistyczną, czy nie...? Sama wątpliwość mnie przeraża. Zagłuszam ją datkami (jak mam) dla kolegów szkolnych, którzy polegli, stając się podbiedronkowymi koneserami tanich trunków. Kilka razy usłyszałem przyganę: „ty nie wchodź w takie towarzystwo”. Jakby podanie ręki, wymiana kilku słów z nieco odmiennym człowiekiem degradowało mnie w oczach „porządnych i sprawiedliwych”, rzekomych chrześcijan, których mistrz włóczący się po Judei preferował komitywę z pijakami i paniami sprzedającymi swoje wdzięki. Jest tylko jedno dobro na tym świecie: zrozumieć nieszczęście innych – brzmi jedna z sentencji Ratonia,  przywodząca zaraz na myśl passus z Talmudu: nie osądzaj bliźniego, dopóki nie znajdziesz się w takiej samej sytuacji co on (cytat z pamięci). Nie wiadomo komu jaki los pisany. Być może w przyszłości sam zasilę szeregi  śmiejących się trupów.

           

Widzę twoją twarz
jest coraz bardziej czarna

jest coraz bardziej zaropiała
widzę ją nieprzerwanie
widzę jak gnije
widzę jak umiera
nie mogę na nią patrzeć
nie mogę a muszę patrzeć

bo to ja jestem
to jest taka moja twarz
to jest twarz wszystkich

 

            Rodzimy się z góry skazani na porażkę, zainfekowani wirusem postępującej choroby, której konsekwencją jest rozkład – rozczłonkowanie ducha z ciałem. Wyjątkową tego świadomość miał Kazimierz Ratoń. Destrukcja jego organizmu posuwała się w sposób błyskawiczny. Nękany „wszystkimi chorobami świata” zalewał ból najbardziej podłymi alkoholami, co pogłębiało odosobnienie i niechęć otoczenia. Otoczenia, które jak on, znajdowało się w stanie rozkładu, choć może sam proces nie przybiegał tak dramatycznie.

 

Przynieśli mnie do trupiarni

powiedzieli oto miejsce życia

powiedzieli oto są ludzie żywi

 

            Choroby, izolacja, przeraźliwa samotność rozrywająca czaszkę, aż do buntu wyrażanego w  bezpośredni, radykalny sposób. Paranoiczna skłonność do negacji to z pewnością mechanizm obronny poety, choć mający jak najbardziej intelektualne podstawy. Podobnie ma się rzecz z jego stosunkiem do kobiet. Błędem jest uznanie „łazika z Emilii Plater” za szowinistę męskiego. Znamienna jest historia miłości Ratonia do Francuzki polskiego pochodzenia, która zamierzała pisać doktorat o życiu... kloszardów. Cóż za ironia i kpina losu! Niestety, w jego przypadku mogła to być jedynie miłość nieszczęśliwa. Kochałem każdą kobietę, tak jak kocha się (...) Boga. Ciekawe jest wyznanie poety zawarte w dzienniku: Kochałem swoją matkę. Jej wspomnienie wywołuje łzy w moich oczach. Ciekawe o tyle, że bardzo szybko zerwał jakiekolwiek kontakty z matką i w ogóle z całą rodziną. Tak, Kto nie cierpi nie pozna miłości autor „Zamiast creda” poznał miłość, lecz NIGDY jej nie zaznał. Nie znam innej miłości, prócz tej, która jest nieodwzajemniona. Ale muszę się z tym pogodzić. „Ale muszę”, cóż za straszne wyznanie. Można się tylko domyślać jak brakowało mu czułego dotyku, gdy dogorywał w obskurnym lokum spełniającym rolę mieszkania.

 

            Połamane ubogie zabawki z mojego dzieciństwa...Z jakim wzruszeniem je wspominam.

 

            Jestem przekonany, iż w tej zniszczonej powłoce nadal kwiliło małe dziecko. Za każdym stoi jakaś historia. Ratoń nie był degeneratem, jak to niektórzy twierdzą, przesadnie eksponując jego wady, zmagania z „nieposłusznym” ciałem... z napojami wyskokowymi. Alkoholizm - inaczej choroba ludzi wrażliwych, budząca nieraz większą odrazę niż trąd. Dla cierpiącego na najróżniejsze schorzenia zawsze znajdzie się odrobina współczucia, ale nigdy dla alkoholika. Nikt, kto się nie otarł o alkoholizm, nie pojmie natury i źródeł tej przypadłości. On nie wie jak to jest, gdy czaszkę przewierca zajadły świder niepokoju, gdy wszystko czarnieje i widzi się zachmurzone niebo w środku dnia. Objawy somatyczne są równie dotkliwe. Napięte mięśnie, arytmia serca, uczucie rwanych przez rottweilery żył...  Na owe przykre doznania alkoholik ma jedno remedium, najłatwiej dostępne, najszybciej przynoszące ulgę... aż do następnych oznak trzeźwienia. Nie można winić człowieka za chęć pomocy samemu sobie, gorzej, gdy znajdzie się w paranoicznym kręgu z którego nie sposób wyskoczyć. Ratoń się poddał i zaprawdę: trudno się temu dziwić, skoro był tak przetrawiony przez choroby rujnujące jego ciało, począwszy od wczesnych lat młodości.  Jest tylko jedno dobro na tym świecie: zrozumieć nieszczęście innych – pozwolę sobie jeszcze raz zacytować. Zrozumieć dramat  Kazimierza Ratonia, to zrozumieć jego twórczość, to poznać jej... piękno. Jakże wielu poprzestaje na faryzejskim oburzeniu. Jakże często czytając publicznie jego wiersze, słyszałem docinki cieknące z wydymanych ust. Zazwyczaj autorami tego typu uwag są twórcy, których poetyka i wrażliwość oscyluje pomiędzy pierwszymi oznakami wiosny a motylkami migotającymi nad  kolorową łąką. Nie wiem, może jestem zbyt wymagający. Nawiasem mówiąc, jakoś nikogo nie bulwersują nowotestamentowe dywagacje o „umieraniu dla świata”, albo adorowanie wizerunku człowieka włącznie z  narzędziem tortur na którym został zamęczony.

            W chwilach kryzysu wierzący modlili się Psalmami Dawida, lamentacjami Hioba (ofiary rozgrywki Jahwe z szatanem), prorockimi jeremiadami, czy też malkontenctwem Koheleta. Dla mnie wiersze Ratonia są formą modlitewnika, którym się można posłużyć, gdy braknie słów własnych, gdy ból nie mieści się w życiu (określenie Pablo Nerudy). Nie chcę, aby ten tekst postrzegano jako swojego rodzaju apoteozę. Poeta z Emilii Plater nie był ideałem w sensie społecznym. Był taki sam jak każdy z nas! Marzy mi się jedynie, aby stał się równie popularny jak Stachura czy Wojaczek, ponieważ tzw. „życiopisanie” w jego wykonaniu osiągnęło pełny wymiar. Poezja to nie oderwana od życia spekulacja słowna.  Zgodzę się z Jarosławem Nowosadem że Ratoń „nie był poetą przeklętym (vel wyklętym – dop. mój), był poetą w przeklętym położeniu”.  Jego obnażenie (i autentyczność przy tym) poraża, ponieważ zawstydza... Gdyby nasze sumienia mogły wydzielać zapach, świat zionąłby ohydnym odorem, tak że ptaki spadałyby z drzew. Smród denaturatu przy tym, to zaledwie niemiły zapaszek.

 

            Jedyną dostępną mi dziś wolnością jest myśl, że mogę przybliżyć godzinę śmierci.

 

            Nietzsche napisał, że taka myśl nie jednemu uratowała życie. Nie wiem jak to się miało do Kazimierza Ratonia. Faktem jest, że nigdy nie zdecydował się na dramatyczne przerwanie linii życia. Tym również nie mieści się w ciasnej definicji „poety przeklętego”. To świat jest przeklęty, ponieważ jest obojętny na los wielkich artystów, bo zapomina o nich i do tego jeszcze gani. Niewątpliwe sukcesy literackie Ratonia (kiedy był jeszcze formie) oglądane przez pryzmat upadku są bezwzględnie niwelowane.

 

            Toteż wracajmy do poezji. A ta wszak nie zna nic gorszego ponad nijakość i leniwe beczenie baraniej (banalnej – dop. mój)  trzody.

 

            Chwała Janowi Z. Brudnickiemu za podjęcie trudu ocalenia sukcesji literackiej autora „Creda”. Zachowane po nim prozy czy też teksty krytyczne są świadectwem istnienia „innego” Ratonia. Bo kogo nie poruszą wysublimowane „Notatki podróżne” , „Powroty i nadzieje” albo utkane z perełek sentencje dziennika.

            No właśnie kogo?

            Pomimo całej niezbyt miłej otoczki, Kazimierz Ratoń pozostawia po sobie czyste źródła. Czyste i świeże! Czy rzeczywiście dopiero w śmierci pojmiemy ich jasność? Jeden z najciekawszych polskich poetów XX wieku odchodził mając otwarte oczy. Chcę wierzyć, że gościła w nich błękitna ulga... nareszcie odpocznienia.

 

            Powyższy tekst pisałem w czasie dla mnie szczególnym. Po ponad dwudziestu latach fascynacji twórczością Kazimierza Ratonia, stałem się jakby jego „rówieśnikiem”. Kiedy go odnaleziono 14 stycznia 1983 roku, miał zaledwie niecałe dwa miesiące do czterdziestych pierwszych urodzin. Tak się składa, że 14 stycznia tego roku jestem w podobnej sytuacji, ponieważ obaj rodzeni jesteśmy w marcu. Przypadek to, czy nie...

 

--------------------------------------------------------------------

Źródła:

Kazimierz Ratoń „Poezje” Oficyna 21 (Warszawa 2002)

Kazimierz Ratoń „Dziennik. Prozy. Teksty krytyczne” Instytut Mikołowski (Mikołów 2012)

 

Pin It