Grzegorz Wiśniewski


Ś W I A T O S Ł A W   Ś W I A C K I

 

 

 

           Wybitny rosyjski tłumacz literatury polskiej Światosław Świacki mieszka w samym centrum Petersburga przy ulicy Marata (dawnej – na cześć cara Mikołaja I – Nikołajewskiej, a imię francuskiego rewolucjonisty noszącej od roku 1918), w miejscu, w którym ta ostatnia wlewa się w prospekt Newski. Okolica to bardzo literacka, czego przykładami można wręcz sypać. Dokładnie naprzeciwko, po drugiej stronie Marata, dwadzieścia sześć ostatnich lat życia przemieszkał głośny w swoim czasie pisarz Grigorij Danilewski (1829-1890), popularność swą zawdzięczający przede wszystkim prozie o tematyce historycznej, tłumaczonej na wiele języków, w tym i polski, jak dla przykładu „Księżniczka Tarakanowa”. Stulecie wcześniej przy tejże ulicy, i to też całkiem nie opodal, mieszkał Aleksander Radiszczew – i to tu właśnie napisał swą słynną „Podróż z Petersburga do Moskwy”, za którą czekał go od Katarzyny II areszt i wyrok śmierci, zamieniony na zesłanie na Sybir. Z kolei na Newskim, dwa zaledwie domy od narożnika z Marata, w latach 1873-1874 redagował czasopismo „Grażdanin” Fiodor Dostojewski, drukując w nim swój „Dziennik pisarza”. Niewiele dalej, już przy zaułku Kuzniecznym, znajdowało się ostatnie mieszkanie Dostojewskiego, dziś zamienione w jego muzeum…

         Świacki z rodziną w domu przy Marata zamieszkał w momencie, gdy mógł już nie czuć się w tej literackiej okolicy intruzem - w 1979 roku, kiedy to już od ponad ćwierćwiecza uprawiał intensywną działalność translatorską, od kilkunastu lat był członkiem Związku Pisarzy ZSRR, od niemal dekady legitymował się pierwszymi nagrodami twórczymi. Obie kultury, których zbliżeniu się poświęcił, oba języki, których miąższ tak dogłębnie poznał i tak subtelnie smakował, funkcjonowały w jego umyśle i duszy na równych prawach – jak sam o tym nieco później powiadał, czuł się i Rosjaninem, i Polakiem. Choć jednak pochodził z polsko-rosyjskiej rodziny, przecież ani dobrej znajomości polszczyzny, ani szczególnego ukochania polskiej kultury nie wyniósł z rodzinnego gniazda – wszystko to pojawiło się trochę później, już u progu dojrzałości. Po latach opisywał to w opublikowanej w Poznaniu książce „Portrety Polaków z Petersburga” takimi oto słowy: „Wydawało mi się, że ten brzeg – to nie mój brzeg, że on mnie nic nie obchodzi, że nie warto płynąć w jego kierunku. Tym brzegiem była polskość i Polska. Myślałem później: może tylko wpajałem w siebie to przekonanie, może udawałem przed samym sobą, że Polska mnie nic nie obchodzi, a w rzeczywistości dążyłem podświadomie w jej kierunku, a może, kto wie, był to tylko zbieg okoliczności…”

*

         Rosyjską krew ma Świacki w swych żyłach po matce, polską – po ojcu. Dziad ze strony ojca, Stanisław Świacki (1867-1954), potomek polskiego ziemianina z Kliczowa w guberni mohylewskiej, obrał w Rosji karierę wojskową i w carskiej armii dosłużył się stopnia generała-majora; w pierwszej wojnie światowej walczył przeciw Austriakom w Galicji, po rewolucji październikowej uciekając przed wojskami bolszewików ewakuował się do Turcji, skąd przedostał się do Francji, a następnie wraz z armią Hallera do Polski. Tu zamieszkał naprzód w Warszawie, potem w Wilnie, wreszcie – po 1945 roku – w Poznaniu i znowu w Warszawie, gdzie też zakończył życie. W Warszawie pozostawił po sobie, dziś już nieżyjących, dwoje dzieci z drugiego małżeństwa – syna Michała i córkę Ewę. Dwóch zaś synów z pierwszego małżeństwa Stanisława Świackiego, zawartego jeszcze u schyłku XIX wieku, pozostało w Rosji. Starszy, Leonid, osiedlił się ostatecznie na Powołżu w mieście Wołżskij koło Wołgogradu; jego syn został inżynierem, wnuk zaś lekarzem. Drugi syn Stanisława, Paweł (1899-1969) w czasie wojny domowej walczył w szeregach białogwardzistów Kołczaka; znalazłszy się w niewoli, zdołał zbiec i zamieszkał w Piotrogradzie, gdzie dzięki podrobionym dokumentom dostał się na studia politechniczne, po których ukończeniu całe życie przepracował jako ceniony inżynier budowlany, i to, choć bezpartyjny, na kierowniczych stanowiskach. Ożenił się z czystej krwi Rosjanką, wywodzącą się z rodów syberyjskich kupców-milionerów, Uszkowów i Donskich; 24 listopada 1931 roku narodził się w tym związku Światosław.

         Z wczesnego dzieciństwa w ponurych latach trzydziestych w Leningradzie Światosław zapamiętał ogromną, złożoną z kilkunastu pokoi komunałkę z pełną syczących prymusów kuchnią i niezdatną do użytku łazienką; biografie i ojca, i matki dawały niemało powodów do obaw, stąd ojciec zniszczył resztę rodzinnych pamiątek. Po polsku ojciec mówił słabo, w domu rozmawiano zawsze po rosyjsku. Matka dokładała starań, by Światosława jak najlepiej wykształcić – i najęła bonę, która uczyła go niemieckiego, podówczas uważanego za język z obcych najprzydatniejszy. Po napadzie Hitlera na Związek Radziecki Światosław z matką znalazł się wśród ewakuowanych na Ural, do Swierdłowska (czyli niegdysiejszego – i dzisiejszego – Jekatierinburga); ojciec pierwotnie nadal pracował w oblężonym Leningradzie, lecz później, ciężko chory na gruźlicę, dołączył do reszty rodziny. Po powrocie do rodzinnego miasta i ukończeniu szkoły średniej (w latach szkolnych zdarzało mu się też próbować poezji) Światosław w 1949 roku zdał na wydział filologiczny uniwersytetu – i dopiero wtedy dokonał ostatecznego kulturowego i językowego wyboru, skłoniwszy się ku studiom polonistycznym. Literatury polskiej uczył go na leningradzkiej uczelni Rosjanin Siergiej Sowietow, języka polskiego zaś – Polka Janina Matiusowicz oraz Anna Epsztein, polska Żydówka, której w 1939 roku udało się uciec z Polski przed Niemcami.

         Choć język musiał na dobrą sprawę poznawać od podstaw, już na pierwszym roku zaczął parać się tłumaczeniem literatury; pierwszą próbą stała się, zadana jako studencka praca domowa, „Poezja” Władysława Broniewskiego. Ukończenie zaś studiów zbiegło się z debiutem książkowym – w opublikowanej w owym 1955 roku antologii „Poezja Słowian zachodnich i południowych” znalazło się bez mała czterdzieści przełożonych przez Świackiego utworów polskich, od Mikołaja Reja poprzez Adama Mickiewicza i Juliusza Słowackiego po „Mazura kajdaniarskiego” Ludwika Waryńskiego (wybory podlegały jeszcze kryteriom z epoki poprzedniej). Tym młodzieńczym przedsięwzięciom translatorskim Świackiego patronował znany poeta Wsiewołod Rożdiestwienski. Jeszcze podczas studiów zapragnął Świacki jak najszybciej przygotować i własną książkę przekładową, którą stało się „Porwanie w Tiutiurlistanie” Wojciecha Żukrowskiego, wydane w jego tłumaczeniu zaledwie rok po ukazaniu się debiutanckiej antologii. Od razu powiedzmy, że przekład powieści Żukrowskiego zainaugurował całą serię dokonanych przez Świackiego tłumaczeń polskiej literatury dla dzieci – w szczególności znalazły się wśród nich powieści Ludwika Jerzego Kerna („Ferdynand Wspaniały”, „Proszę słonia”, „Zbudź się, Ferdynandzie”, „Do widzenia, zwierzęta” - w sumie kilkanaście wydań o łącznym nakładzie co najmniej pół miliona egzemplarzy), a także bajki Czesława Janczarskiego; przygotowywał też nasz tłumacz adaptacje sceniczne i telewizyjne tych utworów.

*

         Najważniejsza jednak stała się wkrótce dla Świackiego, i to na długie lata, wielka polska poezja romantyczna. W 1960 roku ujrzał światło dzienne jego przekład „Balladyny” Słowackiego – drugi w Rosji po powstałym pół wieku wcześniej tłumaczeniu Konstantina Balmonta, pomieszczony w upamiętniającej 150-lecie urodzin naszego wieszcza dwutomowej edycji jego dzieł, gdzie wśród sześciu innych jego dramatów znalazła się na przykład „Maria Stuart” w przekładzie Borysa Pasternaka. Trzynaście lat później Świacki opublikował w osobnym wydaniu pierwsze rosyjskie tłumaczenie „Beniowskiego” (pieśni 1-5 oraz dziesiąta), nad którym pracował w latach 1961-1968; podobnie jak w poprzednim, i w tym wypadku wiele zawdzięczał inicjatywie i pomocy Maksyma Rylskiego. Złożoną z jedenastozgłoskowych wersów z rymami żeńskimi oktawę oryginału przełożył tu Świacki oktawą zawierającą także charakterystyczne dla poezji rosyjskiej rymy męskie, a użytą na przykład przez Puszkina w „Domku w Kołomnie”: oktawa ta w pierwszych swych sześciu wersach składa się z następujących przemiennie - w poniższej lub odwrotnej kolejności - jedenastozgłoskowców zakończonych paroksytonem i dziesięciozgłoskowców zakończonych oksytonem, kończy się zaś parą jednych lub drugich, przy czym strofy zaczynające się i kończące paroksytonem regularnie wymieniają się z tymi zaczynającymi się i kończącymi oksytonem (AbAbAbCC, dEdEdEff, GhGhII itd.). Przekład, opublikowany przez moskiewskie wydawnictwo „Chudożestwiennaja Litieratura” w dwudziestu pięciu tysiącach egzemplarzy, znalazł uznanie i w oczach „Litieraturnej Gaziety”, a po upływie trzydziestu sześciu lat został wznowiony - pod egidą naszego energicznego Instytutu Polskiego w Petersburgu we współpracy z Konsulatem Generalnym w Irkucku, z eliminacją wcześniejszych drobnych ingerencji radzieckiej cenzury, choć w dostosowanym do nowych realiów, pięćdziesięciokrotnie od pierwszego wydania niższym nakładzie.

         Tymczasem przyszła pora na dzieło życia – tłumaczenie „Pana Tadeusza” Mickiewicza. Świacki zamyśliwał je od dawna; decyzję o przystąpieniu do pracy podjął pewnego dnia u grobu ojca. Mierzyć się musiał nie tylko z oryginałem, lecz także z czworgiem znakomitych poprzedników. Pierwszy pełny poetycki przekład eposu Mickiewicza na rosyjski został opublikowany w 1875 roku w Warszawie, przedtem drukowany przez lata w petersburskim periodyku „Otieczestwiennyje Zapiski”; wyszedł on spod pióra rosyjskiego poety, publicysty i przede wszystkim tłumacza Nikołaja Berga. Tłumaczeniu temu zarzucano jednak zbytnią rozwlekłość (Zygmunt Librowicz pisał w swych wspomnieniach, że „to, co Mickiewicz powiadał w trzech czy czterech wersach, u Berga zajmowało wersów dziesięć do piętnastu”); kiedy więc w 1882 roku znany petersburski wydawca o polskim pochodzeniu Maurycy Wolff chciał pomieścić„Pana Tadeusza” w swym zbiorowym wydaniu dzieł Mickiewicza, sięgnął po przekład zmarłego dziewięć lat wcześniej wybitnego poety i tłumacza Władimira Bieniediktowa; przekład ów potem parokrotnie wznawiano. Dwa kolejne rosyjskie tłumaczenia arcypoematu ujrzały światło dzienne już w połowie następnego stulecia: w 1949 roku swoją wersję, też nieraz potem wznawianą, przedstawiła Susanna Aksjonowa-Mar, zaś w 1954 roku – poetka i dramatopisarka Muza Pawłowa. Aksjonowa-Mar i Pawłowa przełożyły „Pana Tadeusza” używając wersyfikacyjnego wzorca oryginału – parzyście rymowanego trzynastozgłoskowca z rymami żeńskimi, gdy na przykład Berg zastosował następujące po sobie pary trzynastozgłoskowych wersów z rymem żeńskim i dwunastozgłoskowych z rymem męskim; Świacki poszedł wzorem Berga.

         Nad swym tłumaczeniem pracował jak w transie, niekiedy dniami i nocami, przez cztery lata, od roku 1984 po rok 1988; jeśli „Beniowskiego” przekładał z niejakim dystansem, traktując to trochę jak translatorską łamigłówkę, tu od początku znalazł się pod zniewalającym urokiem oryginału i pozostawał mu poddany aż do ostatniego tłumaczonego wersu. Potem przyszło kolejne, aż po rok 1992, czterolecie poprawek i modyfikacji. Jak sam po latach się zwierzał, najwięcej problemów przysporzyło mu oddanie obrazów ruchu (zwłaszcza księga „Bitwa”), a także znalezienie odpowiedników dla regionalnych i ludowych nazw roślin. Ostateczny rezultat wieloletniej pracy ujrzał światło dzienne w jubileuszowym dla Mickiewicza 1998 roku w postaci wydanego przez petersburską oficynę „Wsiemirnoje Słowo” w nakładzie pięciu tysięcy egzemplarzy okazałego tomu z przedmową Czesława Miłosza i ilustracjami Jozefa Wilkonia; sam Świacki napisał też obszerne i bardzo ciekawe posłowie oraz opatrzył rzecz przypisami. Notabene w tymże 1998 roku niedaleko mieszkania naszego tłumacza, przy zaułku Grafskim, stanął pierwszy w Petersburgu pomnik Mickiewicza. Publikacja nowego przekładu „Pana Tadeusza” została w Rosji zauważona i ciepło przyjęta, fachowej krytyki jednak zabrakło; kompetentna i pochwalna w tonie recenzja dotarła za to ku satysfakcji Świackiego z Polski, autorstwa Ryszarda Łużnego. Już dwa lata później tłumaczenie Świackiego trafiło do rąk rosyjskich czytelników ponownie, i to w kolejnych pięciu tysiącach egzemplarzy, teraz w ramach jednotomowego wyboru dzieł Mickiewicza dokonanego przez Wiktora Choriewa.

         Co do poezji Cypriana Kamila Norwida, jeden przekład Świackiego znalazł się już w zbiorze poezji autora „Vademecum” wydanym w Rosji w 1972 roku, stanowiącym zresztą podówczas najobszerniejszą prezentację jego twórczości poza Polską; o owym przekładzie „Mojej ojczyzny” rosyjski poeta, tłumacz i edytor Andriej Bazilewski pisał, że „brzmi majestatycznie i przekonywająco”. Kiedy zaś trzydzieści lat później Bazilewski przygotowywał własny, znów w tym momencie najobszerniejszy poza Polską Norwidowski tom, pomieścił w nim już kilkanaście tłumaczeń Świackiego, wśród nich utworów tak ważnych, jak „W Weronie” czy „Fortepian Szopena”. A ostatnią translatorską publikacją Świackiego z kręgu wielkiej polskiej poezji romantycznej stał się przekład dzieła, którego pierwodruk ukazał się w swoim czasie właśnie w Petersburgu, w 1828 roku w drukarni Karola Kraya – „Konrada Wallenroda”, w Rosji tłumaczonego blisko dziesięć razy, poprzednio przed z górą półwieczem przez Nikołaja Asiejewa; powstały jeszcze w połowie lat siedemdziesiątych, przekład Świackiego wyszedł drukiem w roku 2010, jednak nie w Rosji, lecz w Polsce, nakładem Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu.

*

         Ale poza twórczością wieszczów było jeszcze bardzo, bardzo wiele innych pozycji, i to z najróżniejszych epok, od renesansu po literaturę współczesną. Zaczynając od poezji, trzeba wspomnieć o przekładach z Jana Kochanowskiego w tomie utworów wybranych poety (1960), następnie o pomieszczonym w wyborze dramatów Stanisława Wyspiańskiego (1963) pierwszym rosyjskim przekładzie „Nocy listopadowej”. W antologii „Polska poezja XVII wieku” (1977) dał Świacki tłumaczenia między innymi wierszy Hieronima Morsztyna, Wacława Potockiego i Daniela Bratkowskiego, a w zbiorze „Polski poemat romantyczny XIX wieku” (1982) przekład, znowu w Rosji pierwszy, „Zamku Kaniowskiego” Seweryna Goszczyńskiego. W latach dziewięćdziesiątych opublikował bardzo dużo tłumaczeń w serii „Polska poezja XX wieku”, wydawanej przez Bazilewskiego w jego moskiewskiej oficynie „Wahazar” – utworów Czesława Miłosza, Wisławy Szymborskiej, Zbigniewa Herberta, Tymoteusza Karpowicza, Ewy Lipskiej, Rafała Wojaczka, Stanisława Barańczaka, Wiktora Woroszylskiego, Stanisława Grochowiaka, Tadeusza Nowaka, Ernesta Brylla, Jarosława Marka Rymkiewicza. Już w zaraniu naszego stulecia przekłady Świackiego pojawiły się w wydanych w Rosji tomach poezji Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego i Juliana Tuwima. W roku 2005 właśnie w tłumaczeniu Świackiego ukazał się pierwszy w Rosji obszerny tom poezji Szymborskiej (którą nasz tłumacz poznał osobiście jeszcze w 1963 roku), zatytułowany „Sól”, a opublikowany przez petersburską oficynę „Logos”.  

         Lista przekładów polskiej prozy, choć w tej sferze Świacki ograniczył swe zainteresowania do czasów sobie współczesnych, też musi imponować: poza pozycjami już tu wymienianymi, są na niej zwłaszcza „Pokolenie” Bohdana Czeszki (publikacja w 1965 roku, potem kilka wznowień), „Pasierbowie” Jerzego Putramenta (1968), „Diabły” Tadeusza Nowaka (1976), „Odpocznij po biegu” Władysława Terleckiego (1979, wspólnie z Walentiną Lewidową, w antologii „Współczesna nowela polska”), „Cena” Zofii Posmysz (1981), „Powrót” i „Stankiewicz” Eustachego Rylskiego (1990). Do tego dorzucić trzeba niemałą porcję dramatopisarstwa. Świacki legitymuje się tu przekładami „Wielkiego człowieka do małych interesów” Aleksandra Fredry (wespół z Wiaczesławem Obolewiczem), sztuk Jerzego Szaniawskiego „Kowal, pieniądze i gwiazdy” oraz „Dwa teatry” (tę ostatnią wystawił w tym tłumaczeniu na przykład Wielki Teatr Dramatyczny w Leningradzie w reżyserii Erwina Axera) czy „Wilków w nocy” Tadeusza Rittnera. Nade wszystko jednak trzeba w tym miejscu przywołać tłumaczenia dramatów tak popularnego w Rosji Sławomira Mrożka; w opublikowanym w 2001 roku pod tytułem „Testarium” bardzo obszernym wyborze jego twórczości znalazło się przekładów Świackiego aż siedem: „Policji”, „Na pełnym morzu”, „Tanga”, „Rzeźni”, „Emigrantów”, „Portretu” i „Pięknego widoku”.

*

         Skądinąd teatr w życiu Świackiego odgrywał rolę zawsze bardzo ważną – z petersburską Akademią Teatralną całe swe zawodowe życie związała jego małżonka, Helena z domu Riabinowicz, córka znanej aktorki Eugenii Zingieriewicz. Zaproszona na uczelnię przez jej założyciela, wspaniałego aktora, reżysera i pedagoga Leonida Wiwiena, uczyła tam pracy z tekstem, a potem kierowała studium doktoranckim. Wydział aktorski Akademii ukończyli zarówno jej córka z pierwszego małżeństwa, Anna, uczennica Lwa Dodina, jak i urodzony w 1975 roku syn Heleny i Światosława, Andriej. Ten ostatni do studiów aktorskich dodał też wykształcenie muzyczne, ucząc się śpiewu i uzyskując dyplom reżysera operowego; jedno z jego ciekawych reżyserskich dokonań miałem możność obejrzeć w roku 2003 – rosyjską prapremierę (wprawdzie tylko przy fortepianie) „Verbum nobile” Stanisława Moniuszki, którą Andriej przygotował w petersburskim Teatrze Muzycznym „Zazierkalje”. W mieszkaniu Świackich przy Marata oddycha się atmosferą wielkiej literatury i wielkiej sztuki. Zresztą nie tylko polskiej i rosyjskiej – przecież gospodarz-poliglota sporadycznie tłumaczył także z niemieckiego (na przykład Grillparzera), francuskiego, bułgarskiego, czeskiego, serbskiego.

         Polską zaś gałąź swej rodziny – stryja, stryjenkę, kuzynów – Świacki odszukał w roku 1967, by odtąd kontaktu już nie zerwać. Owa wizyta w Polsce była czwartą z kolei; po raz pierwszy przyjechał do nas siedem lat wcześniej. Odwiedziny te rychło stały się regularne, przypadając średnio na co drugi rok. Jeździł w sprawach zawodowych i prywatnych, uczestniczył w zjazdach tłumaczy, odbierał wyróżnienia – wśród tych przyznanych mu ostatnio, już w tym stuleciu, była Nagroda im. Andrzeja Drawicza i nadany przez Radę Języka Polskiego tytuł Ambasadora Polszczyzny. Nader czynnie też w ostatnich dwóch dekadach uczestniczył w pracach organizacji polonijnych w grodzie nad Newą, w tym przez dwa lata kierując redakcją powołanej do życia w roku 1998 polonijnej „Gazety Petersburskiej”.

         A w roku 2012, gdy świętowaliśmy 200-lecie urodzin Zygmunta Krasińskiego, Świacki przygotował dla „Wahazara” nowe tłumaczenie „Nie-Boskiej komedii” (ostatni z trzech dotychczasowych jej rosyjskich przekładów ukazał się ponad sto lat temu)…

 

    Grzegorz Wiśniewski

                                                      

Pin It