Krzysztof Lubczyński rozmawia z Antonim Liberą
„Idę i staram się być wierny”


W rozmowie z „Nowymi Książkami” (1999) mówi Pan o wyborze bohatera
Madame. Jest to młody inteligent, artysta. Pytany przez rozmówcę, dlaczego taki właśnie, odpowiada Pan: „Bo taki mnie interesuje. Bo o takim chce mi się pisać. Nie uważa pan, że w polskiej literaturze współczesnej tacy prawie zniknęli? Zaludniają ją głównie prymitywy lub prostaczki, niebieskie ptaki, alkoholicy, przeciętni, a najlepszym razie jakieś infantyły?” Podzielam Pana ocenę. W moim przekonaniu w polskiej literaturze współczesnej istnieje nowy „świat nieprzedstawiony”, świat myśli i wrażeń inteligenta, człowieka myślącego, człowieka skomplikowanego. Skąd ta fascynacja pisarzy, także filmowców i ludzi teatru światem prymitywu, patologii i przeciętności? Tak powszechna, że nie jest już marginesem, ale dominującym nurtem. Ja w tej ucieczce od intelektualizmu, w tym przemieszczeniu się zainteresowań sztuki z góry ku dołowi, widzę jakiś zasadniczy defekt współczesnej kultury...

Jest kilka przyczyn tej tendencji. Podstawowa z nich to triumf kultury masowej, skutkujący komercjalizacją. Odkąd literatura „zeszła pod strzechy” (co było marzeniem oświeceniowych idealistów i społeczników), dla jej twórców stała się szansą na krociowe zyski i nowy typ rozgłosu – na ogół dość powierzchownego i krótkotrwałego, ale za to na niespotykaną dotąd skalę. To właśnie ta sytuacja uruchomiła nowe mechanizmy kreacji artystycznej, polegające na bardziej lub mniej świadomym uzależnieniu twórcy od masowego odbiorcy, zwanego również „wszechpotężnym rynkiem”. Inaczej mówiąc, artysta we współczesnym świecie stał się zakładnikiem komercji i tłumu. Jeśli jego utwory nie sprzedają się lub sprzedają się słabo, wypada on z gry: odrzucony przez tłum, zostaje następnie odrzucony – lub przynajmniej mocno ograniczony – przez pośrednika, jakim jest wydawca, będący z kolei rodzajem biznesmana. Dlatego też twórca – nieraz zupełnie świadomie, ale najczęściej podświadomie lub zakłamując samego siebie – tworzy pod oczekiwania tłumu/rynku. Te zaś są takie, jakie są, czyli właściwe przeciętnej, a nawet niżej niż przeciętna.

Dawniej relacja między artystą a odbiorcą była taka, że to artysta „prostował ścieżki”, wyznaczał miary i cele, podciągał do swojego poziomu, a przynajmniej wzywał, aby w ślad za nim aspirować do wyższych, trudniejszych przeżyć. Teraz jest odwrotnie: odbiorca płaci, więc wymaga, a twórca dostosowuje się do tych wymagań. Oczywiście nie musiałoby tak być lub zależność ta byłaby przynajmniej słabsza, gdyby twórca otrzymywał wsparcie ze strony opiniotwórczych instytucji nie podlegających komercji, swoiście temperujących i moderujących rynek, i stojących na straży idei i wartości uniwersalnych, leżących u podstaw wszelkiej cywilizacji. Rzecz w tym, że takich instytucji jest coraz mniej. Na Zachodzie – głównie w kulturze anglosaskiej, niemieckojęzycznej, francuskiej i włoskiej – takie gremia (nieraz w zdeformowanej postaci koterii) jakoś jeszcze istnieją i funkcjonują, odgrywając rolę w zachowaniu jakiej takiej równowagi. W kulturze polskiej natomiast – niestabilnej i pełnej kompleksów – prawie całkowicie zanikły. Instytucje państwowe są spolityzowane i promują głównie jedną, „postmodernistyczną” opcję, a szeroko pojęte media albo basują żądnej sensacji „ulicy”, albo również poddają się dyktatowi politycznej poprawności i prowadzą walkę o rząd dusz, w której nie chodzi w ogóle o sztukę, tylko o władzę i rozdawanie łask. Szczególnie jaskrawie widać to w polityce kulturalnej koncernu „Gazety Wyborczej”, która jest głównym promotorem takiej literatury, o której pan wspomniał, czyli literatury pospolitości, degradacji i dewiacji. Koncern „Wyborczej” popada przy tym w rażącą sprzeczność, bo jednocześnie – z powodów snobistyczno-prestiżowych – z nabożeństwem odnosi się do takich postaci jak Gombrowicz, Miłosz, Szymborska, Kołakowski czy Barańczak. Warto zapytać: cóż plejada lansowanych przez Nagrodę Nike „młodych gniewnych”, że tak eufemistycznie nazwę tę grupę, ma wspólnego za tamtymi naprawdę wybitnymi pisarzami, kultywującymi formę i myśl? Paradoks polega na tym, że „Gazeta Wyborcza” określa się jako środowisko „postępowe”, walczące z polskim ciemnogrodem i zacofaniem, środowisko mające na celu przezwyciężenie polskich słabości, kompleksów i przywar. W rzeczywistości utrwala ona –potępiany przez nią samą! – syndrom Polski jako „papugi narodów”. Zamiast kosmopolityzmu mamy tam typową „cudzoziemszczyznę”, wyszydzoną przez Fredrę już blisko 200 lat temu; zamiast prawdziwego nowatorstwa mamy tam pozerstwo na nowoczesność à la Młodziakowie, ośmieszone z kolei przez Gombrowicza w Ferdydurke; zamiast wychodzenia z niedojrzałości i płycizny intelektualnej, piętnowanej przez Witkacego w Niemytych duszach i Brzozowskiego w Legendzie Młodej Polski, mamy żenujące duchowe nuworyszostwo.

Pyta pan, skąd ta fascynacja „parobkiem”, skąd to płaszczenie się przed lumpem i knajakiem, skąd to hołdowanie filozofii „im głupiej, tym mądrzej”. Ano między innymi stąd.

Powieścią inteligencką jest Miazga Jerzego Andrzejewskiego, z którą miał Pan osobiste perypetie. Jej wydanie w serii Biblioteki Narodowej (2002) z obszernym wstępem Anny Demadre było unikalnym być może przypadkiem tak szybkiego awansu „kalekiego arcydzieła”, książki-miazgi, rzeczy kontrowersyjnej z punktu widzenia formy, której wartość poddawana była w wątpliwość przez samego autora – do rangi pozycji „klasycznej”, „kanonicznej”. Jak dziś, po 10 latach od ostatniego wydania, widzi Pan wartość i rangę Miazgi w polskiej literaturze oraz kształt i sens fenomenu literacko-politycznego, jakim była? Czy przeżyła kres swojej epoki?

Historia Miazgi – historia jej powstawania przez blisko 7 lat, a następnie historia jej niewydawania lub wydawania połowicznego, trwająca drugie tyle, a nawet jeszcze więcej – przerosła samą powieść i stała się samoistnym fenomenem, skupiającym w sobie różnorakie problemy epoki centralnego i późnego PRL-u. W tej chwili jest to temat bardziej z dziedziny socjologii literatury i historii, niż temat czysto literacki. Oczywiście nie sposób omawiać go w oderwaniu od samego tekstu, ale tekst – jako pewna fabuła i forma – niewątpliwie schodzi na plan dalszy. Moim zdaniem, dobrze się stało, że Miazga ukazała się w Bibliotece Narodowej wraz z jej wariantami i owym obszernym porządkującym wstępem pani Anny Demarde (nawet jeśli estetycznie powieść ta na to nie zasługuje), ponieważ przez jej pryzmat widać rozmaite aspekty życia intelektualnego i politycznego w Polsce w dość długim okresie czasu: od połowy lat 60. po rok 1981.

Z dzisiejszego punktu widzenia akcja Miazgi i jej warstwa publicystyczna brzmi niewinnie i naiwnie. Tym jaskrawiej na tym tle wychodzi szaleństwo ówczesnej władzy, dla której dzieło to wydawało się jakimś monstrualnym zagrożeniem, podważającym nieledwie rację stanu. Cały kontekst Miazgi pokazuje, czym był nawet zmierzchający, rozkładający się peerel. Przypomina, w jakim żyliśmy świecie, i przestrzega przed próbami rehabilitacji tamtego czasu.

W eseju Historia i Literatura, po śródtytule „Polska: grzechy, plagi i kompleksy” pisał Pan o twórcach, którzy podjęli się opisania polskiej „schizofrenii” i oczyszczenia polskiej „stajni Augiasza” – o Witkacym i Gombrowiczu. Esej ten ukazał się w książce wydanej w 2004 roku, czyli w roku wejścia Polski do UE i być może ówczesny optymizm mógł dyktować wiarę w to, że Polska zmierza ku warunkom, które posłużą do przezwyciężenia jej chorób. Czy wydarzenia będące następstwem 10 kwietnia 2010 roku są Pana zdaniem świadectwem nieuleczalności polskiej „schizofrenii” i niemożliwości oczyszczenia „stajni Augiasza”, niemożności uwolnienia się od „polskich plag”?

Trzeba tu odróżnić „grzechy” od „plag”. Do grzechów należą rodzime poczynania i niemoce, które w XVII i XVIII wieku doprowadziły do upadku państwa polskiego. To jest bardzo złożona i skomplikowana sprawa, szeroko i wyczerpująco komentowana, i nie będę jej tu omawiał, ograniczając się do stwierdzenia, że podstawowym grzechem późnej Pierwszej Rzeczypospolitej była niezdolność przejścia z feudalizmu do kapitalizmu, fetyszyzacja wolności przy braku poszanowania prawa i etosu pracy oraz indolencja cywilizacyjna. Natomiast plagi to następstwa owej niemocy i nieodpowiedzialności, czyli naprzód zabory, a potem ich wielopiętrowe konsekwencje, w tym, z jednej strony, wyniszczający wewnętrznie wielopokoleniowy opór społeczny przeciw zaborcy i zrywy niepodległościowe, a z drugiej, propagandowe działania ciemiężycieli, mające na celu zdyskredytowanie narodu polskiego jako niezdolnego do samostanowienia. Szczególnie chodzi tu o trwające już od ponad 200. lat zabiegi wywiadu i dyplomacji rosyjskiej, propagujące odrażający wizerunek Polski na Zachodzie.

Proces wyzwalania się z „atawistycznych” słabości i nadrabiania kolosalnych zaległości cywilizacyjnych, proces z natury niełatwy i długotrwały, zakrojony na kilka pokoleń, postępowałby z lepszym lub gorszym skutkiem, gdyby Polska nie miała wroga, któremu zależy, aby się to nie udało. Tym wrogiem jest Rosja. Która zresztą nawet tego nie kryje: tam na szczytach władzy mówi się zupełnie otwarcie, że największą katastrofą cywilizacyjną był rozpad ZSRR, a najgorszym okresem na Kremlu były rządy „słabego” Jelcyna. Warto pamiętać, że to właśnie za Jelcyna ostatecznie – przynajmniej formalnie – wyswobodziliśmy się spod panowania Rosji, że to właśnie wtedy ostatnie jednostki Armii Czerwonej opuściły tereny Polski, a Polska przystąpiła do NATO, i że to właśnie Jelcyn – jedyny rosyjski władca – mówił w miarę normalnie, czyli nie kłamliwie, o Katyniu. Od czasu jego ustąpienia powróciła doktryna imperialna, stawiająca sobie za cel odzyskanie hegemonii w Europie środkowo-wschodniej, ze szczególnym uwzględnieniem właśnie Polski, leżącej na drodze do Niemiec, z którymi Rosja od niepamiętnych czasów chce tak czy inaczej graniczyć. Strategia Rosji jest dalekosiężna i metodyczna (w odróżnieniu od rozmaitych strategii zachodnich, a zwłaszcza Unii Europejskiej, która wydaje się wyjątkowo krótkowzroczna i powierzchowna). Pierwszym jej celem jest systematyczne psucie wizerunku Polski na arenie międzynarodowej: czarny „pi-ar”, manipulowanie polityką historyczną (np. oskarżanie Polski o współudział w wywołaniu... II wojny światowej i o inne absurdalne rzeczy). Dalej: działania dyplomatyczne prowadzące do pogorszenia stosunków z sąsiadami takimi jak Litwa i Białoruś. Nade wszystko jednak nieustanne rozgrywanie – za pomocą służb specjalnych i agentury wpływu – wewnętrznej sytuacji w naszym kraju, tak aby maksymalnie spolaryzować scenę polityczną i doprowadzić do nie dających się zażegnać konfliktów i napięć. Do tego właśnie walnie przysłużyła się katastrofa smoleńska (nie wnikam tu w analizę jej przyczyn, ograniczam się jedynie do skutków). Rosja – za pomocą niezliczonych swoich wtyczek – podsyca ekstremalne nastroje z obu stron. Dolewa oliwy do ognia zarówno po stronie rządzącego establishmentu, jak i po stronie opozycji; „nakręca” zarówno propagandę mainstreamową, jak i tę spod znaku Radia Maryja. Celem jest maksymalne skłócenie polskiego społeczeństwa, bo skłóconym społeczeństwem najłatwiej manipulować, a następnie nad nim zapanować.

Można zadać pytanie: czy polska klasa polityczna jest tak ograniczona lub ślepa, że nie zdaje sobie z tego sprawy? Dlaczego nie ma sił, które by przywiodły do opamiętania i właśnie w imię obrony racji stanu nie doprowadziły, jeśli nie do pojednania, to przynajmniej do zawieszenia broni w tej wojnie polsko-polskiej? Otóż moim zdaniem, obecnie jest już na to za późno. Raz rozkręcona spirala wzajemnej nienawiści taką ma naturę, że jej dynamiki nie da się już opanować. To samo było w kontrolowanej przez Moskwę Hiszpanii w czasie wojny domowej w latach 30. Gdy Stalin postanowił poświęcić Republikę, wywołał tam po stronie republikańskiej walkę wszystkich ze wszystkimi, aby ją radykalnie osłabić.

Podsumowując: nie uważam, aby obecna sytuacja polityczna w Polsce była „klinicznym”, „naturalnym” nawrotem polskiej schizofrenii. To jest sztucznie, z zewnątrz nakręcony stan wrzenia, który ma wzmocnić i odrodzić wciąż drzemiące tu od czasów komuny lobby pro-rosyjskie. Niestety, obecna sytuacja bardziej przypomina mi czasy schyłku XVIII wieku, a nie czasy głupiej „złotej wolności”. Proszę zwrócić uwagę, że Polska utraciła ostatecznie suwerenność i państwowość w 1795 roku poniekąd na własne życzenie – bo tym właśnie była abdykacja króla Poniatowskiego.

Napisał Pan o Becketcie, że odnalazł Pan w nim „prawdę własnej duszy”. Co jest istotą tej prawdy Becketta dziś, 23 lata po jego śmierci. Jak jego twórczość weryfikuje czas? Innymi słowy – co Beckett mówi nam o obecnych czasach?

Istotą „prawdy” Becketta jest poczucie fundamentalnego kryzysu kultury europejskiej, wynikający z zapaści przestrzeni metafizycznej, w jakiej przez parę tysięcy lat żył człowiek. Proces korozji i rozpadu tej przestrzeni narastał przez wiele set lat. Pisali o nim wcześniej różni pisarze i myśliciele. Ale to dopiero w wieku XX – niejako na naszych oczach – dokonał się on ostatecznie. Pisał o tym celnie również Miłosz w Ziemi Ulro. Zacytuję jego słowa:

Wyobraźnia ludzkości, tworząca w ciągu tysiącleci mity religijne, poematy, sny wykute w kamieniu, wizje malowane na drzewie i płótnie, rozczula nas swoją dziecinną wiarą, ale tylko z nostalgią możemy myśleć o darze na zawsze utraconym. Wyobraźnia od XVIII wieku próbowała się bronić w swoich posiadłościach literatury i sztuki, coraz bardziej wprawiając się w wielowarstwowej ironii. Ale nadszedł czas, gdy została ugodzona od środka i pozbawiona jakiegokolwiek ontologicznego oparcia. Koniec zabawy to koniec literatury i sztuki, a jeśli te zawsze towarzyszyły cywilizacji, to zarazem koniec cywilizacji.

Od czasu, gdy Beckett pisał swoje główne dzieła, minęło 50-60 lat. W tym okresie świat, owszem, zmienił się, i to bardzo, ale właśnie w taki sposób, jak Beckett to przeczuwał czy przewidywał. Chodzi o dalszy, coraz gwałtowniejszy kryzys wiary i religii, o desakralizację życia codziennego i o idącą w ślad za tym reifikację człowieka. Cywilizacja techniczna tworzona przez człowieka rośnie, jednostka ludzka w warunkach tej cywilizacji maleje, stając się nic nie znaczącą kombinacją materii, którą można dowolnie kształtować. Cała twórczość Becketta nie mówi o niczym innym. W Czekając na Godota wyrażone to jest wprost w monologu Lucky’ego. Dzieło Becketta to rodzaj requiem dla odchodzącej formy ludzkości. W tym sensie zachowuje ono wartość i jest może nawet bardziej aktualne niż w chwili, gdy powstało. Na twórczość Becketta można spojrzeć jako na literackie proroctwo. Teraz – na początku XXI wieku – jesteśmy świadkami spełniania się tego proroctwa.

Napisał Pan o sobie, że po wyzbyciu się pychy pisarza niesionego wielkimi aspiracjami, „zamieszkał” Pan w „cudzym pięknie”. Wydaje się, że depozyt tego piękna jest wzgardzony przez współczesną cywilizację. Klasycy, od Sofoklesa, poprzez Tomasza Manna aż po Becketta są „nierentowni” dla przemysłu wydawniczego, teatralnego i filmowego. Z głównego nurtu kultury zostali zepchnięci do niszy dla inteligentów wyalienowanych z masowych gustów. Tomasz Mann nawet w Teatrze Telewizji nie ma szans w rywalizacji o czas antenowy z komedią romantyczną czy farsą. Czy to jest jeszcze Pana świat?

Nawet jeśli nie, to tak czy owak w nim żyję. Jeśli więc dalej chcę w nim uczestniczyć, to staram się bronić i kultywować wartości, które są mi bliskie. Tłumaczę na nowo Sofoklesa, Racine’a, Hölderlina i Kawafisa. Piszę tak, jak uważam, że powinno się pisać: zwięźle, klarownie i rytmicznie. Krótko mówiąc stosuję się do Przesłania Zbigniewa Herberta: „powtarzam stare zaklęcia ludzkości, bajki i legendy”, licząc, że w ten sposób „zdobędę dobro, którego nie zdobędę”; „powtarzam wielkie słowa, powtarzam je z uporem”, aby zostać przyjętym „do grona zimnych czaszek”. Słowem: idę i staram się być wierny.

___________________________________________________________

Antoni Libera (1949) – pisarz, tłumacz, reżyser, znawca twórczości Samuela Becketta.

Ukończył studia na Uniwersytecie Warszawskim, doktoryzował się w Polskiej Akademii Nauk. Przełożył i wydał wszystkie dzieła dramatyczne Becketta, część jego utworów prozą oraz eseje i wiersze. Sztukami Becketta zajmuje się również jako reżyser, wystawiając je w Polsce i za granicą: w Wielkiej Brytanii, Irlandii i USA. Dotychczas zrealizował blisko 30 spektakli. W jego inscenizacjach występowało wielu wybitnych aktorów m.in.: M. Komorowska, T. Łomnicki, Zb. Zapasiewicz, A. Seweryn, A. Ferency, Zb. Zamachowski i W. Malajkat, a z brytyjskich: Barry McGovern i David Warrilow.

Tłumaczył również tragedie Sofoklesa (Antygona, Król Edyp, Filoktet), Szekspira (Makbet), Racine’a (Fedra) i Oskara Wilde’a (Salome i Tragedia Florencka). Dokonał też przekładu kanonu poezji Hölderlina (Co się ostaje, ustanawiają poeci) i Kawafisa (Jeżeli do Itaki wybierasz się w podróż…). Przekłada też libretta operowe (m.in. Śmierć w Wenecji Brittena oraz Czarna maska i Król Ubu Pendereckiego).

W 1990, na zamówienie londyńskiego Royal Court Theatre, napisał jednoaktówkę Eastern Promises, która została na tej scenie wystawiona i opublikowana w tomie The May Days Dialogues, a w kraju – pod tytułem Czy Europa musi zginąć? – w „Dialogu”.

W 1998 jego pierwsza powieść Madame wygrała konkurs ogłoszony przez Wydawnictwo Znak, po czym stała się jednym z bestsellerów ostatnich dekad: przekroczyła łączny nakład 100 000 egzemplarzy i została przełożona na 20 języków. Wyróżniono ją także Nagrodą im. A. Kijowskiego, a w 2002 znalazła się w ścisłym finale irlandzkiej IMPAC Dublin Literary Award (edycję tę wygrał M. Houellebecq za Cząstki elementarne).

W 2004 w wydawnictwie Sic! opublikował tom esejów i szkiców Błogosławieństwo Becketta…, podejmujących rozmaite tematy z dziedziny literatury polskiej i szeroko pojętej kultury współczesnej, a w 2009 wydał prozę autobiograficzną pt. Godot i jego cień, w której w beletrystycznej formie opowiedział o swojej wieloletniej fascynacji dziełem Becketta, uwieńczonej spotkaniem z pisarzem w Paryżu w 1978 r. Książka ta była nominowana do Nagrody im. Mackiewicza i znalazła się w finale Nagrody Angelus. Została przełożona na francuski.

Jest członkiem PEN Clubu i Stowarzyszenia Pisarzy Polskich oraz amerykańskiego Samuel Beckett Society.

 

Pin It