Krzysztof Lubczyński rozmawia z pisarzem BRONISŁAWEM WILDSTEINEM


autor: Ryszard Waniek
autor: Ryszard Waniek
Pana debiutem była powieść „Jak woda” wydana w 1989 roku, której bohaterem jest artysta, który na chwile wychynął z ZSRR w czasie pieriestrojki i dokonuje rozrachunku ze swoją autobiografią. Krytycy podkreślili, że sam tytuł jest metaforą sytuacji pisarza, która staje wobec rzeczywistości tak skomplikowanej, tak trudno uchwytnej jak woda. Jak ta „woda”, jeden z żywiołów egzystencji, przeradza się w prozę?


- Myślę, że żywioł literatury jest stosunkowo najlepiej przystosowany do tego, żeby za jego pomocą spróbować oddać złożoność naszego świata. Wiadomo, że każda ludzka próba uchwycenia i ukazania rzeczywistości jest redukcyjna. Polega na nadawaniu jej kształtu, czyli na wyłączaniu pewnych elementów z ciągu wydarzeń składających się na naszą egzystencję i świat w jakim jesteśmy zanurzeni. Literatura używając tylko sobie dostępnych środków może wskazywać, sugerować wieloznaczność i komplikację rzeczywistości, próbować ją nazwać, sięgając nawet do granic języka. Bardziej oczywiste jest to w poezji, ale proza ma także specyficzne środki do pokazania złożoności i tajemnicy życia. Literatura jest formą językowej twórczości, która się do tego najlepiej nadaje. Wspomniał pan datę debiutu, 1989. Z pisaniem jednak mierzyłem się długo, niemal od dzieciństwa, choć pierwszą powieść napisałem mając 37 lat. Późno jak na standardy debiutu.


Co było, w Pana przypadku, wyzwalaczem, imperatywem, który spowodował, że uznał Pan, iż masę krytyczną doświadczeń i przemyśleń może Pan już przełożyć na literaturę?


- Sądzę, że jeśli ktoś naprawdę czuje tę iskrę bożą, , konieczność pisania – przy czym nie mam na myśli częstej potrzeby tworzenia poezji u młodych ludzi – wewnętrzną presję, potrzebę nazywania świata i to nie tylko na własny użytek lecz dla komunikowania się z innymi oraz ma talent, ten wcześniej czy później zacznie pisać. Ja długo nie publikowałem swoich prób pisarskich, chociaż pokazywałem je wielu ludziom i znajdowałem, czasami nawet entuzjastyczne, uznanie. W Polsce pod cenzurą z założenia nie chciałem drukować, no i żyłem w młynie działalności opozycyjnej. Miałem zresztą poczucie, że to co piszę, to ciągle nie do końca to, o co mi chodzi. Przed wyjazdem za granicę, gdzie zostałem niespodziewanie dla siebie, sporo napisałem, ale ludzie którzy zamieszkali w moim użyczonym mieszkaniu, powyrzucali moje rękopisy. Usiłowałem ściągnąć je do Francji, nie udało się, a kiedy wróciłem do Polski zobaczyłem, że ich już nie ma.


Nie próbował Pan odtworzyć tej straty? Zrekonstruować? Czy choćby uratować pewne wątki?


- Odtworzyć było nie sposób, choć treści pamiętałem. Co nie znaczy, że pewne wątki z tamtych tekstów nie wędrują u mnie, czasami może nawet podświadomie. Myślę, że sporo z nich, a także scen czy obrazów jest w „Bracie”, ale najwięcej w „Mistrzu”. Sądzę, że to uniwersalny mechanizm psychiczny pisarza: jeśli czegoś się nie napisze we właściwym czasie to potem nie sposób tego odtworzyć jako żywej literatury. Jeśli nawet po czasie próbuję do tego wrócić, nie wychodzi mi - jest obce, sztuczne. Utrata tych rękopisów była więc dla mnie ciosem, który bardzo opóźnił mój debiut. Przywołana przez pana na początku powieść „Jak woda”, to opowieść na motywach losu gruzińsko-ormiańskiego reżysera Siergieja Paradżanowa, którego po latach, jako starego człowieka, wypuścili z ZSRR na Zachód. Obejrzałem w jakiejś gazecie reportaż z jego pobytu w Holandii, gdzie po pchlim targu idzie obładowany kupionymi tam przedmiotami, potrzebnymi mu do jakiejś instalacji, gdyż był także plastykiem, pełen radości, że zdobył takie piękne rzeczy. I wtedy wiedziałem, że o nim napiszę. Napisałem tę powieść względnie szybko i to mnie odblokowało wewnętrznie, dodało pewności.


Skoro tak szybko to, co Pan kiedyś planował napisać, a nie napisał Pan, staje się Panu obce, to może mitem jest przekonanie, że twórczość pisarza jest całością duchową, pewnego rodzaju jednią, tortem ze zgodnie ułożonych warstw. Może przeciwnie, stanowi kłębowisko sprzecznych segmentów i odrębnych światów?


- Nie, nie zgadzam się z takim ujęciem i jeśli tak to pan zrozumiał, to znaczy, że nie dość jasno się wyraziłem. Powiedziałem tylko tyle, że jeśli czegoś nie napisze się we właściwym czasie to później jest to już niemożliwe. Kwestia tożsamości człowieka jest zagadką. Czy ja mam coś wspólnego ze sobą jako dziesięcioletnim, zagubionym dzieckiem czy dwudziestoletnim, buńczucznym młokosem? Przecież jesteśmy zupełnie różnymi osobami. A to nadal jestem ja. Poczucie tożsamości jest więc tajemnicą. Myślę, że w literaturze jest podobnie. Mimo, że są przeskoki, zerwania, to jednak można śledzić nici łączące. Choć jeśli człowiek nie przeżyje czegoś w wieku 15 lat w sposób adekwatny do tego wieku, to już tego nie przeżyje w wieku lat 25. Zacytuję moją bohaterkę z „Czasu niedokonanego”, Zuzannę Brok, którą syn chce zabrać do Florencji w podróż, o której marzyła całe życie, a ona odmawia: „Nie pojadę tam. Naoglądałam się już Florencji w wyobraźni. Wszystko musi odbywać się w swoim czasie. To czego nie zrobiło się kiedy trzeba, jest nie do odrobienia. Śmieszą mnie ci, którzy ganiają swoje niedoszłe spełnienia”. Ja uważam dokładnie tak samo. Z czasem traci się odpowiednią po temu wrażliwość, coś się w człowieku przesuwa, coś innego zaczyna być ważne, inaczej zaczynamy podchodzić do rzeczywistości, a pisanie jest czynnością intymną i zmienia się tak, jak uczucia, które nie są tymi samymi uczuciami. Mogą trwać, ale przeradzają się w coś innego. Nie ma związków, które cały czas płonęły by równie intensywną namiętnością, a pisanie ma w sobie coś erotycznego, bo wyzwala w człowieku namiętność, przemożną potrzebę ekspresji, samowyrażenia się.


W Pana prozie, zwłaszcza dawniejszej, występuje niejednokrotnie strumień świadomości, a ten ma to do siebie, że jest lawiną sprzecznych często doznań. Przypomina mi się to, co Kazimierz Wyka napisał o „Sprzysiężeniu” Stefana Kisielewskiego, że jest to zapis „jałowej udręki inteligenta”, „powieść antynomii”, zwierciadło sprzeczności, gdzie w umyśle narratora każda teza ma swoją antytezę, każdej wartości od razu odpowiada antywartość i tak dalej. Pan się odcina od jednoznacznej autobiograficzności swojej prozy, ale przecież w tym musi być bardzo wiele z Pana…


- Nigdy się nie odżegnywałem od tego, że w mojej prozie jest kawał moich trzewi. To kawałek bardzo intymnej biografii. Z naciskiem na intymnej, gdyż moi bohaterowie nie są mną wprost. W małym stopniu wykorzystuję swoją biografię. To raczej odwrotnie, moja literatura ją w dużym stopniu wyznacza. Przecież jeśli coś piszę, to znaczy, że to mnie trapi, jest dla mnie w danym momencie najbardziej znaczące. Nawet w „Jak woda”, która faktograficznie jest daleko ode mnie, jednak koresponduje z moim doświadczeniem. Jej bohater jest uwięziony przez świat na paru poziomach. To więzień obozów sowieckich, żyjący w rzeczywistości, która jest więzieniem, człowiek, któremu jedynie wyobraźnia pozwala przekraczać zamknięcie. W jakimś sensie odnosi się to do naszych doświadczeń, bo wszyscy borykaliśmy się z tym upiornym systemem. My na szczęście mniej niż tam. Równocześnie jednak los tego kaukaskiego artysty jest figurą ludzkiej kondycji, wpisaną w ciąg konieczności, z którymi wszyscy musimy się mierzyć. Jednak, proszę zauważyć, że ostatnio zmieniam formę. Bardziej niż kiedyś dystansuję się od siebie, co nie znaczy, że zbliżam się do publicystyki. W najnowszej mojej prozie tych autowiwisekcji jest znacznie mniej. W pewnym sensie zastępują je sny bohaterów, które mają wieloraki charakter.


„Brat”, którego dawno czytałem, też wydaje mi się jako ujęty w formę strumienia świadomości. Czy to odczucie zgodne z Pana intencją?


- Nie, to zdecydowanie nie jest strumień świadomości. To zapis konkretnych doświadczeń osadzonych w historycznym czasie wyznaczanym politycznymi wydarzeniami. Głównym tematem jest klęska lepszego, szlachetniejszego w starciu z gorszym. To opowieść o dezintegracji osoby, bohaterki Barbary, niszczonej przez swojego brata-artystę, który nie potrafi sprostać rzeczywistości, przegrywa i pociąga ją za sobą na dno, a ona nie potrafi się temu oprzeć. Te wydarzenia widzimy z perspektywy bohaterki, która bardzo intensywnie przeżywa świat, a więc wydarzenia pokazywane są jako jej doświadczenia przepuszczone przez filtr jej wrażliwości. Ale to nie strumień świadomości w żadnym wypadku. Oczywiście może mi pan zarzucić, że mój projekt wyszedł inaczej. Mało ważne jest, co autor miał na myśli, ważne to, co powiedział.


Czyli wkraczamy w sferę psychologii, od której też się Pan odżegnuje?


- Odżegnuję się, bo do psychologii przywiązuje się – mało powiedziane – nadmierną, raczej absurdalną wagę.


Nie uważam Pana za pisarza psychologicznego sensie gatunkowym, ale w Pana prozie współczynnik życia we własnym mózgu jest bardzo duży…


- Jak najbardziej, ale to nie zmienia mojej zasadniczej oceny. Tak, chcę zaglądać w dusze ludzkie, bo po to pisze się literaturę. Mimo to nie lubię literatury wyznań, choć są mistrzowie tego gatunku. Na ogół jednak dominują rzeczy epigońskie, grepsy które redukują literaturę do marudzenia i pojękiwania. Chcę wyjść ze swojego mózgu i zajrzeć do cudzego, do wielu cudzych mózgów. Gdy mówię, że przywiązujemy nadmierną wagę do psychologii, to dlatego, że współczesne stereotypy powodują traktowanie człowieka jako monady, samoistnej jednostki, gdy istnieje on wyłącznie w zbiorowości, w kulturze,. Człowiek ulega ciągłym zmianom, bo jest kształtowany przez warunki i innych ludzi, choć oczywiście zachowuje tajemnicę tożsamości. Kształtują go inni, formuje go otaczająca go rzeczywistość, wpływają nań głębokie nurty zbiorowych losów, których nie jest w stanie do końca rozpoznać. Jednak ta tajemnica znajduje się na zewnątrz ludzkiego mózgu i stamtąd nań wpływa. Gdybyśmy rozkroili ludzi, to zobaczylibyśmy dziwnie podobne do siebie organy. Człowieka poznaje się nie po wewnętrznej budowie, lecz po zewnętrzności, twarzy, zachowaniu, ubiorze. Nie należy nadmiernie egzaltować się psychologicznymi odmiennościami gdyż są one w dużej mierze pozorne. Dlatego zresztą coraz bardziej wychodzę z mózgów swoich bohaterów, aby odsłaniać kształtujący ich świat. To jest między innymi przyczyna, dla której zmieniam formę mojego pisania. Jeśli porówna się „Jak woda” czy „Brata” z „Doliną nicości” czy „Ukrytym”, to widać duża różnicę…


Cezura jest bardzo wyraźna…


- … i zaczyna się od drugiego zbioru opowiadań, czyli od „Przyszłości z ograniczoną odpowiedzialnością”.


Krytyk Stanisław Balbus tak napisał o „Jak woda”: „Tytułowa woda nie pozwalająca na stabilne, jednoznaczne odbicie świata przenika tu symbolicznie…”. I dalej: „Sama forma opowieści staje się jej najgłębszym sensem”. Czy to jest sprzeczne z psychologią? Czy niemożność uchwycenia świat nie jest doznaniem psychologicznym?


- To jest antypsychologia. Jeśli świat staje się w jakimś sensie jednością, jeśli jest systemem korespondencji, to nie jest ważne grzebanie w pojedynczym człowieku, a raczej jest o tyle ważne o ile potrafimy rozpoznać w nim doświadczenie pokoleń i krzyżujące się refleksy tej całości, której stanowi on część, ale która go nieskończenie przerasta. On jest szczególny, unikalny, ale jest takim dlatego, że odbija w sobie świat i ja go widzę w tych przenikających się relacjach.


Czy dąży Pan jako pisarz do tego, aby sobie, a pośrednio czytelnikowi objaśnić świat w maksymalnie możliwym stopniu czy decyduje się Pan na zachowanie pewnej tajemnicy, na zatrzymanie się, przynajmniej w jakimś stopniu, przed tajemnicą? I jak opisać „codzienną psychomagmę”, że użyję określenia Leopolda Tyrmanda?


- Bez tajemnicy nie ma prawdziwej sztuki i nie ma prawdziwego myślenia o świecie. Człowiek racjonalny szybko musi zobaczyć granice swojej racjonalności. Jednak tajemnica nie siedzi w mojej głowie. Ona wdziera się tam z zewnątrz. Jest dokoła i to mnie bardziej fascynuje. Odnoszę to do literatury jako zjawiska. Jeśli jednak będę mówił o konkretnych osobach, to jest już trochę inaczej. Tu przejdę do moich postaci. Wbrew różnych opiniom uważam, że one nie są czarno-białe. Są złożone. Uproszczeniem czy karykaturą posługuję się na dalszym planie.


No właśnie, zbliżył się Pan tym samym do innej istotnej kwestii – ironii. Osobiście odbieram „Dolinę nicości” i „Ukrytego” jako powieści o dużym współczynniku ironii….


- Ja często posługuję się ironią.


Tak, tyle że ta część publiczności, która identyfikuje się z Panem na płaszczyźnie ideowo-politycznej wydaje się oczekiwać jednoznaczności, a jeśli już ironii, to tylko w jednym kierunku skierowanej, a ją dostrzegam ją u Pana w szerszym spektrum, skierowaną w obie strony politycznej walki…


- To jest złożona rzecz. Ja się z tymi ludźmi do pewnego stopnia zgadzam. Jesteśmy po jednej stronie dlatego, że w podstawowych sprawach, w wyborach aksjologicznych, jestem po ich stronie. Zadaję sobie jednak sprawę, jak schematyczne jest takie ujęcie. W polityce oczywiście jest to naturalne, potrzebne, bo w polityce wszystko się ostatecznie sprowadza do decyzji, do prostego wyboru: tak-nie. I choć w wymiarze osobistym także stajemy często przed koniecznością takich decyzji i wiemy jak trzeba postąpić, to przecież rzeczywistość się w tym nie wyczerpuje. Jestem przeciwnikiem relatywizmu i wizja świata, najbardziej nawet złożona, nigdy mnie nie może do niego prowadzić. Tylko słabe rozumki, nie mogąc zmierzyć się ze złożonością świata, mówią: wszystko jest względne. I w ten sposób popadają w straszny banał, bo nie ma nic bardziej trywialnego niż relatywizm. Gdy jego rzecznicy trafiają na poglądy przeciwstawne, bronią się mówiąc: jakie to prostackie, nie mając pojęcia jak trywialnym schematom sami ulegają. Fakt, że neguję relatywizm jako koncepcję wyjaśniającą rzeczywistość, jako odpowiedź na złożoność świata, wcale nie oznacza, że uznaję jego prostotę.


Czyli odmawia Pan relatywizmu moralnego?


- Nie tylko. Każdego. Podstawową kwestią jest to, czy jesteśmy realistami, także w sensie filozoficznym, czy przyznajemy istnienie światu, czy nie. Przeciwieństwem tej postawy jest jeden z groteskowych banałów, który głosi, że każdy ma swoją prawdę, co jest oksymoronem, bo prawda musi odnosić się do rzeczywistości. Wystarczy prześledzić wszystkie definicje prawdy od Arystotelesa, po Heideggera. Ta powtarzana formułka o swojej prawdzie myli ją po prostu z opinią. Wszystko to nie oznacza, że dochodzenie do prawdy jest proste, ani, że w ogóle, wszystkie jej wymiary są dla nas dostępne.


A jeżeli dla kogoś rzeczywistością jest jedynie mózg?


- To jest solipsystą. „Jestem solipsystką. Mam problemy, bo nie mogę znaleźć podobnie myślących” (śmiech).


Przywołam raz jeszcze cytowany szkic Balbusa na temat „Jak woda”. Napisał on, że „Wildstein nie zrezygnował do końca z realizmu, ale też wie doskonale, jak łatwo było taki zwierciadlany realizm przekształcić w potworność, która przybrała miano socrealizmu”.


- Tak naprawdę, socrealizm odrzucał realizm poznawczy. Wyrastał z wiary, że jesteśmy w stanie stworzyć świat na nowo, był sługą ideologii. Tymczasem realizm mocno zakorzeniony, ontologiczny oznacza, że jest świat niezależny od nas i że my sami jesteśmy w dużej mierze niezależni od nas samych, że jest natura, która wyznacza nam formy i która powoduje, że jesteśmy ograniczeni poznawczo. I że nie jesteśmy w stanie zrozumieć do końca rzeczywistości, która jest pełna aporii, czyli nierozwiązywalnych dla nas sprzeczności. Kiedyś tę złożoność świata chciałem inaczej ujmować. Miałem na przykład zawsze świadomość, równie głęboką kiedyś jak obecnie, że obcujemy z historią realnie, a nie tylko symbolicznie. I że przeszłość dosłownie żyje w naszym świecie. Dlatego zawsze wracam do maksymy Williama Faulknera, który mówił, że przeszłość nie tylko nie umarła, ale nawet nie jest przeszłością. Ale jak to opisać? W swoich pierwszych powieściach pokazywałem, jak historia ostentacyjnie wdziera się w naszą teraźniejszość. Żyjemy w wielości, jesteśmy ukształtowani przez kulturę, odzywają się w nas głosy minionych pokoleń. Np. w „Bracie” czy „Mistrzu” próbowałem to oddać wręcz dosłownie, rozsadzając niekiedy nawet strukturę zadania, ale także w samej fabule pokazując umowność naszego prostego pojmowania rzeczywistości. Usiłowałem odsłonić zjawiska, które nie mieszczą się w konwencji realizmu. Teraz staram się to robić nieco inaczej, raczej przez sugestię, wskazanie. Bardziej trzymam się realistycznej formy. W gruncie rzeczy jednak w tym podejściu do frapujących mnie zagadnień tak bardzo się nie zmieniłem. Może tylko kiedyś kładłem większy nacisk na wielość rzeczywistości i na naszą poznawczą ułomność, która powoduje, że bardziej wyczuwamy świat, łatwiej oddajemy go w symbolach i obrazach niż w dyskursywnym języku.


Wydał Pan dwa zbiory opowiadań, w połowie lat 90-tych „O zdradzie i śmierci (przypisy do Plutarcha”” oraz – prawie dekadę później – „Przyszłość z ograniczoną odpowiedzialnością”. Zastanawiam się, czym jest w przestrzeni Pana pisarstwa ten pierwszy, przeczytany przeze mnie z wieloletnim opóźnieniem, zresztą z autentyczną satysfakcją czytelniczą. Kunsztowną, wyrafinowaną zabawą światem antycznego imaginarium, antycznych motywów zaczerpniętych z wielkiego antycznego autora, artystyczno-intelektualnym aktem indywidualnego wpisania się w świat kultury antycznej, czyli nasze łacińsko-greckie korzenie, czy opowieścią o odwiecznym okrucieństwie polityki? A może czymś innym jeszcze?


- Jest po części tym wszystkim. Jak już mówiłem historia fascynowała mnie zawsze. A ten okres jest szczególny. To czas kiedy kończy się klasyczna Grecja i zaczyna dziwny, synkretyczny hellenizm, w jakims mierze okres podobny do naszego. Następuje rodzaj globalizacji, kończy się demokracja, obumierają stare koncepcje filozoficzne i rodzą nowe. Dodatkowo historia diadochów, następców Aleksandra Macedońskiego, którzy po jego śmierci stają do walki o świat, jest studium hybris, pychy, zjawiska fundamentalnego dla opowieści o człowieku. Tak więc również w tym wypadku to, co uniwersalne objawia się w bardzo konkretnym, niezwykle wyrazistym kształcie. Poza tym jakie to niesamowite historie! Sojusznicy stojący nad zwłokami dawnego przyjaciela, ich konkurenta o władzę, patrzą na siebie wiedząc, że nadszedł moment walki między nimi. Zresztą wszyscy, którzy stanęli do walki o świat – zginęli. Rzeczywistość wymknęła się im z rąk.


Chciałem teraz zatrzymać się przy Pana najnowszej powieści, „Ukrytym”. Zauważyłem, że recenzja Antoniego Libery
w „Uważam rze” akcentuje dominująco stronę publicystyczną, ideową „Ukrytego”. Libera dość jednoznacznie wpisał swoją recenzję w polityczny kontekst w którym jest Pana proza oraz Pan jako pisarz i osoba publiczna. Wyraźnie też czuło się to w nastroju publiczności zgromadzonej na warszawskiej promocji (podejrzewam, że na innych promocjach było podobnie). Tymczasem mnie frapuje ów kontrast między tym Pana wizerunkiem publicznym a skomplikowaną, wielostronną, migotliwą, ironiczną fakturą Pana prozy…


- Zgadzam się z niektórymi pana konstatacjami odnośnie recenzji Libery. Pominął on na przykład w ogóle wymiar religijny, który jest w tej powieści dla mnie czymś zasadniczym. To jedna z fundamentalnych rzeczy – spotkanie z ukrytym Bogiem i ukrytym demonem. Oczywiście, moja powieść jest także wyrazem obrzydzenia światem, który nas otacza. Nie znaczy to wszakże, że pokazuję go prosto, choć istnieje wymiar prostacki tego świata, który reprezentują rządzący sportretowani w powieści. Po „Dolinie nicości” zarzucano mi, że nieomal współczuję negatywnemu bohaterowi, Returnowi. Pewnie, że trochę współczuję z moimi bohaterami, bo inaczej nie mógłbym o nich pisać, chyba że byliby karykaturami. Bogatyrowicz też jest postacią, której współczuję. Niby wszystko ma, a żyje w świecie pustym i sam jest pusty. Im bardziej ten świat jest dla niego jałowy i widmowy, tym bardziej chce on wypełnić tę próżnię, rządzić, a więc również upokarzać, pragnie siłą podporządkować sobie rzeczywistość. Można powiedzieć z kolei, że Struna jest wykolejeńcem, człowiekiem złamanym, a okazuje się, że coś komuś zostawił, przekazał. Ktoś dzięki niemu istnieje i może funkcjonować dalej - jak ów działacz „Solidarności” z Przemyśla.


W „Ukrytym” tego współodczuwania w stosunku np. do Przybysza czy Starowina jest mniej…


- Przybysz jest drugorzędną postacią, to polityk-technokrata władzy i ja nad nim się nie pochylam. Co do Starowina, jeśli ma pan na myśli młodego, to radykalnie się nie zgodzę z pana oceną. Przecież młody Starowin, choć sam jest prowokatorem antychrześcijańskim, kpi również ze swojego otoczenia, które też chce sprowokować, choćby w scenie artystycznego aktu pseudostypy z głosem Rafała Maja. Starowin atakuje ten świat gdyż widzi, że nie może w nim tworzyć, a choć grzeszny, jest prawdziwym artystą. Narasta w nim pogarda do tego co go otacza, mówi: „W tym świecie nie ma wzniosłości”. On również nie jest jednoznaczny. Dodam jednak, że złożoność świata nie musi oznaczać złożoności wszystkich postaci. Ludzie często bywają prości i prostaccy. Oczywiście, można drążyć, co w nich drzemie, a czego są nieświadomi. Nie jest to jednak konieczne, gdyż można skupiać się na czymś innym. W tytułowym opowiadaniu „Przyszłości z ograniczoną odpowiedzialnością”, czyli „Przyszłości z o.o.” mojego bohatera otaczają macherzy ze służb, jakiś dawny ubek, ludzie wcale nie skomplikowani, którzy jednakże nauczyli się sprawnie działać w ramach swoich funkcji. Jednakże mój bohater Benedykt Witkowski, który grzęźnie w świecie korupcji, jest o wiele bardziej skomplikowany, ulega niejako wbrew sobie, choć chce być przyzwoitym człowiekiem.


Czy sądzi Pan, że czytająca publiczność potrafi odbierać fakturę Pana prozy w całym jej skomplikowaniu, a nie jedynie szukać w niej publicystyki ku pokrzepieniu serc?


- Mnie ciągle zarzucają, że nie piszę „ku pokrzepieniu serc”, że piszę pesymistycznie, tymczasem w tym przypadku kategorie pesymizm-optymizm w ogóle mnie nie interesują. Mam dystans do natury człowieka, wiem jaka jest ułomna. Zdaję sobie sprawę także z nieuniknionego, tragicznego wymiaru kondycji ludzkiej. A czy mam świadomość tego, o co pan pyta? Mam tę świadomość, ale tak przecież w ogóle jest z literaturą. Mało kto potrafi odebrać ją w całej jej komplikacji. Porównam się z najlepszymi i powiem, że Szekspir był dla wszystkich, dla szerokiej publiczności i wszystkim się podobał, od uczonych po prostą gawiedź. Czy wszyscy potrafili zrozumieć złożoności „Burzy”, czy naprawdę tropili głębokie sensy „Hamleta” czy „Makbeta”? Na pewno nie. Czy w związku z tym nie było sensu dla nich pisać? Przecież coś w nich pewnie zostawało, a obcowanie ze sztuką może uszlachetniać, co oczywiście nie znaczy, że przerabia w anioły. Ludzie często nie umieją zwerbalizować swojego doświadczenia odbiorczego. Inna sprawa, że ono jest werbalizowalne w pewnym tylko stopniu. To nie jest wielki problem. Sztuka przede wszystkim powinna wywoływać wzruszenie. Dopiero po czasie część z nas próbuje racjonalizować swoje uczucia. Zimna sztuka zawsze wydaje mi się podejrzana. Odbiór literatury, sztuki jak wszystko na świecie jest stopniowalny. Jeśli jednak ludzie nie uświadamiają sobie głębszych sensów tekstu, z którym obcują, to nie znaczy, że nie wywołuje on u nich wrażenia, które może pozostawić trwałe ślady. Wielu ludzi czyta Eliota, ale ilu ludzi rozumie choćby wszystkie jego odniesienia? Kto wie do czego odwołują się pierwsze strofy jego „Ziemi jałowej”. Dość długo zastanawiałem się nad nimi, aż pojąłem, że to odwrócona aluzja do „Opowieści kanterberyjskich” Chaucera. Czy znaczy to, że ktoś kto tego nie wie powinien zrezygnować z czytania „Ziemi jałowej”? Im więcej ludzi czyta dobrą literaturę, tym lepiej. Moje pierwsze utwory z założenia były elitarne, ale z czasem nie tylko próżność, od której jak nikt nie jestem wolny, chociaż usiłuję trzymać ją na wodzy, sprawiła, że zapragnąłem być czytany przez szerszą publiczność. Wiązało się to z głębszą zmianą mojej postawy. I mam nadzieję, że z lektury moich tekstów również w tej szerszej publiczności coś zostaje.


Przywoływany wcześniej Antoni Libera wpisał „Ukrytego” w gatunek powieści politycznej. Kiedyś zapytałem jednego z pisarzy parających się tym gatunkiem, czy ma sens pisanie takich powieści w epoce wszechobecności polityki w mediach i jej jawności. Odpowiedział, że ta jawność jest pozorna. To, co widzimy jest tylko teatrem, a prawdziwa polityka rozgrywa się niejawnie i tym powinna zajmować się powieść polityczna…


- Dokładnie tak samo uważam. Nadal mamy do czynienia z pianą polityczną, grą pozorów, manipulacją. To co pokazuje choćby TVN, to nie jest polityka, lecz polityczna piana. Literatura musi zejść głębiej, tak głęboko jak tylko może, pokazywać ukryte mechanizmy, uruchamiające politykę i grę o władzę, która wprawia w ruch świat. Przy czym oficjalnie polityka jest coraz bardziej deprecjonowana, choć na pozór jest jej coraz więcej. Gdy główny polityk kraju, który nie robi nic innego, niż tylko politykę, mówi: „Nie róbmy polityki, budujmy stadiony”, to jest to przykład świadomego dezawuowania polityki. Chodzi o to, żeby ludzie uznali ją za coś nieważnego dla siebie i zostawili ją specom od niej, technokratom, technikom władzy czyli, aby nie przeszkadzali im w rządzeniu. Jest to wzywanie do wyzbywania się wolności, jako że uczestnictwo w polityce jest jednym z wymiarów wolności klasycznej, czyli tej „do” tworzenia wspólnoty. Tymczasem wmawia się nam, że to nieważne i apeluje abyśmy skupili się na naszej niby-wolności, polegającej na uwalnianiu naszych popędów. I ludzie w to idą, nie będąc świadomi, co tracą. To są fascynujące zjawiska do pokazania w powieści politycznej, czy w literaturze w ogóle. Wracam do mojego antypsychologizmu. Uważam, że można więcej pokazać przez mechanizmy dziejące się we wspólnocie, poprzez zewnętrzne uwarunkowania niż przez introspekcję psychologiczną. Moim zdaniem psychologia niewiele może powiedzieć o człowieku i wikła się w sprzecznościach.


Mówi Pan, że są powody, które każą sądzić sztukę z zewnątrz. Że można ją sądzić nie tylko z estetycznego, artystowskiego, ale także moralnego punktu widzenia. O artyście, postaci inspirowanej przez Jerzego Grotowskiego opowiada „Mistrz”. Skąd u Pana fascynacja tym poniekąd lewicowym guru?


- W tym przypadku kategorie lewicowy-prawicowy nie mają znaczenia. Powody były osobiste. Na początku lat siedemdziesiątych widziałem jego „Apocalipsis cum figuris” i wraz z grupą kolegów, w tym Staszkiem Pyjasem i Maleszką, a także obecną moją żoną, ulegliśmy fascynacji tym zjawiskiem. Główni aktorzy Grotowskiego, Ryszard Cieślak i Antek Jahołkowski w moim mieszkaniu, w Krakowie, organizowali nabór do swojego pierwszego parateatralnego przedsięwzięcia. A potem było tak dziwnie, że ciągle na tropy tego teatru wpadałem. Ryśka Cieślaka spotkałem w Paryżu, gdy grał w „Mahabharacie”. To było fascynujące. Grotowski tworzył świat niby poza polityką, a tak bardzo wpisany w politykę i historię PRL. I pomylił się - jego teatr się rozsypał, jego wyznawcy poszli w różne strony, a on został z pustymi rękami. Ta postać i to zjawisko mnie fascynuje i będzie fascynowało, bo jest doskonałą ilustracją mojej fundamentalnej polemiki antropologicznej, z utopijnym myśleniem lewicowym, według którego człowiek może sam stworzyć raj na ziemi. Widzę w tym gnostycką pokusę samozbawienia człowieka, co jest jednym z głównych źródeł zła na świecie. Zresztą pycha jest grzechem pierworodnym we wszystkich kulturach, co widać w jej odmiennych mitach: człowiek upada wtedy, gdy chce być „jak bogowie”, gdy pycha każe mu lekceważyć naturę, lekceważyć to, co jest, za wszelką cenę przekraczać wszelkie granice. W przypadku „Mistrza” mamy do czynienia z takim fenomenem. Aktorzy, których on opuścił, kolejno umierali, rozpadali się psychicznie, może dlatego, że wcześniej ich od siebie uzależnił. Dziwne były z nim historie. Kiedy Grotowski poprosił o azyl Ameryce i ogłosił, że kończy teatr, to Zbigniew Cynkutis, który jako jedyny się temu nie podporządkował i usiłował odbudować „Laboratorium”, zginął w wypadku samochodowym. Można powiedzieć – zbieg okoliczności, ale kiedy następuje seria zaskakujących zbiegów okoliczności trudno się oprzeć wrażeniu, że mamy do czynienia z jakimiś dziwnymi zjawiskami, których nie jesteśmy w stanie nazwać i zobaczyć.


Klątwa?


- Nie chcę tak prostacko tego tłumaczyć, ale czasami myślę sobie, że może to tylko nazwa czegoś czego nie potrafimy zrozumieć? Po prostu nie rozumiem wszystkich tych mechanizmów. Historia „Mistrza” jest fascynująca, wieloznaczna i pokazująca przeżycia ludzkie w zderzeniu z wielką, demiurgiczną osobowością. Tytułowego bohatera zresztą w powieści właściwie nie ma, jest widziany oczyma swoich wyznawców i krytyków, w ich wyobraźni. Mam wrażenie, że trudno o lepszy temat dla literatury.


W Pana trzech ostatnich powieściach jest motyw pięknej idei, nazwijmy ją po imieniu, „idei „Solidarności”, która została splugawiona i zdradzona. Jest w nich też, implicite, coś w rodzaju wiary w rekonstrukcję tej idei, w przywrócenie jej choć częściowo do życia…


- Wierzę, że można przywrócić jej należne miejsce w historii, można przywrócić jej rangę jednego z najbardziej znaczących wydarzeń nie tylko w skali naszego kraju. Najwięcej o „Solidarności” jest w „Czasie niedokonanym”, bo to miała być książka o tym właśnie fenomenie. W tej powieście starałem się stworzyć wielostronny, syntetyczny jego obraz. Jest w niej taki wątek, że choćby nie wiem co się złego działo, to coś z tamtej idei zostało. Ludzie spotykając się, rozpoznają w sobie jej ślady, poznają w sobie blask tamtego czasu. Nie jest jednak możliwe go po prostu, odtworzyć. Widzę tu dwa porządki. Jeden to porządek intelektualny – wiemy, że wspólnoty solidarnościowej nie dało by się utrzymać. Jaki to jednak ma wpływ na nasze przeżycie rzeczywistości? Przecież wiemy, że jesteśmy śmiertelni, ułomni, źli, skazani na ból. Czy to znaczy, że mamy nie przeżywać tego zła, cierpienia, naszej tragiczności? Ja je przeżyłem i pragnę opisać. To oczywiste, że „Solidarność” nie mogła przetrwać, ale coś z niej powinno pozostać, jakiś punkt odniesienia, pamięć doświadczenia fundującego naszą teraźniejszość. Było ono niezwykłe, unikalne. Obcokrajowcy, w tym moi znajomi, przyjeżdżali z Zachodu dotknąć go, przyjrzeć mu się z bliska, zachłysnąć się nim. Byli pod wrażeniem czegoś niesamowitego. My w kraju powinniśmy to zachować w pamięci. Pamiętam, jak zwykli ludzie, często mało interesujący, potrafili wznieść się na poziom, o który bym ich nigdy wcześniej nie posądzał. Wszyscy byliśmy lepsi. To dobro narodowe, które powinniśmy zachować i przemyśleć. To było doświadczenie pozytywnej strony człowieka, która realizuje się we wspólnocie. To mój kolejny krytyczny kamyk do ogródka psychologii.


Wracam do wątku współodczuwania Pana z postaciami prozy. Bezwzględne współczucie w „Ukrytym” ma Pan jedynie dla zbiorowości ludzi spod krzyża na Krakowskim Przedmieściu. Jednocześnie, nie wyodrębnił Pan z nich ani jednej postaci. Pozostają magmą, zbiorowością anonimową. Dlaczego?


- Ich prawie nie ma. Bo to są tylko obrońcy krzyża, mnie nie interesuje ich psychologia. Oni stanowią dla mnie jedność z tym krzyżem, niezależnie od tego, że w ich orbicie pojawiały się postaci zwichrowane osobowościowo, psychopatyczne. Jednak ja napisałem powieść nie o nich, lecz o tych innych, którzy obrońców krzyża atakują, o tych biesach wokoło.


Obrońców krzyża Pan nie sportretuje?


- Można by, ale oni są ofiarami. Przecież po Powstaniu Warszawskim można by napisać tekst o byłych powstańcach od środka, że wśród nich były kurwy, skurwysyny, złodzieje. Nie mam ochoty ani nie widzę powodu, żeby coś takiego pisać. Czy w sytuacji, gdzie jedni są ofiarami a drudzy agresorami, mam się zastanawiać nad tym, że ofiary też są ułomne jako ludzie?


W poincie „Ukrytego” jest passus:„ – Wyjątkowo duszno. Już nie tylko upał, ale i parna duchota. – Może dlatego, że zbierają się chmury. Nigdy nie przypuszczałem, że będę za nimi tęsknił, a tu popatrz. Miasto się poci i cuchnie. Przydałaby się burza. – Tak, przydała by się prawdziwa burza…”. W przywoływanej wcześniej recenzji Libera odnosząc się do „Doliny nicości” jako demaskacji III RP, napisał: „Ten przygnębiający obraz miał wstrząsnąć opinią publiczną. Wzywał do przebudzenia się i opamiętania. Minęło kilka lat. W świadomości społecznej rzeczywiście coś drgnęło, a nawet pojawiły się nieśmiałe próby naprawy i odnowy…”. Czy wspomniana puenta sugeruje, że znów spełni się coś w rodzaju Pana przepowiedni i będzie wielka polityczna burza?


- Czy będzie burza? Nie wiem i nikt tego nie wie. W pierwszym rzędzie chodzi o elementarny pluralizm w naszej rzeczywistości, nie tylko w polityce, chociaż również w niej. Nie jestem naiwny, nie mam szczególnych złudzeń co do demokracji i nie wierzę w formułę Abrahama Lincolna, w rządy ludu, dla ludu i przez lud. Uważam ją jedynie za metaforę. Sądzę jednak, że musi być w demokracji pluralizm, bo tylko wtedy jest perspektywa przyzwoitego ładu. Sprawa jest jednak głębsza. Widzę w obecnej ofensywie kontrkultury czyli kolejnej odsłonie nihilizmu zagrożenie dla naszej cywilizacji i nie jestem pewien czy ona przetrwa. Może burza by ją uratowała? Jednak nie chciałbym, żeby powstało wrażenie, że bawię się w prorokowanie. Piszę o tym, co mnie porusza, co jest ważne. Gdy widziałem krzywdę, którą czyniono ludziom spod krzyża, a działy się tam rzeczy straszne, obcowałem z jaskrawą niesprawiedliwością, bardzo mnie to poruszyło. Myślę, że pisarz powinien zajmować się takimi rzeczami, a nie „sadzeniem grochu”.


Dużo Pan myśli o języku i formie?

- Retoryczne pytanie. A jak mogłoby być inaczej? To nie jest tak, że sobie od tak siadam i piszę. Na początku coś mnie porusza. „Ukryty” zrodził się we mnie w momencie, gdy usłyszałem ludzi wołających: „Chcemy Barabasza”. To mnie naprowadziło na język odpowiedni do mojej koncepcji. Dużo myślę o konwencji, formule utworu. Na początku pisze sobie szkice, wybieram konstrukcję…


Dobiera Pan formę do treści…


- Treść bez formy nie może istnieć. A forma musi być do niej adekwatna.


Ale to nie takie proste znaleźć tę adekwatność. Talent polega na znalezieniu formy dla pomysłu…


- Co mogę więcej powiedzieć? Szukam kształtu odpowiedniego dla oddania określonego doświadczenia. I w jakimś momencie znajduję formułę, która wydaje mi się najlepsza. Teraz piszę powieści realistyczne a więc np. szukam języka odpowiedniego dla określonych ludzi w określonych sytuacjach.


Moje wrażenie czytelnicze z lektury „Ukrytego” jest takie, że to metafora. Stricte realistycznemu opisowi nadał Pan cechy metaforyczne. Gdzie Pan zobaczył tę metaforę?


- Pod krzyżem, w krzyżu, w figurze Piety, w ofierze, w agresorach, w tragedii w tle. Pokazałem to przez konwencję kryminału…


Metaforycznego…


- Tak. Kryminał z konkretną zbrodnią wpisany w świat, który wpływa na postawy bohaterów, czyli świat polityków i iluzjonistów od „piaru. Najbardziej charakterystycznym i najciekawszym reprezentantem tego świata jest Rosa. To matematyk, człowiek o umyśle odznaczającym się instrumentalną racjonalnością. To jedno ze znamion kryzysu – polityka jako technologia, jako owoc rozumu instrumentalnego. Nawiasem mówiąc krytyką języka instrumentalnego zajmowała się lewicowa szkoła frankfurcka. Jej przedstawiciele krytykowali oderwania się rozumu od innych wymiarów ludzkiego istnienia, co prowadzi do jego alienacji, sprowadzenia człowieka do mechanizmu nastawionego na realizację określonych celów praktycznych. Wyalienowany rozum jest groźny, zdolny do wszystkiego. Rosa jest mistrzem tej postawy na wysokim poziomie intelektualnym, Morski jego lichą kopią, kolejnym egzemplarzem, strywializowanym i zdeformowanym. Znam wielu takich facetów. A skoro pan tak docieka mojej pracy nad formą, to zwracam uwagę na konwencję snów, które śnią się bohaterom „Ukrytego”. Sny, wbrew pozorom, nie wyrażają jednostkowej indywidualności a sięgają doświadczeń wspólnotowych. Moje postacie w różny, bo indywidualny sposób, śnią jednak podobne sny, gdyż przeżywają ten sam świat. Jeśli mówimy jeszcze o technice pisania to zawsze , czytam sobie na głos swój tekst, aby usłyszeć jak on „brzmi”. To dla mnie bardzo ważne.


Udało mi się jednak nakłonić Pana do odsłonięcia fragmentów tej kuchni, przed czym na początku Pan się wzbraniał. Odniosę się do tego, co już przy innej okazji wyraziłem. Odnoszę wrażenie, że Pan jako narrator cały czas balansuje na granicy cienkiej linii, tej za którą Pan wyraża po imieniu to, co Pana męczy i boli. A jednak powstrzymuje się Pan od przekroczenia tej granicy, za którą może być już tylko publicystyka i język manifestu. Za każdym razem zatrzymuje się Pan przed tą granicą. Momentami odnoszę wrażenie, iż bawi się nie tylko konwencją kryminału, ale także subtelnie sparodiowaną konwencją jednoznacznie ideowo zaangażowanej powieści politycznej…


- Ale przecież w „Ukrytym” jest masa skurwysynów pokazanych jednoznacznie.


Nie wątpię, ale w strukturze narracji zostawia Pan pewną wieloznaczność…


- Mogę się z tym jakoś, do pewnego stopnia, zgodzić. Proszę przypomnieć sobie retrospekcje Rosy i retrospekcje Tatara. Retrospekcje tego ostatniego są proste i konkretne. Retrospekcje Rosy są snute w zdaniach złożonych, jest inteligentny, ma kompleksy, matematyka jest dla niego ładem świata, który on potem obraca przeciw temu światu, przeciw demiurgowi, którym teraz on sam chce być. Nawet redaktorzy w wydawnictwie mi powiedzieli, że są tu za długie zdania, ale poprosiłem, żeby się tym nie zajmowali.


Kto jest właściwie narratorem powieści. Nie potrafię takiego w sposób bezapelacyjny wymienić?


- Jest ich trzech – Tatar, Rosa i Morski. Rygorystyczny teoretyk literatury pewnie by się oburzył, uznając, że narrator osobowy musi występować w pierwszej osobie liczby pojedynczej. Nie zgadzam się z tym. W moich powieściach z reguły świat widziany jest oczyma bohaterów. Starowin jest ważniejszą postacią niż Morski, ale nie jest narratorem Oni sobie wzajemnie przekazują narrację, stykają się ze sobą. Wymyśliłem sobie, że będą krążyli wokół tego krzyża. Tatar co prawda nie zna Morskiego i odwrotnie, ale zauważają się, budzą swoją niechęć. Te postacie krążą wokół siebie, zderzają się, stykają i przenikają. Są w ruchu wzajemnych relacji…


Jak w korowodzie.


- Tak.


W „Czasie niedokonanym” jest świat pokazany przez narratora bardziej jednoznacznie…


- Nie sądzę. W „Czasie niedokonanym” chciałem pokazać nasze uwikłanie w historię a także to, jak nasz czas, ludzi „Solidarności”, jest niedokonany. Z innej perspektywy niedokonany jest projekt emancypacji, który podkopał tradycyjny porządek naszej cywilizacji. W powieści początkowo pojawia się ktoś w rodzaju narratora wszechwiedzącego, ale tylko do momentu, gdy kończy się opowieść o Baruchu, o zbrodni założycielskiej, która zburzyła tradycyjny ład świata. Narratorem pierwszej części jest Zuzanna, a drugiej jej syn, Adam. Czymś innym jest pamiętnik czekisty, stryjecznego dziada Adama, obsesyjnie ponura opowieść, oniryczny koszmar, w którym wszystko osadzone jest w udokumentowanych konkretach rewolucji bolszewickiej. Demonstruje obłęd jakim była ona. Swoją drogą nie lubię opowiadania o swojej „technologii” tworzenia….


Zamyśla Pan kontynuację „Ukrytego”?


- Nie, nie jestem Balzakiem i nie zamierzam pisać nowej „Komedii ludzkiej”. Chcę jednak opisać ten nasz świat. Teraz jestem wyczerpany, ale jak zacznie we mnie kiełkować nowa powieść, to nie wiem, czy nie pojawią się w niej niektóre dawne postacie. Dzięki temu można uzyskać rozszerzenie perspektywy. Np. w „Czasie niedokonanym” bohaterka opowiada synowi o sprawie Wilczyckiego, który przecież występuje w „Dolnie nicości”. Mówi o nim niesprawiedliwie, subiektywnie, uważa go za establishmentowego machera.


Mało sympatyczna bohaterka, co nie tylko ja zauważam…


- Nie zgadzam się. Jest z gruntu pozytywna chociaż doświadczona przez życie. Jest taka jak ci ludzie trwających przy swoich ideałach, chociaż rzeczywistość dookoła im zaprzecza i szydzi z nich. To nie może nie pozostawić w nich śladu. Jest zgorzkniała, mąż ją porzucił, ma poczucie przegranego życia. Ona jest z solidarnościowego środowiska, do którego czuję sympatię, ale które takie trochę jest. Z dystansu może się ono wydawać śmieszne. Przegrani ludzie w starych, za dużych swetrach, usiłujący wyglądać tak, jak wyglądali w 1980 roku, opowiadający o przegranych bitwach i ciągle inaczej ustawiający na szachownicy stare figury. Stworzyłem taką bohaterkę, bo takie istnieją. I to miał być mimo wszystko hołd złożony jej i im wszystkim.


Powiedział Pan: „Chcę opisać ten nasz świat”. To jest deklaracja obserwatora, która jest na antypodach figury jednoznacznie ideowo zaangażowanego pisarza, w którą to rolę wpisał się Pan sam czy wpisała Pana logika zdarzeń. Frapuje mnie ten kontrapunkt…


- To co opisuję fascynuje mnie, ale i boli. Owszem, jest pewna dwuznaczność w roli bycia jednocześnie aktorem zdarzeń, ich czynnym uczestnikiem i obserwatorem. Czy jednak kiedykolwiek było inaczej z pisarzami, poza relatywnie nielicznymi przypadkami klerków, estetów, jak Huysmans siedzący w wieży z kości słoniowej i ukazujący taką postać, jak des Esseintes w „Na wspak”? Jednak nawet esteta Oscar Wilde po wyjściu z więzienia napisał rzecz odległą od dawnej postawy. A Tomasz Mann, niby olimpijczyk, zdystansowany od codziennych spraw tego świata, zabierał głos w sprawach publicznych i z powodów politycznych wyemigrował z Niemiec. Ja czuję się obywatelem i nie zamierzam się odwracać od rzeczywistości mojego kraju.


Dziękuję za rozmowę.


--
Bronisław Wildstein
- ur. 11 czerwca 1952 w Olsztynie – pisarz, publicysta, dziennikarz. W PRL działacz opozycyjny. Działalność rozpoczął jako student filologii polskiej Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. Był jednym z założycieli Studenckiego Komitetu Solidarności w 1977 i współtworzył Solidarność oraz NZS w Krakowie. Stan wojenny zastał go w Paryżu, gdzie był między innymi redaktorem miesięcznika „Kontakt” i korespondentem Radia Wolna Europa. Po powrocie z emigracji w 1989 został szefem publicznego Polskiego Radia Kraków. W latach 1994-1996 był sekretarzem redakcji w „Życiu Warszawy”, a następnie współtworzył dziennik „Życie”. Współpracował m.in. z tygodnikiem „Wprost”, miesięcznika „Nowe Państwo”. Był też publicystą „Rzeczpospolitej”. W 2005 roku ujawnił będący w zasobach IPN osobowy katalog dotyczący inwigilacji obywateli przez służby specjalne PRL, nazwany „listą Wildsteina. Był członkiem lóż wolnomularskich. Przez lata dążył do ujawnienia kulis śmierci bliskiego kolegi ze studenckiej opozycji, Stanisława Pyjasa. Ta m.in. historia została ukazana w dokumentalnym filmie „Trzech kumpli”, ukazującym losy Wildsteina, Pyjasa oraz Lesława Maleszki, wieloletniego redaktora „Gazety Wyborczej” który po latach został zdemaskowany jako były, wieloletni agent SB. W latach 2006-2007 był prezesem TVP. Od 2011 jest publicystą tygodnika „Uważam Rze”.

Jest autorem powieści „Jak woda” (1989), „Brat” (1991), „Mistrz” (2004), „Dolina nicości” (2008), „Czas niedokonany” (2011), „Ukryty” (2012), a także zbiorów opowiadań, „O zdradzie i śmierci (czyli przypisy do Plutarcha” (1994) i „Przyszłość z ograniczoną odpowiedzialnością”(2003). Laureat nagrody Fundacji im. Kościelskich za powieść „Jak woda”, nagrody im. Andrzeja Kijowskiego – za tom „Przyszłość z ograniczoną odpowiedzialnością”, Nagrody Literackiej im. Józefa Mackiewicza za 2009 rok za "Dolinę nicości"..

 

Pin It