Krzysztof Lubczyński rozmawia z GABRIELEM MICHALIKIEM, autorem książki „Hamlet w stanie spoczynku. Rzecz o Skolimowie”


Polskiemu środowisku aktorskiemu przypadła w udziale w wieku XX szczególna rola, wykraczająca poza rzemieślnicze, a nawet artystyczne ramy zawodu. Los postawił ich przed wyborami politycznymi i za czasów Wojciecha Bogusławskiego, i za okupacji i później, w burzliwych latach 80. Postawił ich zawód w obliczu kryteriów moralnych czy narodowych, uczynił depozytariuszami tzw. wyższych wartości, ich misjonarzami. Jak Pan sądzi, czy to było na miarę poziomu środowiska czy może na wyrost?

 

- Aktorami byli moi rodzice, dwie babki cioteczne, prababka, macocha, wielu dalszych krewnych i powinowatych oraz mnóstwo osób zaprzyjaźnionych z rodziną. Gdy więc wypowiadam się o aktorach, nie jestem obiektywny; proszę zatem traktować odpowiedź na Pana pytanie jako opinię obserwatora stronniczego, zaangażowanego. Środowiska aktorskiego nie przeceniam. Za błędne uważam popularne wyobrażenie na temat rzekomych ogromnych możliwości aktorów - możliwości intelektualnych, moralnych i psychologicznych. Wynika ono z dość powszechnego złudzenia, któremu ulegamy słuchając mądrych i wielkich słów wypowiadanych przez aktorów i do pewnego stopnia zapominając, że aktorzy nie mówią ze sceny i z ekranu własnym tekstem. Bywa, że opisanemu złudzeniu ulega również aktor, zwłaszcza, że żarliwych kibiców spotyka wśród innych twórców kultury, myślących wciąż jeszcze na sposób romantyczny; widzących w aktorach kapłanów narodowego zbawienia. Stąd żenujące niekiedy wypowiedzi wybitnych aktorów na temat spraw publicznych, tym bardziej pożałowania godne, gdyż sprowokowane przez dziennikarzy, z okrucieństwem czyniących użytek ze swojej przewagi umysłowej nad aktorami, by przypomnieć niedawny smutny wywiad Roberta Mazurka z Danielem Olbrychskim. Misja aktora jest zapewne donioślejsza, a w każdym razie bardziej widoczna, niż misja rekwizytora czy inspicjenta, jednak w gruncie rzeczy nadal służebna. Doprowadzając rzecz do absurdu, można zapytać o to, czy aby depozytariuszem wyższych wartości nie staje się sufler, skoro to on podpowiada aktorowi tekst. Czy zapytalibyśmy zatem, jak zachowało się "suflerstwo polskie" wobec wyzwań najnowszej historii? Wielka i niemożliwa do przecenienia jest natomiast rola teatru, nie zaś tylko aktorów, w kształtowaniu postaw etycznych, gustów, smaku i samoświadomości narodu. Tyle, że u nas już się teraz nie używa terminu "naród", gdyż elitom artystycznym kojarzy się on wyłącznie z ruchami paranazistowskimi; nawet słowa "obywatele" używa się rzadziej. A teatr jest ważny właśnie dla obywateli i narodu. Dla "mieszkańców" wystarczy Klub Lokatora. Trafnie zaznacza Pan, że szczególna rola, jaka przypadła w udziale polskiemu aktorstwu w wieku XX, wykracza poza rzemieślnicze i artystyczne ramy profesji. Można zastanawiać się nad tym jak w obliczu trudnych, doniosłych, nierzadko - tragicznych zdarzeń wieku XX zachowały się jednostki; jak zachował się Igo Sym, jak Adolf Dymsza, a jak Roman Niewiarowicz. Jak Maja Komorowska, jak Janusz Zakrzeński, a jak Wojciech Siemion. Świat pełen jest heroizmu; nie sądzę jednak, aby w większym stopniu był on przymiotem osób wykonujących jakiś konkretny zawód.


Lata 50-te i 60-te przyniosły w Polsce niebywały urodzaj talentów i oryginalnych indywidualności aktorskich na poziomie pierwszego, drugiego a nawet trzeciego planu. Były to głównie roczniki urodzenia 20-te, 30-te i 40-te. Skąd Pana zdaniem wziął się fenomen tego "urodzaju"?

- Bohaterowie współczesnej części mojej książki, ludzie teatru, którzy w dorosłe zawodowe życie wchodzili w latach 50. i 60. mówią, że po okropieństwach wojny, po doświadczeniu bliskości śmierci, chciało im się afirmować życie. Ponure świadectwo, jakie wystawiła sobie ludzkość oboma krwawymi totalitaryzmami, domagało się artystycznego przetworzenia. Czasy nie były lekkie, a nie przez przypadek wielka sztuka powstaje chętniej w warunkach trudnych; sytość, jasność i nienaruszalność reguł społecznych, brak obaw i komfort codziennego życia mogą działać obezwładniająco.

Poprzez rodzinne parantele poznał Pan nieźle środowisko aktorskie, nie tylko mieszkańców Skolimowa? Jakie ma ono najbardziej charakterystyczne rysy odróżniające je od innych środowisk?

- Generalizując, mogę powiedzieć, że jest to środowisko ludzi mających o samych sobie przesadnie dobre mniemanie, a zarazem ludzi nadwrażliwych, niestabilnych emocjonalnie, pozbawionych umiejętności tworzenia stałych związków; skłonnych do działań pozornych, efekciarstwa. Jeżeli jednak spotka Pan wśród nich kogoś mądrego, skromnego i wyzbytego narcyzmu, może Pan być pewien, że ma do czynienia z wielkim artystą. Takim człowiekiem była na przykład ś.p. Irena Kwiatkowska, taki jest Robert Gonera, takim był podobno Tadeusz Łomnicki. Z tym, że człowiek będący zarazem utalentowany i mądry, zazwyczaj nie chce poprzestawać na aktorstwie; pociąga go reżyseria, pedagogika, działalność społeczna.

Na czym w Pana odczuciu polega czy może polegać kulturotwórcza i pedagogiczna rola zawodu aktorskiego? Czy bez kultywowania klasyki dramaturgicznej i literackiej w teatrze może być ona kontynuowana?

- Obecnie w Polsce pisze się tak wiele fatalnych utworów przeznaczonych na scenę, że jedynym ratunkiem przed ucieczką widza z teatru w ogóle, lub - co jeszcze gorsze - pozostaniem widza w teatrze z jednoczesną ucieczką w krainę bezmyślności, jest sięganie do klasyków. Od kilku lat mieszkam na przemian w Polsce i w Rosji. W obu krajach często chodzę do teatru; staram się nie omijać sztuk współczesnych, najnowszych. I z żalem Panu wyznam, że siedząc na nowych polskich sztukach Bogu dziękuję, że nie zabrałem ze sobą na widownię żadnego Rosjanina i nie muszę płonąć ze wstydu. Ci nasi współcześni dramaturdzy już wiedzą od Gombrowicza, że trzeba odrzucać tradycję romantyczną, więc z braku lepszego pomysłu szydzą ile wlezie z wszystkiego, co było wcześniej. Tyle, że brak im finezji Gombrowicza, a przede wszystkim - nie mają żadnego programu pozytywnego. Współczesna polska dramaturgia jest nie tylko marna artystycznie, ale nawet szkodliwa w sensie edukacyjnym: krzewi fatalną polszczyznę. I cóż tu może aktor? Marzy mi się zespół teatralny, który odmówi udziału w kolejnej szmirze.

Profesura szkół teatralnych i jej działalność pedagogiczna, stały się częścią polskiej kultury, że wspomnę takie postaci jak Aleksander Zelwerowicz, Jan Kreczmar czy Zbigniew Raszewski. Czy skolimowskie archiwa, a także archiwa instytucji teatralnych mogą stać się podstawą cennych podręczników z zakresu humanistyki?

- Skolimów nie posiada archiwum. Natomiast istnieją dwie konkurujące ze sobą skarbnice polskiego teatru, Muzeum Teatralne stworzone przez prof. Józefa Szczublewskiego i Instytut Teatralny im. prof. Zbigniewa Raszewskiego, zorganizowany dosłownie przed kilkoma laty przez niezwykle energicznego i charyzmatycznego dyrektora, Macieja Nowaka. Obie instytucje bardzo mi pomagały w pracy nad książką. Zaskoczyło mnie zestawienie przez Pana nazwisk Jana Kreczmara i Zbigniewa Raszewskiego. Po pierwszym z nich zostały jedynie wspomnienia ról i anegdoty; po drugim – wiele tomów poświęconych teatrowi. Sztuka tworzona przez aktora jest (to banał!) ulotna; trwa tyle, ile trwa spektakl. Zdawałoby się, że oddziałuje wyłącznie na współczesnych; co przecież nie czyni jej dziedziną działań mniej ważną niż rzeźbiarstwo. Bliski mi jest pogląd, że dzieło sztuki to nie obiekt, ale proces tworzący się w relacji pomiędzy artystą i obiektem a widzem. Dzieło sztuki to nie kawałek kamienia czy zamalowanego płótna. Jest nim wzruszenie. Trwa chwilkę, ale może zmieniać świat, o ile jest w stanie kształtować świadomość i postawy. W kulturowej sztafecie ludzkości, teatr odgrywa rolę wcale niepoślednią.

Proszę opowiedzieć o swojej edukacji, czasach szkolnych, studiach, zainteresowaniach i napisanych książkach...

- Przez kilkanaście lat pracowałem jako reporter w wielu redakcjach, przede wszystkim prasowych, od „Tygodnika Solidarność” w jego okresie niemal heroicznym (czyli za wczesnego Gelberga), poprzez „Życie Warszawy” aż po prasę kobiecą. I to w zasadzie jest cała moja edukacja, która przydaje mi się do czegoś w życiu. Nakręciłem też kilka drobiazgów dla telewizji. Reporterem czuję się nadal, ale łatwiej mi się spełniać zawodowo w książkach niż w pracy w redakcji. Dzieje mojego życia to wielokrotne ucieczki; z domu, od rodziny, środowiska, z mojego miasta, Warszawy. W latach 90. na Bałkany, w roku 2000 na wieś w Polsce (przez siedem lat byłem właścicielem pałacu położonego w zdziczałym parku i wtedy w ogóle przestałem pisać cokolwiek), kiedyś na pół roku w Tatry, a ostatnio - do Rosji. Mieszkałem przez dwa lata na Uralu, od czasu do czasu tylko przyjeżdżając do Polski. Z tym, że Rosja, a dokładnie – praktyczne wymiary życia tam, czyli brud i bałagan (bo nie kultura i ludzie, którymi się nasładzam, a nawet nie jedynowładztwo Putina, które mniej przeszkadza żyć w Rosji niż nasze ciągłe wojny polityczne i głupota rządzących w odniesieniu do życia w Polsce), umęczyła mnie już tak bardzo, że pewnie zacznę uciekać w innym kierunku. Napisałem kilka książek jako tzw. murzyn (obecnie się mówi „ghost writer”, „autor widmo”), a pod własnym nazwiskiem - zbiór reportaży, głównie z wojen bałkańskich, zatytułowany "O miłości, śmierci i bitnej piekarzowej", wywiad-rzekę z Marią Szyszkowską przetykany moją prozą; i teraz właśnie „Hamleta w stanie spoczynku. Rzecz o Skolimowie”. Pracuję nad książką-reportażem z Rosji. Zdarza mi się w ostatnich latach publikować coś w prasie, ale głównie w "Gazecie Polskiej", której linię polityczną i światopoglądową bardzo cenię, jako niemal idealnie zbieżną z moimi poglądami, a zarazem biegunowo odległą od poglądów całej mojej rodziny i środowiska, o którym rozmawiamy. Głównie za sprawą tej publicystyki, od pewnego czasu brak mi ochoty, a pewnie i możliwości, żeby publikować gdzie indziej. Skończyłem 36 lat. Nie mam cienia wątpliwości, że najszczęśliwszym wydarzeniem w moim dotychczasowym życiu jest zawarte dwa lata temu małżeństwo z kobietą znacznie młodszą, ładniejszą i mądrzejszą ode mnie oraz przyjście na świat naszego syna Aleksandra, urodzonego w Permie 12 marca 2010 roku. Do teatru chodzimy wyłącznie jako widzowie i chyba dobrze będzie, jeżeli tak zostanie.

Co Pan, syn pary aktorskiej i krewny aktorek, ale także widz, zawdzięcza osobiście muzie Melpomenie?

- Niesamowite dzieciństwo. Gonitwy po rusztowaniach i zapadniach teatrów; kuferek teatralnych szminek, z pomocą których mogłem ucharakteryzować się na upiora i straszyć sąsiadów; wystrój mojego dziecinnego pokoju złożony z dekoracji i rekwizytów ocalonych przez mojego ojca z pożaru Teatru Narodowego; wśród nich była zamocowana na drucie głowa staruszki wykonana z papier-mâché, jedyny przedmiot, o który spieraliśmy się z moją pierwszą żoną podczas rozwodu (obecnie głową zajmujemy się na przemian oboje); zazdrość szkolnych kolegów, że osobiście znam "Klossa", czyli Stanisława Mikulskiego, kolegę mego ojca z garderoby. Sporo więc się tych darów Melpomeny nazbierało. A jako widz? Czasem – rzadziej niż bym chciał – bywa, że tekst teatralny, brzmi w teatrze lepiej, bardziej niezwykle, głębiej i pełniej, niż potrafiłem sobie wcześniej wyobrazić. Zawdzięczam więc teatrowi doświadczane niekiedy uczucie wzniosłości. To dużo.

Dziękuję za rozmowę.

Pin It