Bohdan Wrocławski rozmawia z Wacławem Holewińskim

 

Zapis czasu, czyli tak było…

 

Aleksander Gierymski
Aleksander Gierymski

Przez siedem lat istnienia Przedświtu wydaliście ponad 160 tytułów, w ramach wydawnictwa działała, pewnie wzorowana na londyńskiej, Warszawska Niezależna Oficyna Poetów i Malarzy, do której  wrócimy później. Czyniła to grupa osób w konspiracji, często szykanowana, zatrzymywana przez SB i milicję. Zdarzały się pewnie wpadki, konfiskacje. Może teraz trochę o ludziach pomagających w prowadzeniu wydawnictwa.

 

No, tak, to oczywiste, że Przedświt to nie tylko Markiewicz i Holewiński albo Holewiński I Markiewicz. Było nas oczywiście więcej, choć jednak inaczej niż w NOW-ej, Woli czy CDN-ie myśmy nie tworzyli szerszych środowisk, nie wydawaliśmy gazet, nie zajmowaliśmy się snuciem planów politycznych na przyszłość. Przedświt to nie były setki ludzi jak NOW-a, to była dosyć hermetyczna, zamknięta grupa.

Zanim przejdę do tych ludzi, którzy współtworzyli nasze wydawnictwo, muszę powiedzieć, że już chyba po pierwszej książce musiałem rozstać się z Pawłem Zapaśnikiem. Okazał się mało odpowiedzialną osoba, pozawalał jakieś sprawy, gdzieś nie przyszedł na spotkanie, czegoś nie odebrał. Tak w podziemiu nie dało się pracować. Nie mogłem dopuścić aby z powodu czyjejś nieodpowiedzialności ktoś inny poszedł do więzienia. I – jak słusznie zauważył Sławek /Czesław/ Bielecki, szef CDN-u, osoba z podziemnych wydawców mi najbliższa – w konspirze nie ma demokracji. Jest szef /szefowie/, a reszta ma wykonywać polecenia. To, oczywiście, często powodowało czy mogło powodować, zadrażnienia albo urażenie czyichś ambicji ale… ale inaczej być nie mogło…

Teraz wracam do pańskiego pytania. Najpierw cztery osoby, które zasiliły Przedświt w roku 1983.


Tomek Dolecki, mój serdeczny przyjaciel nie tylko do dziś ale już najpewniej do końca dni moich. Zawsze będzie dla mnie Tomaszkiem… Poznaliśmy się przez Marzenę Okońską działająca w KOS-ie /Komitet Obrony Społecznej/. A skąd Marzenę żeśmy znali nie pamiętam. Tomaszek jest o sześć lat ode mnie młodszy, kiedyśmy się poznali studiował jeszcze na Uniwersytecie Warszawskim filologię klasyczną. Mieszkanie jego rodziców na lata stało się głównym punktem kolportażowym naszych książek. Myślę, że przez ręce Tomaszka przechodziła połowa nakładów Przedświtu. Zaprzyjaźniony byłem też z mamą Tomaszka, wspaniałą panią zaangażowaną nie tylko w swoja pracę na Uniwersytecie /była lektorem języka angielskiego/, ale także w działania opozycyjne. Ojcem Tomka był /nie żyje od ponad dwudziestu lat/ PAX-owski poeta Zbigniew Dolecki. Nie popierał zaangażowania ani syna, ani żony. Muszę tu przytoczyć opowieść, która jest dosyć symboliczna. Nie pamiętam roku, może to był rok ’83, może 84? Przyjechaliśmy kiedyś do Tomaszka samochodem tak pełnym książek, że kiedy otworzyliśmy tylne drzwi, bibuła zaczęła nam wypadać na jezdnię. Wjechaliśmy z torbami windą na bodaj ósme piętro wieżowca, w którym mieszkali Doleccy. Zadzwoniliśmy – nic, nikt nie otworzył. Po prawdzie nie mieliśmy wyjścia, musieliśmy te książki tam zostawić. Więc dzwonimy, dzwonimy, dobijamy się, wreszcie słyszymy ruch w mieszkaniu. Otwiera nam pan Dolecki – znajomy Jarka ze Związku Literatów Polskich i… To było zupełnie niezwykłe. Nie wykonał żadnego gestu, nie widział nas. Stał w tych drzwiach, a my zjeżdżaliśmy na dół, potem na górę, nosiliśmy kolejne paczki do pokoju Tomka, a on nas wciąż nie widział. Wszystko bez słowa… Jak w jakimś niemym filmie…

W 1985 roku bezpieka wpadła do mieszkania państwa Doleckich. Mama Tomka chcąc ratować syna stwierdziła, że to jej działalność. Niezbyt to było mądre. Posadzono i ją i jego. Siedzieli na Rakowieckiej od czerwca do listopada, wyszli na amnestię.

Kilka miesiące przed ich aresztowaniem mieliśmy jeszcze jedną zabawną sytuację. W moim mieszkaniu odbywała się rewizja, gromada ubeków przerzucała mi wszystko w mieszkaniu, potem dwóch postanowiło zejść ze mną do piwnicy sprawdzić czy czegoś tam nie ukrywam. Schodzimy, a w górę idzie Tomaszek. Na szczęście żaden z nas nie wykonał najmniejszego gestu, Tomek zamiast do mnie poszedł piętro wyżej, udał, że do kogoś puka, a potem spokojnie wyszedł na ulicę…

Dziś Tomaszek jest prywatnym przedsiębiorcą, prowadzi małą poligrafię.

 

Krzysztof Siemieński. Gdzie poznałem Krzyśka nie pamiętam. Może w NOW-ej, w której był drukarzem, a może w Krajówce NZS-u, nie mam pojęcia. Krzysiek jest cztery lata młodszy ode mnie, w stanie wojennym chyba wciąż studiował filozofię, nie jestem pewien ale wydaje mi się, że doszedł tam do absolutorium ale magisterium nie zrobił. Spotkaliśmy się we wrześniu 1983 roku na ulicy. Krzysiek miesiąc wcześniej wyszedł na mocy amnestii z więzienia – wpadł z dwoma kolegami w drukarni NOW-ej. Był w „kwarantannie”, NOW-a „odstawiła go od piersi”. Pogadaliśmy i szybko zaproponowałem mu aby do nas dołączył. Przyjął moją propozycję entuzjastycznie. Jeśli miałbym Krzyśka jakoś dookreślić, powiedziałbym, że w robocie konspiracyjnej był niezwykle rzetelny. Był z nami prawie do końca 1986 roku, kiedy razem z Wieśkiem Bielińskim, o którym niżej, postanowili realizować własne ambicje wydawnicze w swoim wydawnictwie. Nie osiągnęli tam już wielkich sukcesów ale po latach jakoś rozumiem tę ich potrzebę usamodzielnienia, szefowania, robienia własnego programu wydawniczego.

Zasługa Krzyśka? Największy bestseller Przedświtu – „Oni” Teresy Torańskiej. To on przyniósł tekst. Nie chciałem wydać tej książki, broniłem się przed tym, Krzysiek przekonywał i dopiął swego.

Krzysiek był i wciąż jest zapalonym żeglarzem, o ile mnie pamięć nie myli zdobywcą Srebrnego Sekstansu. W 1984, po moim wyjściu z więzienia, zabrał mnie na łódkę, pływaliśmy w kilka osób po Mazurach, ale jego żywiołem są nie jeziora, a morze. Pływa z wybitnymi żeglarzami.

Parę lat temu Krzysiek zapisał się na studia reżyserskie w Krakowie w jakiejś prywatnej szkole. Chyba je już skończył i coś tam robi w tej dziedzinie.

I jeszcze jedno, w 2008 roku byliśmy razem odznaczani – wcześniej niż inni ludzie Przedświtu - przez Prezydenta Kaczyńskiego. Dlaczego wcześniej? Bo odznaczano nas jako ludzi NOW-ej.

 

Wiesław Bieliński „Słoń” – największy z nas wszystkich, kawał chłopa…Rówieśnik i przez lata przyjaciel Krzyśka Siemińskiego, czasami sami się określali jako „stare, dobre małżeństwo”. Słonia poznałem przez mojego przyjaciela Sławka Brudzińskiego, studiowali, jak ja, prawo ale byli parę lat niżej. Wiesiek, chyba też dotarł tylko do absolutorium. W czerwcu ’82 wyszedł z „internatu”. Siemieński twierdzi, że to on wciągnął Słonia do Przedświtu, mnie się wydaje – mam taki obrazek w oczach – że to jednak ja się z nim spotkałem i szybciutko przekonałem, że samodzielne próby wydawnicze są bez sensu, że znacznie więcej osiągnie pracując z nami. I tak się stało. Jak określić Bielińskiego? Ciśnie mi się na usta jedno słowo: perfekcjonista. Słoniowi najbardziej z nas wszystkich zależało aby książki naprawdę porządnie wyglądała – odpowiedni margines na stronie, odpowiednie szycie, przycięcie…

W grudniu 1984 mieliśmy pilnie coś do wydania /a kiedy nie mieliśmy pilnie?/, Słoń znalazł jakieś dojście w powielarni Centrum Zdrowia Dziecka. Nadgorliwy strażnik „sprzedał” drukarzy bezpiece, ci z kolei „sprzedali” Słonia, ale zrobili to na tyle późno, że Wiesiek zdążył wyczyścić mieszkanie i zniknąć z domu. Namówiliśmy go razem z mecenasem Parulskim aby się ujawnił. Zrobił to i dzięki temu nie musiał się miesiącami ukrywać. Zrobiono mu kolegium, dostał dwadzieścia tysięcy grzywny.

Dzięki Słoniowi wydaliśmy chyba „Melinę” Kazimierza Orłosia, Wiesiek był kolegą szkolnym Maćka, syna pana Kazimierza, w każdym razie, wydaje mi się, że przez niego był kontakt.

Po ’89 Słoń był współwłaścicielem bardzo dużego wydawnictwa AiB /Adamski i Bieliński/. Robili gigantyczne nakłady głównie  sensacyjnych książek. I chyba poniosła ich fantazja, a może czyjaś niesolidność – zbankrutowali. Słoń ma do dziś komornika na głowie.

Jest członkiem Zarządu Stowarzyszenia Wolnego Słowa i wciąż łączą nas bardzo ciepłe relacje.

 

Bogdan Porowski. Poznaliśmy go przez jego brata Mietka, drukarza ze Szpitala Chorób Płuc na Płockiej /ale u Mietka – wydaje mi się - nigdy niczego nie drukowaliśmy/. Bogdan zajmował się naprawą samochodów. Robił to bez żadnych zezwoleń w garażu, który był przy jego kamienicy mieszczącej się tuż obok Dworc Zachodniego, dosłownie po drugiej stronie jezdni. Bogdan miał niezwykła smykałkę nie tylko do samochodów ale także do innych urządzeń technicznych. W styczniu ’85 roku – co tu ukrywać, przez głupotę, łamiąc zakaz ruchu – wpadł w ręce milicji, a potem bezpieki. Jechał moim samochodem ale zarejestrowanym na moja matkę. Odsiedział pół roku. Z Bogdanem był problem, cierpiał na klaustrofobię i – rozumie pan jaką próbą dla niego było więzienie. To chyba przez Bogdana złapaliśmy kontakt z kolejnymi dwoma „dojściami”, z których korzystaliśmy przez lata i które nigdy nie wpadły – w ZMS-ie na Smolnej i w budynku, w którym był potem Region Mazowsze w Alejach Ujazdowskich róg Wilczej. I to dzięki Bogdanowi zostaliśmy złodziejami. Tu – oczywiście – się śmieję. W brawurowej akcji ukradliśmy z tego drugiego miejsca offset. Opowiem o tym później.

Po wyjściu z więzienia chcieliśmy Bogdana wykorzystać w założonej na moje nazwisko firmie produkującej gwoździe tapicerskie. Chcieliśmy w ten sposób zapewnić i Bogdanowi, i Przedświtowi stałe pieniądze ale nic z tego nie wyszło. Bogdan nie miał do tego przekonania. Po ’89 roku Bogdan wyjechał z Polski, potem wrócił. Miał sporo kłopotów i niełatwe życie.

 

Wiesiek Johann

Kiedy Bogdan poszedł do więzienia, załatwiałem mu obrońcę. Wybór padł na Wieśka Johanna, chyba za namową Krzyśka Siemińskiego /nie pamiętam ale wydaje mi się, że Wiesiek był wcześniej jego obrońcą/. To była zabawna rozmowa. Wchodzę do zespołu, potem do pokoju, w którym Wiesiek przyjmował. Mówię, że chciałbym aby bronił takiego chłopaka, przedstawiam sprawę. Wiesiek słucha, słucha aż wreszcie pyta: A kim pan jest? Poprosiłem aby się tym nie interesował ale że pokryję w całości jego honorarium. Wzruszył ramionami, nie pytał. Przyjął obronę, nie wziął za to ani grosza, miał za to stały abonament na nasze książki. Przez długie lata, jeszcze po 89 roku, utrzymywaliśmy serdeczny kontakt. Wiesiek, oczywiście, nie był człowiekiem Przedświtu, był obrońcą w wielu sprawach politycznych, ale… ale był dla Przedświtu ważny, służył nam swoją pomocą i radą za co – pewnie wszyscy – jesteśmy mu do dziś wdzięczni.

Wiesiek był w latach 1997-2006 sędzią Trybunału Konstytucyjnego. A Wieśka żona, Olga, załatwiała przedszkole naszej córce. To też była ważna sprawa…

 

 

 Jerzy Ignatowski „Obrzynek” – niezbyt elegancki pseudonim, ale… Jurek nie miał obu nóg, stracił je w młodości w wypadku, jeździł na małej podstawce z czterema kółeczkami. Jurek był niezwykły, to w jego mieszkaniu na Bartoszewicza pewnie odbyła się oprawa introligatorska większości książek Przedświtu. Poznałem go przez Krzyśka Siemińskiego i na chwilę oddam mu głos: „Inny obrazek. Zima. Temperatura minus dwadzieścia stopni. Drukujemy w altance na Morach […] Ja się ruszam, mam zresztą ciepłe buty i skarpetki, ale Jurek siedzi nieruchomo i składa. W pewnym momencie wyrwało mu się: „… zimno tak, że aż mnie pięty swędzą”. Zaproponowałem, że może zrobimy przerwę i włączymy piecyk (nie robiliśmy tego, żeby nie wywalało nam korków, bo już powielacz to było czasami za duże obciążenie dla cienkich kabli w altance), ale Jurek zaprotestował natychmiast: „…szkoda czasu”. Kiedy rano wyjeżdżaliśmy z gotowym nakładem, był prawie sztywny z zimna, ale udawał, że jest mu ciepło.”. Jurek taki był, niezwykle obowiązkowy. Stanowili cudowny duet ze swoją żoną Różyczką. Starsi ode mnie o jakieś piętnaście lat. Jurek o piekielnie mocnym uścisku dłoni. Nie znosił komunistów, na działce trzymał jakąś spluwę z czasów wojny, od czasu do czasu ją przestrzeliwał. Nie żyją już od wielu lat. Cieszę się, że choć po śmierci, to jednak doprowadziłem do tego, że „Obrzynek” został uhonorowany przez Prezydenta Kaczyńskiego razem z resztą moich chłopaków z Przedświtu.


Maria Ostrowska. Wspaniała, powiedziałbym krystalicznie uczciwa osoba. Cenię Marysię niezwykle. „Dostałem” ją chyba od Zyty Oryszyn, a one chyba znały się z pierwszego Tygodnika Solidarność, gdzie Marysia była maszynistką. Maszynistką była i u nas, to ona „wystukała” większość naszych książek. Pracowała na etacie w firmie zajmującej się rozprowadzaniem różnego rodzaju maszyn /to przez nią kupiliśmy później sławetną gwoździarkę/, potem dom, dwu małych synów, mąż, który raczej Marysi nie pomagał i to nasze pisanie. Zawsze wszystko było na czas. Kiedyś nie wytrzymaliśmy z moją żoną patrząc jak ciężko pracuje, wystaliśmy w kolejce pralkę automatyczną, kupiliśmy ją i zawieźliśmy Marysi. Popłakała się. Po ’89 roku Marysia wyjechała na jakiś czas z Polski i przeżyła wielką tragedię. Jeden z jej synów się utopił. Wróciła do Polski i… i kolejny syn doprowadził do tego, że nie ma dziś swojego mieszkania… Marysia ma jakąś emeryturę, opiekuje się dziećmi…


Jerzy Brukwicki.  Lubię Jurka ogromnie – dlaczego ja to podkreślam? – wszystkich ich lubię ogromnie. To Jurkowi Przedświt zawdzięcza, że pracowało dla nas wielu wspaniałych grafików. Jurek nie był z wykształcenia plastykiem ale od zawsze nie tylko siedział w tym środowisku ale był też kuratorem wielu wystaw. Po ’89 roku  był szefem Warszawskiej Galerii Krytyków „Pokaz” na Krakowskim Przedmieściu. Dziś Jurek jest już emerytem.


Tomasz Kwiatkowski – Tomka tez „dostaliśmy” w mieszkaniu Zyty Oryszyn. Szukaliśmy po aresztowaniu Bogdana Porowskiego w ’85 roku kogoś, kto zająłby się ciężką, żmudną robotą – wożeniem składek z drukarni do składaczy. Tomek robił to przez pięć lat wzorowo. Osiem lat starszy ode mnie, adwokat, do dziś ma swoją kancelarię.


Zbyszek Gluza – człowiek, który stworzył Kartę, w moim odczuciu najlepsze pismo drugiego obiegu. Pismo to zresztą złe określenie – to był kwartalnik, „tołstyj żurnał”, zawsze dopracowany, zawsze z pomysłem. Wydaliśmy, poza pierwszym, wszystkie podziemne numery Karty. Ja sam zawsze z ogromnym zainteresowaniem czekałem na kolejny numer. Kto Zbyszka do nas przysłał nie wiem, ale związaliśmy się na lata. Karta to był zespół ludzi, myśmy wówczas znali także Alę, żonę, Zbyszka, Piotrka Mitznera /to także był nasz poeta – ale książki jego ojca, Zbigniewa, nie chciałem drukować/, Jurek Modlinger, pewnie ktoś jeszcze. Zbyszek, z wykształcenia inżynier, miłośnik teatru alternatywnego /w Kręgu wyszła jego książka o Teatrze Ósmego Dnia/, pasjonat historii stworzył też serię książek, którą wydawaliśmy. Po ’89 roku twórca Ośrodka Karta i Archiwum Wschodniego, dwóch instytucji niesłychanie zasłużonych dla ratowania pamięci, a może szerzej – polskiej historii. Ze Zbyszkiem niewątpliwie różnimy się politycznie, ale… ale nie zmienia to naszych bardzo, bardzo ciepłych relacji…


Krzyś Freisler – nasz człowiek na Zachodzie. Warto przytoczyć pośmiertne wspomnienie o Krzysiu Jarka Markiewicza. Długie, ale też Krzysztof był postacią niezwykłą. Dodam tylko, że stał się pierwowzorem bohatera mojej powieści „Przeżyłem wszystkich poetów”.

Krzysztof Freisler został poetą, kiedy miał 24 lata. Dwa lata później w piśmie Orientacji Poetyckiej Hybrydy wydrukowano kilka jego wierszy, motywem naczelnym tych wierszy, jak się wtedy mówiło: główną obsesją poety było przekraczanie granic, a dziwnym zdarzeniem losu i czasów, w których się to działo, było, że przyjęty do cechu poetów z tak wysokimi notami – odsiadywał właśnie 3 i pół letni wyrok więzienia za trzykrotne nielegalne przekroczenie granic PRL, był więc idealistą czy surrealistą, poetą wcielającym w życie wysokie wyobrażenia, pogrobowcem romantyków?

Kiedy miał 20 lat, zaczął pracę jako kierowca warszawskich autobusów, wtedy zaczął mówić, że samochody mają duszę, był też zawodowym instruktorem  jazdy, kierowcą taksówki i największych tirów. Zawsze był w drodze, od kilku lat pisał książkę, jak skończyć z haniebnym procederem składania ofiar w wypadkach samochodowych, zbierał materiały i notatki.

Kiedy miał 23 lata, 22 sierpnia 1968 roku wyruszył na pomoc Czechom i Słowakom, gdy zostali najechani przez bratnie wojska, wprawdzie powstania w Pradze nie wzniecił – jednak w jednej z podziemnych rozgłośni działających wówczas w Pradze, został odczytany jego list zapewniający, że młodzi polscy poeci są jak zawsze po stronie wolności, list ten do Polski został przekazany na falach RWE, co pamięta kilku sygnatariuszy tego zbiorowego wspominania.

W roku 1969 podejmuje próbę ucieczki na Zachód, zostaje złapany w Świnoujściu, ucieka z transportu, przez rok ukrywa się, podejmuje następną próbę, znowu zostaje złapany na terenie Czechosłowacji  i odsiaduje 3,5 letni wyrok w Rawiczu, Wronkach, w tych samych więzieniach, w których w latach 1945-55 siedział jego ojciec, słynny "kurier tatrzański" AK - ulica jego imienia znajduje się w Nowym Sączu.

Po odsiedzeniu wyroku pracował jako górnik dołowy w kopalni Staszic wystarczająco długo, żeby nauczyć się śląskiej gwary, doskonale znał też więzienną grypserę.

W latach 70. w Warszawie zasłynął jako wytwórca biżuterii z lanego srebra i bursztynu.

W 1977 roku za łapówkę kupuje paszport i wreszcie ucieka z PRL. W 1983 r. wjeżdża do PRL na cudzym paszporcie, za pośrednictwem Przedświtu kontaktuje się z podziemiem wydawniczym, organizuje pomoc, współorganizuje siatkę (uczestniczyli w niej m.in. Marceli Marklowski, Piotr Jankowski) odbioru przerzutów ze Szwecji przygotowywanych tam przez Mariana Kaletę i Józefa Lebenbauma. Uczestniczy w zaopatrywaniu podziemia w maszyny drukarskie z Paryża i Berlina.

W obsesyjnych, nawracających snach dzieciństwa i młodości gonili go Niemcy, Rosjanie, milicja, SB, Wopiści, gangsterzy - a on uciekał i nigdy go nie dopadli. Wyćwiczony w snach - w życiu na jawie od pierwszego wejrzenia widać było, że jest wojownikiem jakiejś słusznej sprawy, a sprawy zmieniały się: sprawy polskie, ochrona przyrody, Tybet.

Służył pomocą wielu ludziom, pod koniec lat 80., kiedy wynajmował pracownię na Lenaustrasse, zamieszkiwały ją tabuny przyjezdnych z Polski.

Wśród ludzi szukał ludzi prawdziwych i obdarzał ich przyjaźnią. Jeśli jednak nadużyli jego zaufania – na długo zostawali wrogami.

Miał kilka obsesji – zbierał gwoździe, zamierzał postawić pomnik gwoździa, a Muzeum Gwoździa miało stanąć na Pryszczowej Górze. Gwóźdź według jego interpretacji był w równym stopniu jak koło technicznym narzędziem ludzkiej cywilizacji. Przez ostatnie dwadzieścia lat pracował nad książką, nad wielką fabułą, niektórym z nas pokazywał fragmenty, dowiedzieliśmy się, że zostawił kilka tysięcy stron szkiców.”.

Krzysztof był też organizatorem naszej z Jarkiem niezwykłej wyprawy do Francji i Niemiec w roku ’89, o czym opowiem później.

Zmarł w 2009 roku i mam wyrzut sumienia, że do dziś nie załatwiłem pośmiertnego odznaczenia Krzysztofa.


Wojtek Szczygielski „Szczygieł”, parę lat starszy ode mnie, drukarz. Związał się z nami chyba w ’85 lub ’86 roku. Rajdowiec, członek Automobilklubu „Rzemieślnik”. Podobnie jak Bogdan Porowski, złota rączka. Bardzo chciał mnie – i żałuję, że tak się nie stało – nauczyć jeździć na nartach wodnych. Parę razy mi to proponował. Chyba o Wojtku, choć parę razy byłem u niego na imprezach rodzinnych, mogę powiedzieć najmniej. Odszedł z tego świata jako pierwszy człowiek Przedświtu…


Pozostały mi jeszcze dwie osoby, Ela Błaszkowska i Ewa Holewińska, nasze, to znaczy Jarka i moja żona. Nie mogę powiedzieć aby robiły dużo dla Przedświtu – poza pierwszą książką czasami Ewa zajmowała się korektę, jakąś redakcję, czasami coś przywiozła. Ela, po ’85 roku, po wpadce Bogdana Porowskiego – przypomnę, jechał samochodem zarejestrowanym na moja matkę więc oczywiste było, że będzie rewizja nie tylko u moich rodziców, ale i u mnie, musiałem więc wyczyścić mieszkanie, także z pieniędzy – prowadziła nasze finanse.

Więc niby niewiele, ale obie dawały nam spokój nie tylko w domu ale i w naszych głowach, to głównie Ewa zajmowała się naszą małą córką i… i niewątpliwie były obie w środku naszych przeżyć: rewizji, aresztowań, wielu spotkań. Staraliśmy się nie wprowadzać ich w całą wiedzę o Przedświcie, choć oczywiście, znały większość ludzi ale wychodziliśmy z założenia, że im mniej wiedzą, tym lepiej.

Ela nie żyje od wielu lat, Ewa, z tego co wiem – rozstaliśmy się prawie dziewięć lat temu – ma dwa wydawnictwa, jedno dziecięce, drugie dla dorosłych i radzi sobie całkiem dobrze.

Oprócz wymienionych działał z nami oczywiście szereg osób – oddających nam za darmo albo wynajmujących mieszkania, drukarze na tzw. dojściach, składacze, nasi autorzy, cały szereg mniejszych i większych kolporterów. Ale ci, których wymieniłem, to ci bez których Przedświt by nie mógł funkcjonować. Byli wszyscy ogromnie dzielni i – może to, co powiem zabrzmi górnolotnie, ale niech tam… - Polska coś im zawdzięcza… A ja z nich wszystkich, bez wyjątku, jestem po prostu dumny.

 

 

 

Pin It