Lucky man

Z WOWO BIELICKIM, legendarnym scenografem, aktorem i reżyserem rozmawia Krzysztof Lubczyński

Pojawił się Pan na pokazie odrestaurowanego cyfrowo filmu Janusza Morgensterna „Do widzenia, do jutra”, gdzie zagrał Pan rolę playboya, złotego młodzieńca. Jak odebrał Pan po latach ten film, będący - poza jego wymiarem poetyckim - swoistym zapisem nastroju, stanu ducha części ówczesnej młodzieży artystycznej, zwłaszcza z kręgu teatru Bim-Bom  w Gdańsku?

 

- Odrestaurowanie ścieżki filmu, to był świetny pomysł, bo dzięki temu ogląda się go teraz tak jak kiedyś, gdy został zrobiony. Ma to głęboki sens, bo nagromadzone przez dziesięciolecia zadraśnięcia taśmy, zabrudzenia itd. oddaliły nas od wyjściowego kształtu utworu. Te odrestaurowywane filmy, to wielkie dokonania polskiej kultury i dobrze, że zdecydowano się na ich „remont”. To tyle co do formy technicznej. Najważniejszą cechą tego filmu jest jednak to, że nie do wiary jest, iż powstał on w szarej PRL. Jest tam sugestywny sygnał z innego, lepszego  świata – usytuowana w tajemniczej sopockiej willi jakaś placówka zagraniczna czy konsulat, przenikająca do grupy młodych artystów, za pośrednictwem granej przez Teresę Tuszyńską, cudzoziemki Margueritte. Inna sprawa, że klimat życia uczuciowego, towarzyskiego, estetycznego młodzieży zawsze jest na świecie podobny, niezależnie od ustrojów i w brytyjskich czy francuskich lokalach tego czasu było podobnie, choć była istotna różnica w dostępie do dóbr materialnych. N.p. na tym targu pod halą, który pojawia się w filmie, nie można było wtedy niczego kupić, żadnych artykułów żywnościowych, owoców czy warzyw. Dlatego cudzoziemcom trudno było zorientować się, że ten film powstał za „żelazną kurtyną”, tym bardziej, że nawet nie muśnięte w nim zostały żadne kwestie polityczne czy ideowe. Oczywiście trzeba pamiętać, że w Polsce był większy luz i to co było możliwe u nas, nie było możliwe w innych krajach bloku. Ta młodzież funkcjonowała w nastroju cynicznej żartobliwości i nawet nie dopuszczała w pełni do swojej świadomości położenia w jakim znajduje się kraj, naród, społeczeństwo, a jednocześnie niepostrzeżenie, nie zdając sobie z tego sprawy, nadgryzaliśmy skorupę systemu. Kiedy jednak wchodziło się do sklepu czy urzędu, to uderzało się łbem w tę twardą skorupę. Również forma materialna wnętrz mieszkalnych, lokali publicznych czy komunikacji bardzo odstawała od europejskiego standardu cywilizacyjnego. W tym filmie tego jednak nie ma, bo nie o tym on traktuje. Nie widać też w filmie zrujnowanego przez wojnę Gdańska, miasta, w którym w momencie kręcenia filmu, było jeszcze wiele ruin, a które po raz pierwszy zobaczyłem w 1945 roku, jako piętnastolatek.

 

W jakich okolicznościach to się stało? Jakie wrażenie zrobiły na Panu ówczesne Gdańsk i Sopot?

 

- Byłem z urodzenia warszawiakiem, ale straciliśmy tam wszystko i los rzucił mnie z rodziną do Gdańska, gdzie mój ojciec podjął pracę jako konserwator zabytków i kustosz muzeum gdańskiego.

Gdańsk był bardzo zniszczony, natomiast Sopot był w zasadzie nienaruszony i robił bardzo dobre wrażenie. Imponujący Grand Hotel pokazywał jak funkcjonuje świat cywilizacji restauracyjno-hotelowej. Jego dyrektorem był były dyrektor warszawskiego „Bristolu”, pan Napierała. Dzięki niemu cudzoziemcy czuli się tu jak w najlepszym kurorcie. Były tam świetne korty tenisowe, które na poziomie światowym utrzymywali bracia Kornelukowie. Efektowne było też odbudowane przez najlepszych rzemieślników sopockie molo. Miasto od dolnej do górnej części pełne było efektownych willi mieszczańskich, niezłych lokali gastronomicznych. Były też wyścigi konne i niezłe korty. Słowem - jak zachodnia Europa, miejsce najlepsze na randki i bibki. Tak było przez pierwsze lata po wojnie, potem stalinizm położył i na Sopocie swoją ciężką łapę i na kilka lat bardzo się pogorszyło.

Jak Pan wspomina czasy szkolne, przypadły wszak w bardzo trudnym okresie dla Polski?

- Nie chcę wracać wspomnieniami do okresu dzieciństwa, natomiast pamiętam doskonale, że nauczycieli w szkole średniej miałem bardzo dobrych, przedwojennych belfrów, często repatriowanych ze wschodu. Po maturze zacząłem studiować w Wyższej Szkole Handlu Morskiego, którą założył Eugeniusz Kwiatkowski, ale mnie z niej wyrzucono, bo pewien gnojek powiedział mi: „Wy Bielicki nie będziecie studiować”. Przeniesiono mnie więc do Szczecina, gdzie pięć lat pracowałem w porcie. Byłem bardzo przydatny, bo wyniosłem z domu znajomość pięciu języków, m.in. niemieckiego od Niemki, mojej niani, dawnej właścicielki domu w którym zamieszkaliśmy, francuskiego w Sopocie od madame Markiewicz, Francuzki, żony polskiego oficera, który zginął w 1939 roku. Nawiasem mówiąc, praktycznie nie znała ona polskiego. Angielskiego uczyła mnie żona wybitnego malarza marynisty polskiego, Mokwy, Australijka  która znała tylko angielski. Dzięki tym językom rozmawiałem z zagranicznymi kapitanami pełniąc rolę tłumacza, co dawało mi przepustkę na obce statki. Byli i tacy, którzy chcieli mnie zaadoptować i zabrać ze sobą za granicę, ale nie zdecydowałem się na to przez wzgląd na rodzinę. Z powodu tych kontaktów ze światem, w sensie materialnym, cywilizacyjnie, ubraniem, zachowaniem bardzo wyprzedzałem tamten czas, ale psychicznie byłem raczej bliższy postaci granej przez Zbyszka Cybulskiego. Nosiłem n.p. dobre ubrania, gotowe albo szyte z markowych materiałów, podczas gdy wtedy mowy nie było o tym, by wejść do sklepu i kupić sobie coś sensownego. Nota bene, Wybrzeże, dzięki portom, obecności marynarzy i rybaków krajowych i z całego świata, trochę się różniło od reszty kraju. Tu się inaczej, swobodniej,  dzięki morzu, oddychało.

 

 

Czy zdjęcia kręcono w autentycznych wnętrzach Bim Bomu?

- Nie, w atelier. Nasz autentyczny lokal, nieformalny zresztą, mieścił się przy ulicy Grunwaldzkiej w Gdańsku, tam gdzie mieści się teatr lalkowy, naprzeciwko budynku radia.

 

 

W teatrze Bim-Bom, którego był Pan głównym twórcą, polityka i historia była nieobecna…

 

- Tak, tylko raz daliśmy numer z jakimś wątkiem historycznym. Zanim założyłem ten teatr, zostałem wyrzucony z portu w Szczecinie, zresztą niewinnie, jako ofiara większej afery polsko-szwedzkiej o uszkodzenie statku. Nie pozwolono mi studiować na politechnice, ale wyrażono zgodę na studia artystyczne w Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych w Gdańsku. Była to enklawa niezależnego myślenia twórczego, założona przez ludzi z Krakowa. Moim profesorem był Juliusz Studnicki, wybitny malarz i wybitna indywidualność, który bardzo się nami studentami opiekował i został poniekąd ojcem duchowym Bim-Bomu. Przenieśliśmy tam bowiem klimat plenerów malarskich ze Studnickim. W założeniu Bim-Bomu była wielka zasługa Zbyszka Cybulskiego, który wniósł swoje umiejętności harcersko-organizacyjne. Do teatru przyszedł też Bobek Kobiela. Obaj byli wychowankami krakowskiej szkoły teatralnej i osobiście Lidii Zamkow, która zorganizowała teatr Wybrzeże na świetnym poziomie artystycznym. Przyszło też wiele uzdolnionej artystycznie młodzieży. Teatrzyk rąk, widoczny w  filmie, stworzył mój przyjaciel, student rzeźby Roman Freyer. Kierownictwo artystyczne Bim Bom tworzyli Zbyszek, Bobek, Jurek Afanasjew, Jacek Fedorowicz i ja. Do współpracy zaprosiliśmy też Sławka Mrożka, który zaproszony do leśniczówki na Mazury, napisał nam skecz na podstawie przekazywanego z ust do ust opowiadania. To był jego pierwszy utwór sceniczny, zatytułowany „Ale se zagrał”. Dużą rolę odgrywał też Andrzej Cebulski, bardzo kreatywny działacz kulturalny rady okręgowej ZSP, który miał wiele pomysłów i bardzo pomocne umiejętności organizacyjne.

 

 

Przejdźmy do clou Pana działalności artystycznej, czyli scenografii, w której ma Pan ogromny i bardzo wysoko ceniony dorobek…

- Ponad tysiąc pięćset prac, choć akurat w Bim Bomie nie byłem scenografem tylko autorem i reżyserem. W pewnym momencie zaprosił mnie do współpracy, jako scenografa, ówczesny dyrektor opery i filharmonii w Gdańsku Bohdan Wodiczko. Wcześniej, w założonym przez Zbyszka Cybulskiego w „Żaku” profesjonalnym teatrze zrobiłem scenografię do „Jesiennego wieczoru” Dȕrrenmatta oraz do sztuk Cocteau i Ionesco. Współpracowałem też ze szkołą baletową, a pierwszą moją realizacją w operze  i chyba największym sukcesem artystycznym była scenografia do baletu - „Cudownego mandaryna” Beli Bartoka. To naprawdę była wspaniała realizacja, więc już po podniesieniu kurtyny rozlegał się huragan braw. Druga moja tam realizacja to byli „Harnasie” Karola Szymanowskiego, też przyjęta z wielkim aplauzem. Na Warszawskiej Jesieni zobaczyli te spektakle przybyli z ZSRR Chaczaturian, Szostakowicz i Rostropowicz. Byli tak zachwyceni, że przyszli do mnie po spektaklu z gratulacjami. Do dziś pamiętam wielkie jak pudełka do zapałek  złote spinki do mankietów  Rostropowicza.

 

Czy miał Pan jako scenograf jakąś koncepcję artystyczną?

- Wspomnę tylko, że zająłem się scenografią, choć byłem absolwentem malarstwa. Nie, żadnej stałej koncepcji nie miałem. Po prostu szedłem za klimatem tego, co stworzył autor tekstu. Każdy autor, każda literatura ma swoje klimaty, inne rosyjska, inne francuska, inne niemiecka, inne angielska. Bardzo dbałem, aby aktorzy dobrze się czuli w zaprojektowanym scenicznym wnętrzu. Co do plenerowych scenografii, to lubiłem poznać najpierw niejako  źródło naturalne. Rozmyślając nad scenografią do „Harnasi” pojechałem do Zakopanego i tam po zjechaniu z Kasprowego zobaczyłem zryty przez nasze narty stok jako moją scenografię. Myślę, że byłem scenografem nowoczesnym, nowatorskim i bez fałszywej skromności mogę powiedzieć, że z estetycznego punktu widzenia wyprzedzałem wtedy w scenografii czas.

Kiedy opuścił Pan Gdańsk?

- W 1960 roku przeniosłem się do Warszawy i straciwszy oparcie w Wodiczce, którego wyrzucili z dyrekcji Opery warszawskiej poszedłem do telewizji, do Xymeny Zaniewskiej, która przyjęła mnie z otwartymi ramionami. Pierwsze dekoracje zrobiłem do „Pegaza”, dla Grzegorza Lasoty i po roku stałem się najmodniejszym scenografem telewizji i wszyscy chcieli ze mną pracować. Po jakimś czasie robienia scenografii innym zacząłem robić własne widowiska i stałem się pierwszym scenografem w telewizji. Robiłem największe widowiska w PRL, na XXV-lecie PRL na stadionie we Wrocławiu i na XXXV-lecie na stadionie w Warszawie. 120 tysięcy ludzi i ja sam przed taką publicznością z mikrofonem. To były niesamowite przeżycia.

 

I tak było aż do 1981 roku, kiedy to zakończył Pan wieloletni romans z telewizją…

 

- Z powodu stanu wojennego. Nowe miejsce znalazłem sobie w teatrze dramatycznym w Wałbrzychu, jako dyrektor. Robiłem też wystawy tematyczne n.p. o hetmanach polskich, o Huculszczyźnie, o chłopie w sztuce polskiej. Jako dyrektor teatru wałbrzyskiego zapraszałem też znakomite teatry zagraniczne, z Czech, z Ukrainy, z Rosji, m.in. z Tuły.

 

Bardzo dużo Pan podróżował po całym świecie i spotykał się Pan z wybitnymi artystami. Jakie wrażenie wyniósł Pan z tych spotkań?

 

- Że im wybitniejszy artysta, tym bardziej skromny. Vittorio De Sica, Jacques Tati, Shirley McLaine czy Stanley Kramer, takich poznawałem, głównie w na festiwalach. Gdy Kramerowi powiedziałem co znaczy jego nazwisko w kinematografii światowej, to myślałem, że on zapadnie się pod ziemię.

 

Która z podróży najbardziej utkwiła Panu w pamięci?

- Byłem na wszystkich kontynentach, a podróżowałem przez dziesięciolecia, ale najbardziej utkwiła mi w pamięci pierwsza wielka podróż młodzieńcza, tym bardziej, że podjęta w czasach, w których podróżowanie z Polski za granicę było rzadkim luksusem. Otóż po sukcesie Bim Bomu, w 1957 roku zawalczyłem u ministra kultury Włodzimierza Sokorskiego o paszporty dla siebie i grupki przyjaciół, Witka Leszczyńskiego, później reżysera głośnego „Żywotu Mateusza”, pisarza Jurka Afanasjewa, Jacka Fedorowicza i mojej świeżo upieczonej żony, młodej lekarki. Udało mi się uzyskać nowiutką renówkę przydzieloną wcześniej PAX-owi przez premiera Cyrankiewicza. PAX-owcy musieli zadowolić się limuzyną „Warszawa”. Zdobyłem też wizy. Miałem niebywale dużo szczęścia i udało nam się zrobić w piątkę półroczną podróż po całej Europie, z wyjątkiem Hiszpanii i Portugalii oraz Skandynawii. Na karoserii wozu mieliśmy napis „100 dni dokoła Europy” i gdy zajeżdżaliśmy do zachodnich miasteczek, budziliśmy ogromne zainteresowanie. Firma „Renault” zrobiła mi nawet, dzięki współudziałowi ambasadora Polski we Francji, pana Gajewskiego, przegląd i remont pojazdu za darmo, w zamian za promocję marki, a także zorganizowała nam zwiedzanie fabryki.

 

Z tymi sukcesami artystycznymi i licznymi podróżami po całym świecie był Pan prawdziwym dzieckiem szczęściami, kimś takim jak „Lucky Man” ze znanego przed laty szlagieru.

 

- Nie da się zaprzeczyć.

 

Dziękuję za rozmowę.

Pin It