Jan Stanisław Smalewski - Sowieckie zdrady 5

 

Nóż w plecy. - Wokół 17 września 1939.

 

Filip Wrocławski   Na temat agresji radzieckiej na Polskę 17 września, która zapoczątkowała tragiczny los Kresów Wschodnich Rzeczypospolitej, odbyłem długi wywiad (wywiad-rzekę) z sędziwym (95-letnim) emerytowanym prawnikiem, byłym kapitanem Armii Krajowej i zesłańcem łagrów sowieckich mec. Józefem Wojciechowskim.

   Południowo-wschodnie kresy II Rzeczypospolitej okupowane po 17 września przez Sowietów, a od 1941 roku przez Niemców, przeżyły gehennę. Antypolska, eksterminacyjna polityka kolejnych okupantów zadała ich mieszkańcom niewysłowione cierpienia.

   Gdy po przegranej przez Polaków kampanii wrześniowej 18 września do Lwowa weszły wojska sowieckie, okupanci usunęli dotychczasowe władze i zaprowadzili swoje porządki. 22 października, w atmosferze zastraszenia, odbyły się sfingowane wybory do Zgromadzenia Narodowego Zachodniej Ukrainy. W agitacyjnych publikacjach oraz podczas odbywających się wieców nie ukrywano, że wyłonieni w nich deputowani głosować będą za przyłączeniem odebranych Polsce ziem do ZSRR.

   27 października Zgromadzenie Narodowe we Lwowie jednogłośnie uchwaliło „prośbę do Rady najwyższej ZSRR” o włączenie Zachodniej Ukrainy w jego granice.* Stało się to już 1 listopada, a 29 tegoż miesiąca całej ludności zamieszkującej na tym terenie narzucono obywatelstwo sowieckie.

   Na początek rozmowy pan Józef przywołuje dwóch kolegów z czasów szkolnych z Podhajec, gdzie mieszkał. Jednym jest Myrko (od Wołodymir) Paliński, a drugim Filip Zaułberberg. Myrko jak inni Ukraińcy cieszył się: „Propała Polsza, propała na wieki, nie pomożut Francuzy, nie pomożut Angliki”.

     Myrko przed wybuchem wojny stał się znanym działaczem banderowskim, zaangażowanym do tego stopnia, że w 1939 r. trafił do Berezy Kartuskiej** Z podobnych powodów, ale za działalność komunistyczną, trafił tam w tym samym czasie i Filip.

     F. Zaułbenberg spotykał się z robotnikami, kolejarzami i uświadamiał ich. Wygłaszał prelekcje na temat pryncypiów socjalizmu. Tę działalność komunistyczną Filip Zaułbenberg jeszcze nasilił po wkroczeniu Sowietów i wyzwoleniu obozu w Berezie Kartuskiej. W październiku 1939 r. napisał dla miejscowego dziennika komunistycznego artykuł „Bereza Kartuska – hańba szlacheckiej Polski”.

     Po wkroczeniu Sowietów aktywizowali się zatem miejscowi komuniści i sympatycy ustroju sowieckiego, którymi byli lokalni Żydzi i Ukraińcy. Na Polaków zaczęły spadać represje. Już od września miały miejsce aresztowania urzędników i policjantów. 9 grudnia dokonano jednoczesnej akcji uwięzienia wielu przedstawicieli podhajeckiej inteligencji, z reguły oficerów rezerwy. Aresztowanych zgromadzono najpierw w brzeżańskim więzieniu, a następnie wywieziono do Kijowa i tam w większości zamordowano.

   W nocy z 9 na 10 lutego 1940 roku przeprowadzono na Kresach pierwszą masową akcję deportacyjną. W jej wyniku wywieziono na Sybir tysiące polskich rodzin. Były wśród nich rodziny podhajeckie oraz z okolicznych wsi Mazury i Sobiesko.

   13 kwietnia nastąpiła kolejna wywózka, tym razem rodzin aresztowanych uprzednio oficerów i urzędników. Akcja nacelowana na zatarcie zbrodni ludobójstwa, jaką skrupulatnie wcześniej zaplanowano.

     Wśród deportowanych znalazła się wówczas siostra Józefa Wojciechowskiego, Maria Zarębina z dwójką małych dzieci. Na ochotnika, jako „dobrowolec” zgodził się jej towarzyszyć szlachetny harcerz, członek Junackich Hufców Pracy, najmłodszy brat Aleksander.

   Pytam pana Józefa Wojciechowskiego:

Jak pan, jak pańska rodzina, ocenialiście ten postępek wkraczającego dopiero w dorosłość Aleksandra?

   To było bohaterstwo. Wojna spowodowała zerwanie więzi rodzinnych, rozbicie i niewysłowioną udrękę. Na co dzień liczyło się to, co było widoczne w pobliżu i o czym można było przez przypadek się dowiedzieć lub wyczytać między wierszami na przykład z komunistycznych gazet, typu: „Prawda”, „Czerwony Sztandar”.

     A kto wtedy mógł spodziewać się, że ta wywózka to jedna z najpotworniejszych zbrodni, jaką przeciwko ludzkości zaplanował Stalin? Byliśmy przekonani, że dokonuje się tego ze względu na posunięcia taktyczne wojny, żeby uchronić ludność. Uchronić, a nie przeznaczyć na zagładę, co skrupulatnie zaplanował Stalin, mszcząc się za 1920 rok. Za cud nad Wisłą, do którego – na nasze szczęście Polaków – poprzez swoją nieudolność jako politruk, to znaczy zastępca dowódcy do spraw politycznych Budionnego doprowadził.

   Tak, zaczęło się od „polskich Termopil” – Zadwórza, a skończyło na Warszawie. Potem przecież Stalin, gdy został „czerwonym carem Związku Radzieckiego”, zemścił się i na Tuchaczeskim za przegraną w 1920 roku z Polakami; kazał go rozstrzelać. A gdy wybuchła II wojna światowa wykorzystał okazję, żeby zemścić się na Polakach. Jego plany eksterminacji narodu polskiego, proszę mi wierzyć, były niezwykle precyzyjne i perfidne.

 

   Zadwórze to maleńka miejscowość położona 30 kilometrów na północny wschód od Lwowa, która weszła do polskiej historii wsławiona heroizmem poniesionych żołnierskich ofiar. Tam 17 sierpnia 1920 roku doszło do jednej z najdramatyczniejszych bitew wojny polsko-bolszewickiej. 400- osobowy batalion konny 240. pp pod dowództwem kapitana Bolesława Zajączkowskiego, w liczbie około 400 osób, stworzony z ochotniczej młodzieży lwowskiej, dobrze uzbrojony w broń maszynową, gdyż powołany do osłony i w celu opóźniania ataków 1. Konnej Armii Budionnego, spotkał się z kozakami 6. Dywizji Konnej Apanasjenki, która parła na Lwów.

     Batalion polski zajął pozycje wokół stacji kolejowej (na trasie Lwów-Tarnopol) i pobliskiego wzgórza, odpierając sześć kolejnych ataków szarsz kozackich. Przez kilka godzin, wspierany przez amerykańskich lotników 7. i 15. Eskadry Bojowej III Dywizjonu Lotniczego im. T. Kościuszki, powstrzymywał marsz dywizji przeciwnika, niszcząc część jego sił (zginęło ponad stu kozaków), ale... okupił to swoją śmiercią. Po bitwie na polu walki naliczono 318 zabitych, rannych nie było, wszystkich kozacy roznieśli na szablach lub po prostu podobijali. Nieznany jest los pozostałych, wziętych do niewoli, których prawdopodobnie również zamordowano na tyłach frontu.  

     W tym dniu, 17 sierpnia nastąpił przełom w wojnie polsko-bolszewickiej. Oddziały polskie odniosły sukcesy pod Sławetyczami (zniszczono 58. Dywizję Piechoty), pod Parczewem definitywnie rozbito zagrażającą Warszawie Grupę Mozyrską, pod Kąkolewnicą zlikwidowano 170. Brygadę Strzelców, zdobyto Międzyrzecz, Siedlce, Mińsk Mazowiecki, a 5. Armia generała Sikorskiego zajęła Pułtusk. To wszystko spowodowało, że w tym dniu nastąpił upadek morale w armii Tuchaczewskiego. Naczelny Wódz Józef Piłsudski doszedł do wniosku, że: ”zasadniczy opór nieprzyjaciela został złamany”. Czas pomyśleć o froncie wschodnim, na którym konne armie Budionnego parły nadal w kierunku Zamościa, a komandir Jona Jakir na południe od Lwowa wyrównywał właśnie front i dochodził do Podhajec.

 

     To Stalin dopuścił do rozproszenia sił przeciwnika i zmienił plany Budionnego. - Budionny miał wykonać rozkaz Tuchaczewskiego: uderzyć na Lublin i Zamość, i gdyby ten rozkaz wykonał, byłoby po nas, nie byłoby żadnego cudu.

   Zgadzam się z panem Józefem, że historia byłaby ciekawsza, gdyby szerzej rozpatrywała to, do czego dojść mogło, co mogło się wydarzyć, ale z takich czy innych powodów nie zaistniało. Mimo to – twierdzę – i tak nasza historia jest niezwykle ciekawa i godna uwagi.

     A wracając do siostry Marii i brata Aleksandra: mąż Marii, inż. Tadeusz Zaręba, wzięty do niewoli sowieckiej w 1939 roku, był internowany w obozie starobielskim. W tym czasie, gdy wywożono Marię wraz z dwójką małych dzieci, prawdopodobnie już nie żył, ale fakt ten dotarł do wiadomości rodziny dopiero w 1943 roku.

   Sytuacja Marii była tragiczna. Aleksander podjął szybką decyzję: pojedzie z siostrą! Tak oto znalazł się w wagonie towarowym jako „dobrowolec”. W czasie kiedy skład stał jeszcze na stacji, a krewni wywożonych rozpaczali, naczelnik transportu uspokajał ich, dając przykład Aleksandra. - „Zobaczcie – mówił - ten młody człowiek jedzie ochotniczo.” Co miało być dowodem, że wywożonym nic nie grozi.

   Po dwóch tygodniach transport dotarł do Dżuruna w Kazachstanie. Dalej przewożono zesłańców ciężarówkami do Tymiru. Maria trafiła ostatecznie do kołchozu im. Kaganowicza w tymirskim rejonie, okręgu Aktiubińskaja. Klimat tam był surowy, kontynentalny. Jak okiem sięgnąć rozciągał się step. Brakowało drzew. Rolnictwo było nędzne: głównie uprawiano proso, którego plony były mizerne. Brakowało jarzyn i owoców.

     Deportowanych skierowano natychmiast do pracy fizycznej w kołchozie. Bez wynagrodzenia pracowali od świtu do nocy. Do wzmożonego wysiłku motywowała ich zapowiedź, że od tego zależeć będzie zapłata w postaci części zbioru.

     Brakowało nawet czarnego, gliniastego chleba, po który trzeba było chodzić do odległego o 35 kilometrów miasteczka. Leszek (tak siostra mówiła na brata Aleksandra), aby pomóc siostrze, pracował od wczesnego rana na stepie. Orał wołami ziemię, siał proso i słonecznik, kosił trawę i gromadził siano. Okresowo mieszkał wtedy w ziemiance. Widział, jak po zbiorach do kołchozu przyjeżdżają ciężarówki, które wywożą plony w nieznanym kierunku.

     Praca na stepie trwała 10 tygodni. Potem nastała mroźna zima; temperatura dochodziła do -40 stopni. Zesłańcy mieli kłopoty z opałem; z braku drewna palili suchym nawozem bydlęcym. Gdyby nie pomoc od rodzin w formie paczek nie przeżyliby. Aleksander pisał stamtąd. W pierwszym liście prosił: „napiszcie dużo i otwarcie, zobaczymy czy dojdzie wasz list.” Po klęsce Francji napisał: „Napiszcie co stało się z naszymi i z S”. Chodziło mu o Sikorskiego.

     Rok 1941 przyniósł zmiany. Maria pisała wtedy do rodziców: „Leszek to stachanowiec...” Jako „dobrowolec” posiadający wykształcenie średnie został skierowany na kurs, po którym zrobiono go „uczotczykiem” i wyznaczono do nadzorowania traktorzystów, którym obliczał wykonaną pracę i „trudodni”. Dzięki temu zarabiał więcej i mógł efektywniej pomagać siostrze, którą oprócz trosk o dzieci trapił brak wiadomości od męża.

     Wybuch wojny niemiecko-sowieckiej obudził nadzieje polskich zesłańców. Nie wiadomo kiedy i jaką drogą dotarły do kołchozu Kaganowicza wiadomości o układzie Sikorski – Majski i formowaniu armii polskiej nad Wołgą. Aleksander postanowił walczyć, zgłosił się do polskiego wojska. Pozostał brudnopis jego podania, jakie wówczas napisał: „Do Dowództwa Armii Polskiej na ręce płk-a Kownackiego w Buzułuku. „Jestem poborowy z cenzusem, urodzony w 1918 r. Przy komisji poborowej w Podhajcach otrzymałem kategorię „A”, jednak z powodu wybuchu wojny przydziału nie otrzymałem. Odbyłem natomiast obowiązkową służbę pracy w JHP (8. baon pracy 66. komp.). Dziś w okresie tworzenia się naszej armii na obczyźnie mogę być potrzebnym.”

     Aleksander został przyjęty i wcielony 24 lutego 1942 r. do 27. Pułku Piechoty w składzie 10. Dywizji formowanej w miejscowości Ługowaja w południowym Kazachstanie.

     W Ługowaja przebywali krótko. W marcu 1942 r. nastąpiła pierwsza ewakuacja części armii polskiej z ZSRR na Bliski Wschód. Aleksander opuścił „nieludzką ziemię” już w tej fazie. Niestety, nie udało się mu wydostać siostry z synami.

     Gdy pytam pana Józefa, czy zachowały się jakieś dokumenty z tego okresu, podchodzi do swojego biurka i z szuflady wyjmuje kopie listów siostry Marii pisanych do rodziny z kołchozu im. Kaganowicza w rejonie tymirskim. Już pierwszy z nich wywołuje wzruszenie.

                                                                                                               2.VI – 1940

Kochani Rodzice!

 

   Serdecznie dziękuję za list i proszę podziękować Róży, Kazikowi, Józiowi i Marysi, że do nas napisali i prosić ich, żeby zawsze kilka słów do nas skreślili, bo mają więcej czasu od nas. My nie możemy często pisać, bo nie mamy czasu, ciężko pracujemy na polu, bez określenia godzin i bez żadnych świąt. Mieszkamy w kołchozie i musimy tak pracować jak wszyscy kołchoźnicy, a najgorsze jest to, że oni mają jakieś zapasy z tamtego roku, a my nic nie dostajemy, dopiero w jesieni obiecują nam dać tyle, ile zarobimy. Nic też dziwnego, że nie mamy co jeść. To cośmy przywieźli już się skończyło, nawet kupić nie ma gdzie, więc nie wiem co z nami będzie, a tym przepuszczonym mlekiem, które nam jedynie dają, długo chyba żyć nie można. Nie możecie sobie nawet wyobrazić jak nam tu ciężko. Gdybym przynajmniej wzięła więcej ziemniaków, to już byłoby nam lepiej, bo tu nie można ich dostać, a jak się nawet dostanie to są na wagę złota, małe wiaderko (8kg) kosztuje 35 rubli. Owoców tu wcale nie ma, a ludzie nie wiedzą nawet jak one wyglądają, tu nie ma jednego drzewka na lekarstwo, tylko step i piaski, a zboże w polu jest bardzo nędzne. Żyto wyrasta do wysokości naszej koniczyny, lepsze u nas gospodarz przeoruje. Przez dwa tygodnie dzieci moje chleba nie widziały, aż im się śnił, aż w tym tygodniu poszłam piechotą do najbliższego miasta (35 km) i stałam przez trzy dni w ogonkach, to dostałam kilka kg chleba, ale to na długo nie wystarczy. Jestem teraz w gorszym położeniu niż Mamusia i Wy Kochani, bo tam za pieniądze można u Was coś kupić, a tu nie ma niczego i nic nam nie dają, tylko każą pracować. Róży proszę bardzo podziękować za list i powiedzieć, że wszystko zrozumiałam i proszę bardzo żeby częściej pisała. Jej listem ucieszyli się wszyscy nasi, którzy z nami mieszkają, nawet nosiliśmy go na drugi kołchoz, ażeby i tamtym zanieść trochę wiadomości z Polski. Za pieniądze serdecznie dziękujemy i Mamusi i Róży, ale bardziej przydałyby się nam paczki żywnościowe, mówią u nas, że można je wysłać bagażem kolejowym, gdyby to było możliwe to proszę koniecznie nam coś przysłać, choćby tylko ziemniaki, bo tam można je prędzej dostać. Dobrze, że rzeczy moje są w porządku, wciąż nie wiem czy one mi będą jeszcze kiedykolwiek przydatne. Proszę więc trochę rzeczy sprzedać i za pieniądze kupić tłuszcz, jakąś kaszę i jak będzie można to nam przysłać. Ten duży mój kilim proszę dać do kościoła przed ołtarz Serca Pana Jezusa, albo Matki Boskiej, na naszą intencję, a inne kilimy proszę sprzedać, lub zachować dla siebie, bo dla nas to nie wiem czy kiedy będą potrzebne. Cieszę się że Mama zdrowa i że Oni się uchronili od tego nieszczęścia, proszę Ich prosić niech do mnie napiszą, bo ja do Nich nie piszę przez ostrożność. Do Tadzika proszę wysłać telegram z odpowiedzią, a wtedy będziemy wiedzieli co z nim jest.Całuję wszystkich serdecznie razem z Romusiem i Stasieńkiem

                                                                                                                Maryśka.

 

   Obaj z panem Józefem uważamy, że jakikolwiek komentarz do listu jest zbędny. Nie chcę też rozdrapywać starych ran, bo starszy pan przyznaje, że mimo upływu czasu wspomnienia tych lat mocno go dotykają.

   60 pokoleń minęło w ostatnim tysiącleciu. Morze powstałoby, gdyby rzeki polskiej krwi przelanej przez potomnych spłynęły w jednym czasie w jedno miejsce. - A wie pan, co było w ostatnim tysiącleciu największą naszą porażką? – zadaje retoryczne pytanie Józef Wojciechowski i bez namysłu odpowiada: - Była nią utrata niepodległości w 1795 roku. Gdyby Sobieski nie pozwolił na wolną elekcję, złamał obowiązujące wówczas prawo i wprowadził rządy absolutne jak Katarzyna w Rosji, Fryderyk w Niemczech, nie doszłoby do bezhołowia, do liberum veto, do anarchii, w efekcie której rozpoczął się dla nas najdramatyczniejszy w dziejach okres: utraty niepodległości i utraty szans na państwo, jakim Polska mogła stać się, oceniając to z perspektywy; na podstawie jej doświadczeń historycznych, roli jaką odgrywała w ówczesnym świecie, stanu posiadania. Byłaby monarchią i jednym z najsilniejszych państw Europy. Mieliśmy na to szanse, które niestety zostały zaprzepaszczone.

   Czyli, że czasem potrzebny jest zamach stanu i rządy silnej ręki...?

   Tak. Zwłaszcza, jeżeli dokonuje tego człowiek o wielkim autorytecie, a w 1926 r. Piłsudski takie warunki spełniał. On uczynił to na swoją odpowiedzialność. I ze świadomością odpowiedzialności przed historią postępował.

   Piłsudski przeciwstawił się legalnej władzy, przeciwko konstytucji. Jeżeli nie udałoby mu się, to wiadomo... zbrodnia stanu i rozstrzelanie. Ale udało się. A dlaczego? Szlachetnie postąpiły ówczesne władze; prezydent i premier. Wojciechowski i Witos zrezygnowali ze swoich stanowisk. A przecież trzy dni walki trwały na ulicach Warszawy i zginęło w nich 300 osób, a około tysiąca było rannych...

   Gdyby wówczas do walki włączyły się wielkopolskie pułki, które szły z odsieczą, nie wiadomo co by się stało. Ale kolejarze na stacji węzłowej w Kutnie pod jakimś tam pretekstem zatrzymali transporty z wojskiem. Generał Rozwadowski, autor zresztą cudu nad Wisłą z 1920 roku (to jego plan wykonywał Piłsudski), nie przystąpił do walki.

   A prezydent Wojciechowski mądrze orzekł, że nie można prowadzić walki, bo to by groziło interwencją sąsiadów i... likwidacją państwa polskiego. I przekazał władzę Piłsudskiemu.

   Udało się, dzisiaj Piłsudski, który wziął to na swoje sumienie, leży spokojnie na Wawelu i mimo wielu po drodze pomysłów, by go stamtąd usunąć, nawet Bierut nie ważył się go stamtąd ruszyć. A Jaruzelski na Wawelu nie będzie. A wie pan czemu? Bo Jaruzelski wprowadzając stan wojenny zrealizował plan Moskwy. Wykonał polecenie Breżniewa. Bo Moskwa zaangażowana już w Afganistanie, nie chciała na oczach świata interweniować w sercu Europy. Takie zlecenie wziął na siebie Jaruzelski. Dlatego Wawel mu nie grozi.

   Przyznaję, że brzmi to przekonująco.

   Takie jest moje zdanie płynące z mojej wiedzy i doświadczeń – podkreśla pan Józef. - I szkoda... To znaczy ja żałuję, że podobnie nie stało się sto lat wcześniej w czasach Sobieskiego. Gdyby Sobieski postąpił podobnie i złamał obowiązujące prawo, gdyby wprowadził dynastię, rządy silnej ręki, zakazując liberum veto, państwo by się uratowało. A tak kolejni dwaj Sasi wprowadzili Polskę na równię pochyłą, z której nie było już odwrotu.

   Wróćmy, panie Józefie, do historii. Chcę, byśmy mówili o II wojnie światowej.

   Aha... Dlatego wtedy, po ponad wiekowych cierpieniach narodu, mogło nawet dojść do całkowitej naszej zagłady. I doszłoby do niej, gdyby – w myśl wcześniejszego, zdradzieckiego paktu Ribentrop – Mołotow, nasi przygraniczni wrogowie nie weszli ze sobą w stan wojny.

   Tak, z jednej strony samowola i bezmyślność szlachty oraz złe posunięcia rządzących Polską, a z drugiej wyjątkowy patriotyzm i waleczność narodu. Polacy jak żaden inny naród w czasach II wojny światowej stworzyli najpotężniejsze, nieznane dotąd w historii, państwo podziemne. Naród nigdy nie stracił wiary w zwycięstwo dobra nad złem, nie stracił nadziei. Dzięki tym wartościom przetrwaliśmy, ale i też historia upokorzyła nasz naród jak mało który.

   W chwili wybuchu wojny młodzieńcze lata miał pan za sobą. Był pan studentem prawa na Uniwersytecie Lwowskim. Wcześniej ukończenie gimnazjum dało panu cenzus, dzięki któremu mógł pan także pójść w ślady dwóch starszych braci i zostać oficerem. Dlaczego pan wybrał prawo?

     Maturę zdałem w 1934 roku. Na podjęcie nauki w uniwersytecie nie miałem szans; mojej rodziny nie stać było na to. Poszedłem do pracy. Przez dwa lata pracowałem na pół etatu na poczcie, o pracę wtedy było bardzo trudno. A potem wcielono mnie do wojska. Młodzież z cenzusem korzystała ze skróconej służby wojskowej; nie osiemnasto lecz dwunastomiesięcznej; w podchorążówkach przy dowództwach dywizji. W roku zdawania matury byłem na całe Podhajce jedynym posiadaczem takiego cenzusu. I dlatego odbyłem służbę w takiej podchorążówce w 48. Pułku Piechoty w Stanisławowie. A przed samą wojną dodatkowo odbyłem w Kołomyi 6-ciotygodniowe ćwiczenia. Rok później miałem otrzymać stopień podporucznika rezerwy, ale przeszkodziła w tym wojna. Byłem więc potencjalnym oficerem, ale... w rodzinie było już dwóch oficerów, dlatego, posiadając zamiłowanie do historii i nauk humanistycznych marzyło mi się, by zostać adwokatem, prawnikiem. I chciałem do tego dojść pracując, a jednocześnie ucząc się. Co nie było łatwe.

     Proszę opowiedzieć o tych latach pańskiej młodości. Należał pan do jakiegoś związku, partii? Miał pan sympatie polityczne?

     W roku 1937, po odbyciu służby wojskowej, pozostawałem nawet jakiś czas bez pracy, pobierając zasiłek dla bezrobotnych. Potem krótko pracowałem dorywczo jako archiwista w starostwie powiatowym w Podhajcach, a w miesiącach zimowych: styczeń, luty, marzec, na początku 1939r. na poczcie w Jarenczu. To mała, ale piękna miejscowość uzdrowiskowa we wschodnich Karpatach – tak zwana Huculszczyzna. Pamięta pan słowa znanej piosenki: „Tam szum Prutu, Czeremoszu Hucułom przygrywa, a ochocza kołomyjka do tańca porywa”? I stamtąd zostałem przeniesiony do UPT 2 we Lwowie. Uzdrowisko miało swoje uroki, ale wiadomo: Lwów, to Lwów. Wtedy to podjąłem ostateczną decyzję dotyczącą studiów. Zapisałem się, a potem zdałem egzamin na uniwersytet Jana Kazimierza. Praca we Lwowie pomogła mi dzielić obowiązki pracownika ze studenckimi. Tych pracowniczych nie mogłem w żadnym zakresie zaniedbać, bywało więc, że niekiedy na zajęcia na uniwersytecie wysyłałem któregoś z kolegów, który robił mi notatki, a przy okazji... podpisywał za mnie listę obecności. Na egzamin niestety zawsze musiałem z indeksem iść sam.

   Zatem, żeby sobie poradzić, uczyłem się po nocach. W ten sposób ukończyłem pierwszy rok studiów. Gdy wybuchła wojna, miałem nawet w indeksie wpisy ówczesnych profesorów z kolejnego semestru. Jesienią 1939 roku było jeszcze na uniwersytecie lwowskim trochę profesorów. Niestety do końca roku Sowieci większość z nich wywieźli na zagładę. Tak było - dodaje Józef Wojciechowski i zamyśla się.

     Szkoło, moja szkoło, gdy ciebie wspominam – powtarzam za Józefem Wojciechowskim, a właściwie za przywołanym wcześniej przez niego Tuwimem – oczy mam pełne łez. - I peszę się, bo przywołuję tym nie tylko swoje wspomnienia. W oczach pana Józefa kręci się łza, tym razem smutku.

     Zatem z chwilą wybuchu wojny zmobilizowany pan został jako podchorąży rezerwy? – upewniam się w dotychczasowych informacjach.

     Tak, wcielono mnie do mojego macierzystego 49. Pułku Kołomyjskiego, skierowanego do działań bojowych w składzie armii Karpaty. Wojna zniszczyła wszystkie nasze, w tym i moje, plany i marzenia. Chociaż nie od razu, bo kto mógł wtedy wiedzieć, że potrwa tyle lat i spowoduje aż tyle ludzkich cierpień?

   A moje życie zapowiadało się tak romantycznie. Przygoda z wojskiem; zadowolenie z ukończenia podchorążówki... Ciekawa praca, poznawanie ludzi, rozjazdy między Jarenczem a Lwowem i perspektywa – poprzez dostanie się na studia – rozwoju osobowości, zdobycia ciekawego zawodu. Nawet jeszcze w pierwszych dniach wojny miałem jakieś tam złudzenia. Prysły wszystkie, gdy okazało się, że nasz naród został sam; pozostawiony na łaskę losu przez sojuszników: Anglię i Francję, a wreszcie zaatakowany przez Sowietów.

   Nie, do żadnej partii nie należałem, byłem jeszcze na to za młody. Ale zorientowany byłem dobrze. Wiedziałem o ludowcach; kim są, jaką rolę odgrywał Witos. Wiedziałem kim są piłsudczycy z sanacją, czym od nich różni się endecja i jakie hasła propaguje PPS na czele z Daszyńskim. Orientowałem się w tym wszystkim o wiele lepiej niż współczesna młodzież.

   Z tego, co mi wiadomo, dziewczyny szalały za takimi chłopakami z cenzusem? A jeszcze do tego noszącymi mundur podchorążego rezerwy z pagonami obszytymi biało-czerwoną obwódką?

     Owszem, miałem narzeczoną; Stanisławę Sokołowską. To była koleżanka z czasów szkoły średniej w Brzeżanach. Nasza miłość zakwitła i rozwinęła się jednak dopiero, gdy znalazłem się we Lwowie. Ona wtedy pracowała w Banku PKO przy ulicy 3 maja. Okres naszego narzeczeństwa był krótki, bo i w ten obszar naszego życia wkroczyła brutalność wojny.

     Dwóch moich braci po klęsce wrześniowej nie wróciło do domu. Wciąż czekaliśmy na nich, a tymczasem na początku lutego 1940 roku przyszła wiadomość, że obaj są w Woldenbergu w niemieckiej niewoli. Woldenberg to współcześnie małe miasteczko na Pomorzu, Dobiegniewo. Pamiętam dobrze rozpacz mojej matki, jak przyszło z oflagu oficjalne powiadomienie.

     A ja szczęśliwie wróciłem do domu... Mówiąc szczerze, nawet nie dane nam było nawiązać walki z okupantem. 49. Pułk Kołomyjski w składzie Armii Karpaty nie musiał podejmować walki, bo formacje niemieckie nie musiały na tym kierunku jej toczyć. Zaraz na drugi dzień po wybuchu wojny Słowacja ich przepuściła. Przeszli przez Zakopane, Nowy Sącz, na Sambor i 12 września byli już pod Lwowem. Na wieść o tym dowództwo zadecydowało o odwrocie. Byliśmy już w okolicach Kosowa Huculskiego, gdy doszła do nas wiadomość o wkroczeniu Armii Czerwonej. Ktoś wyskoczył na kwaterę do nauczyciela, gdzie było radio i tam zasięgnął języka, że nastąpiło to 17 września. W pierwszej chwili nie mogliśmy się zorientować o co chodzi, jak to rozumieć? Ale były i od razu głosy, że to gwóźdź do trumny. Gdy Anglia z Francją nie pomogły, zachęcony tym ZSRR wbił nam nóż w plecy.

     Wtedy to nasz pułk dosłownie rozsypał się. Gdy nadleciały niemieckie samoloty, Ukraińcy czmychnęli w las i już z niego nie wyszli. Żadna siła nie była w stanie ich z niego wyciągnąć. Nasze dowództwo, tak jak i inni, którym nadarzyła się okazja, czmychnęło za granicę, do Rumunii. Z naszego oddziału zostali sami podchorążowie. Wtedy w Jabłonowie pod Kołomyją podjęliśmy decyzję, że wracamy do domów. Do Rumunii nie idziemy, mimo przyzwolenia ze strony przełożonych. Gdyby to było przy granicy węgierskiej, poszlibyśmy chętnie, ale o Rumunii zdążyły już do nas dotrzeć wieści od tych, którzy granicę przekroczyli zaraz po wybuchu wojny i teraz wracali. Czyhały tam na nas zasadzki, mogliśmy dostać się w ręce wroga.

   Pamiętam, że głosowaliśmy demokratycznie. Było nas pięciu i większość opowiedziała się za powrotem. Ja byłem za Rumunią; marzyły mi się przygody, poznanie świata. Ale kolega Sawczak z Brzeżan zadecydował, żeby wrócić. Jego żona spodziewała się w październiku dziecka, trudno mu było to mieć za złe. To on przekonał mnie, mówiąc: „Jeśli nasi sojusznicy anglo-francuzcy nie pośpieszyli nam z pomocą, kiedy nasza armia stawiała opór Niemcom, to teraz po co tam iść? Żeby stać się mięsem armatnim? Niech sami się fatygują na pierwszą linię, a my przydamy się tutaj w kraju”.

   Ten wrześniowy czas po klęsce dłużył się i pełen był obaw; o losy najbliższych i o to, w jakim kierunku potoczą się losy wojny. Odczuwało się duże zagrożenie, które po napaści Sowietów jeszcze się wzmogło. Pamiętam jak rozmawialiśmy z narzeczoną o tym, że z terenu znikają moi koledzy. Gdyby mnie aresztowano, chciałbym – mówiłem do niej – żeby miał kto do mnie, do więzienia, przynosić paczki żywnościowe. To nie były żarty; oboje wówczas czuliśmy się zagrożeni. I dlatego postanowiliśmy się pobrać. Żeby być razem i żeby móc się wzajemnie wspierać.

   3 października 1939 roku pobraliśmy się. Ślub wzięliśmy w kościele św. Antoniego na Łyczakowie. Ale nie tylko obawy, że los może nas rozłączyć, miały wpływ na przyśpieszenie decyzji o ślubie. Zaraz po wkroczeniu Sowietów do Lwowa zaczęli oni naprowadzać swoje porządki. Zaczęto głosić powszechnie, że i śluby kościelne zostaną zakazane. Należało więc się pośpieszyć.

   Po ślubie razem jeszcze do marca 1940 roku pracowaliśmy we Lwowie. Mieszkaliśmy na stancji, tam gdzie żona mieszkała przed wojną, przy ulicy Paulinów na Górnym Łyczakowie.

   Widząc, co się dzieje; że wokół znika coraz więcej ludzi, że po aresztowaniach nie wracają z powrotem do domów, zaczęliśmy snuć obawy o najgorsze. Postępowanie Sowietów rodziło wewnętrzne opory, bunt, który i mnie zaczął się udzielać. Dochodzić zaczęły też słuchy o pierwszych zalążkach konspiracji, o oporze, jaki naród polski stawiał w kraju okupantom.

Na murach porozwieszano różne obwieszczenia, wokół pełno było szpicli. Poznikali prawie wszyscy moi koledzy. Zacząłem się obawiać, że nadchodzi czas, że i mnie może spotkać ich los. Jak to się mówi, wyczułem pismo nosem i zdecydowaliśmy się opuścić Lwów.

   Odczuwając już wzajemne wsparcie, zwinęliśmy z żoną przysłowiową chorągiewkę i wynieśliśmy się do jej rodziców do Uhrynowa pod Podhajce. I to wówczas mnie uratowało.

Zatem nie zaufał pan nowej władzy?

   Zapewne dzięki temu, że miałem trochę więcej i szczęścia, i oleju w głowie od innych, no i dlatego, że widziałem, co się dzieje wokół.

   Jest coś w narodzie, co czasami potrafi zaślepić. Tak zwykle bywa, gdy zmienia się władza. Ludzie na kredyt ufają jej, że będzie lepsza, że się im poprawi. Ale gdy sowieci wkroczyli do Lwowa, już tak jak w 1914 roku nie było. Wtedy ludność witała ich kwiatami i śpiewem; radością. Jak opowiadali moi rodzice, którzy przeżyli wkroczenie armii carskiej, tamci jak wchodzili, to w miasteczku aż wrzało. Ze śpiewem, rumiani, weseli, pełni werwy. Dziewczyny trzeba było chować, zamykać po komórkach, piwnicach, bo zaraz za nimi latali.

   I dziwił się ojciec z matką: „jak tak przez 25 lat człowiek może się zmienić”? Ci, co weszli do nas we wrześniu, byli całkiem inni. Jakby asceci; ani do rozmowy, ani do kontaktu. Wiem, że mieli zakazane wszelkie kontakty z nami. Wpajano im, że Polacy będą ich truli, gdyby na przykład przyjmowali jakieś jedzenie, żywność. Dlatego żywili się tylko w swoich jednostkach wojskowych. Bladzi jacyś byli. I sztywni. Nieufni i podejrzliwi. Wobec tego nie mówiło się o nich Moskale, a Sowieci; Sowiet, Sowietka. I nawet miejscowi Ukraińcy nie utożsamiali się z nimi. To był inny typ ludzi. Na sto procent poznać można było po sylwetce, że to nie jest nasz miejscowy człowiek.

   W pierwszych dniach część narodu i tak im zaufała, ale na krótko. Zwłaszcza Żydzi i Ukraińcy. Rozumiem trochę Żydów, bo uważali, że dzieje się im krzywda, są w Galicji gorzej traktowani niż Polacy i Ukraińcy, i dlatego łudzili się, że nowa władza stworzy im lepsze warunki bytu. Zwłaszcza, że już na początku Sowieci włączali ich w struktury nowej władzy, oparli się na nich. Ukraińcy jednak woleliby dostać się pod Niemców; nawet spodziewali się ich, ich język był im bliższy. Ale Ukraińcy – pamiętam – dokuczali nam wtedy: „A jaka ta wasza Polska, że rozleciała się jak domek z kart”? I powtarzali taki wierszyk: „Oj ty Rydzu Śmigły, szczo tobie zdajetsia, ty utik zahranicu, ciłyj świt smiejetsia” (Oj ty Rydzu Śmigły, co tobie się wydaje, uciekłeś za granicę, cały świat się śmieje). Albo taki dwuwiersz, którym nas ośmieszali: „W nedilu po południ, o piątej hodyni rozpała się Polsza na dwi połowini. Odnu połowynu wziały sławni Nimci, druhu połowynu czerwonoarmiejci”.

   Polacy byli przygnębieni, zszokowani, że ta z takim trudem i cudem wywalczona niepodległość na naszych oczach się zawaliła. Później, po kampaniach wojennych we Francji, w Norwegii spojrzenie to zmieniło się.

   Mówi pan, zaufać...? A kto by im ufał? Oni do tej wojny przygotowali się wcześniej. Zanim Stalin dogadał się z Niemcami, że się podzielą naszym terytorium, mieli już przygotowane plany eksterminacji polskiego narodu. Dokładne plany z wnikliwą analizą sposobów jej przeprowadzenia. Skąd wiem? Bo... od pierwszych wywózek naszej ludności do obozów zagłady posługiwali się przemyślanymi schematami. W pierwszym rzucie z oficerami, policjantami i polską inteligencją wywieźli wszystkich leśników, gajowych i miejscowych funkcjonariuszy znających teren. Po co? Aby w przypadku podjęcia walki, uniemożliwić stworzenie partyzantki i różnych form oporu.

   Jestem o tym przekonany, że tak było, bo... pracując potem we Lwowie i korzystając często z kolei, miałem możliwość obserwacji ich transportów; to było zadanie z góry wcześniej zaplanowane i realizowane zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami; nie było w tym żadnej przypadkowości. Organizacja podwodów, którymi wywozili całe wioski, przygotowanie kolei, włącznie z wymianą obsługi transportów... No i ten tak wczesny, wraz z rozpoczęciem wojny, termin rozpoczęcia wywózek, też to potwierdzają.

   A to, że miałem szczęście? I pozwoliłem sobie powiedzieć o oleju w głowie...? To nie przypadek. Dzięki temu, wtedy we wrześniu, po raz pierwszy się uratowałem, przeżyłem. Gdy z kolegami z pułku podjęliśmy decyzję o powrocie do Podhajec, w Kołomyi dostaliśmy się w łapy Sowietów. Aresztowano nas i przez kilka dni trzymano jako internowanych. Czekaliśmy na transport. Wreszcie podstawiono wagony i rozpoczęła się wywózka. Ogłaszano, ponieważ wśród nas było bardzo dużo ludzi z zachodniej Polski, że nas wywiozą do Przemyśla, co było wierutnym kłamstwem. Jako miejscowy, dobrze znający ten teren, szybko zorientowałem się, że wcale nie skierowano nas na Lwów, ale na Podwysokie, a stamtąd na wschód na Tarnopol. Zorientowawszy się w sytuacji, na najbliższej stacji Potutory wyskoczyłem z transportu i po prostu uciekłem. No i miałem szczęście, bo nawet mi się wówczas nie śniło, co tych ludzi, z którymi jechałem, może czekać, że jadą na zagładę. Wtedy nikt nie zdawał sobie z tego sprawy.

   Z miejsca, gdzie udało mi się uciec z transportu, było do Podhajec 21 kilometrów. Trafiłem na przygodny parowóz, który prowadziła jeszcze nasza obsługa i wróciłem nim do miasteczka. Byłem pierwszym z pięciu braci, który po mobilizacji zjawił się w domu. Po kilku dniach wyjechałem do Lwowa, ponieważ tam byłem zameldowany, tam pracowałem i studiowałem. Jak się później okazało, zrobiłem mądrze, bo w Podhajcach było nas inteligentów z cenzusem niewielu i oczy wszystkich były na nas zwrócone. Wszystkich, którzy tam zostali, aresztowano później i 90% tych ludzi zginęło.

   Oczywiście, żartował pan z tym zaufaniem, wiem, ale... coś w tym było. Niektórzy przecież na początku próbowali ufać sowieckiej władzy. Zginąłbym i ja, bo przed wyjazdem do Lwowa z głupoty i poczucia obowiązku poszedłem do komendy policji i zameldowałem swój powrót. Zgłosiłem się na apel, jaki przeczytałem na afiszu wiszącym na budynku byłej Policji Państwowej, że oficerowie i podchorążowie rezerwy mają obowiązek zameldowania miejsca swojego pobytu. Zatem i zaufałem, i... nie wiedziałem, że znów jest to podstęp. Wyjeżdżając do Lwowa uniknąłem ponownego transportu. We Lwowie, który przed wybuchem wojny liczył 360 tysięcy ludzi, po wybuchu wojny zrobiło się niesamowicie tłoczno; liczba ta w końcu 1939 roku wzrosła do około miliona. Wśród napływowej ludności większość to byli Żydzi, poznaniacy, kolejarze jako uciekinierzy oraz wojsko i rezerwa. Na krótki czas można tam było się zgubić.

   Jednym słowem miał pan szczęście.

   Jak to mówią: opatrzność nade mną czuwała. Może właśnie po to, aby to kiedyś opowiedzieć, aby dać świadectwo prawdy o czasach, które poszły w zapomnienie, a o których zapominać nam nie wolno. Bo jak pan wie, naród odcięty od historii, to tak jak drzewo odcięte od korzeni. Taki naród sam skazuje się na zagładę.

   Wiadomo mi z historii, że po wkroczeniu Sowietów bezpośredniej walki z nami oni nie prowadzili. Ich działalność skupiła się głównie na agitacji.

   Armia została wcześniej rozbita przez Niemców i rozproszona, więc nie mieli i z kim walczyć. Ale te wywózki...?! To prawda, że Niemcy ułatwili im zadanie, rozbijając uprzednio regularną polską armię. Dzięki temu, chociaż słowo dzięki brzmi w tym miejscu paradoksalnie, cały swój wysiłek mogli skierować na kierunek eksterminacyjny oraz propagandowy w stosunku do tej części społeczeństwa, którą po likwidacji sił nim kierujących, mogli poddać obróbce komunistycznej propagandy. Ten kierunek działań mieli wyćwiczony już od czasów rewolucji październikowej.

   Pamiętam rok 1920; byłem małym chłopcem. To było latem, zapaliły się w naszym domu sadze w kominie. A wcześniej, zaraz w pierwszych dniach po wkroczeniu Sowietów do Podhajec, w naszym domu zażądał sobie pokoju jeden z czerwonych komisarzy. Bo propagandą zajmowali się u nich tak zwani komisarze. Był to oficer w stopniu podpułkownika. I on pomagał gasić ten pożar.

   Pamiętam, że ściany w pokoju powyklejał jakimiś fragmentami gazet, zarządzeniami, plakatami. Pluł na chleb, ugniatał go i tym mokrym chlebem przyklejał te swoje szpargały na ścianie. A mój ojciec wtedy, pracując w starostwie, podobne plakaty propagandowe, które inny ruski powiesił na budynku, zdjął, a właściwie zerwał ze ściany i podeptał. Widział to jeden z jego znajomych, który natychmiast doniósł o tym nowej sowieckiej władzy, i ojca aresztowano. No i na wieść o tym matka wpadła w rozpacz. A jeszcze zbiegło się to z tym pożarem.

   Na początku naszej znajomości mówił pan o braku zainteresowania młodzieży współczesną historią. Dajmy jej zatem garść rzetelnej wiedzy o tym, jak było naprawdę. Jakie losy przyszło przeżywać jej rodzicom i dziadom.

   Mówi pan, żeby opowiedzieć o propagandowych poczynaniach Sowietów. Ale pan, czytałem o tym w pańskiej trylogii o „Maksie”, zna te sprawy.

   Ja tak, ale chodzi o to, aby napisać prawdę o tym, co pan przeżył i czego pan doświadczył. Żeby czytelnik mógł się z tym zapoznać, a ci co znają historię „Maksa”, żeby mogli pogłębić swoją wiedzę, porównując, jak było na obszarze Galicji. „Maks” przecież działał na Wileńszczyźnie.

     Chyba wszędzie było jednakowo. I na Wileńszczyźnie i w Galicji, to znaczy wszędzie ludności tam zamieszkującej narzucono obywatelstwo radzieckie. Dlatego potem w Jałcie Stalin wygrał dla siebie, dla ZSRR polskie Kresy Wschodnie.

   Ale muszę podkreślić, że Związek Radziecki pozostawał z nami w stanie pokojowym, nie prowadził wojny. A tylko stan wojny mógłby w jakimś stopniu to, co wyczyniano z ludnością polską, usprawiedliwiać. Niestety, to co się działo, przekraczało wszelkie granice wyobraźni ludzkiej. Zapanowała w tym czasie atmosfera zastraszania i terroru.

   Zatem to nieprawda, że terroryzm wymyślili Arabowie, wymyślili go Rosjanie, on się tylko współcześnie zmodyfikował i rozwinął?

   ???

   Ale wróćmy do Podchajec...

   Pierwsze aresztowania odbyły się na początku października 1939 roku. Na pierwszy ogień poszedł naczelnik sądu pan Czesław Rytarowski (jego nazwisko znalazłem później na liście rozstrzelanych). A potem... cała policja. Na tamtych terenach żaden z policjantów nie przeżył, a ich rodziny zostały wywiezione. A w kolejności po nich aresztowano wszystkich przedstawicieli administracji państwowej; począwszy od prokuratora i sędziów, a skończywszy na wójtach, sołtysach. A nawet... dróżnikach i listonoszach, bo to też byli funkcjonariusze.

   I dlatego postanowił pan przenieść się wówczas do Lwowa?

   Tak. I po powrocie do Lwowa w pierwszych dniach października zgłosiłem się do swojego przedwojennego urzędu. Tam gromadzili się nasi, to znaczy ci, którzy brali udział w kampanii wrześniowej i w obronie Lwowa. Po napaści Niemców Lwów stawił opór, ale Niemcy otoczyli miasto i lasami od wschodu, od strony Winnik i od ulicy Gródeckiej uderzyli na obrońców. Później podeszły wojska rosyjskie i generał Langner, ówczesny dowódca korpusu i obrony Lwowa uznał, że lepiej będzie kapitulację złożyć w ręce radzieckie, bo... „ to zawsze Słowianie”. On biedny także nie przeżył. W tamtych czasach nie było mądrych, gdyż to wszystko, co wyczyniali okupanci, było wbrew logice. A bardzo mądrzy ludzie, profesorowie mojego uniwersytetu, którzy praktycznego życia w ogóle nie znali, przeważnie padli ofiarą Sowietów.

   Większe szanse na przetrwanie mieli drobni urzędnicy i funkcjonariusze, którzy mieli jakieś dodatkowe źródła utrzymania: ogródki, małe gospodarstwa, bo to stało się podstawą egzystencji i ich, i ich rodzin. Zanim oczywiście nie udało się zatrudnić do jakiejś pracy fizycznej, bo potem już tylko taką można było otrzymać. No i garstka naszych pocztowców miała to szczęście, że została, ale też tylko ci, co wykonywali podrzędne funkcje.

   Pamiętam, że po wybuchu wojny władze polskie na trzy miesiące z góry wypłaciły ludziom pensje w papierowych banknotach i tymi pieniędzmi jakiś czas ludzie dysponowali. To oczywiście nie dotyczyło uciekinierów, a tych we Lwowie było bardzo dużo.

   Proszę opowiedzieć o tym pierwszym zapamiętanym mitingu? Naszą rozmowę rozpoczęliśmy od tematu sowieckiej propagandy.

   Otóż wtedy zawiązała się na poczcie tzw. „profspiłka”. To ukraiński termin oznaczający związek zawodowy. Na przewodniczącego tego związku wybrano pracownika fizycznego. Pamiętam, bo umysłowi chodzili wówczas w granatowych fartuchach, a on chodził w zielonym, to był kolor pracowników fizycznych. I w celu przeciwstawienia sobie tych grup, wybrano na przewodniczącego takiego starszego pana, listonosza. Jemu właśnie przypadło zwołać ten wiec. Z ciekawości, co też nam powiedzą, co nas czeka, poszliśmy wszyscy.

   Rozstawiono stoły, nakryto je czerwonym płótnem, czego wcześniej nie było, używano co najwyżej zielonego sukna. Ten przewodniczący usiadł na środku, a przy nim... przedstawiciel Czerwonej Armii, jak on go przestawił. Muszę przyznać, że był to świetny mówca, a zarazem gracz polityczny, czego wówczas jeszcze nie wiedzieliśmy.

   Salę wypełniono po brzegi, bo ściągnięto wszystkich pracowników, a i z terenu chyba też. Pamiętam, nasze paniusie jeszcze eleganckie, dobrze ubrane, nóżka na nóżkę; pozajmowały miejsca w pierwszych rzędach, a myśmy, młodzi, stali, nadstawiając ucha, co to takiego będzie.

   Zagaił listonosz, wyjaśniając, że gość będzie mówił o pryncypiach socjalizmu. Wszystko odbyło się z pełną kulturą; jeszcze nie nastąpiło schamienie obyczajów, które niebawem zaczęło ogarniać naród, zwłaszcza w kolejkach. Te niekończące się potem kolejki po żywność i zatłoczone tramwaje zepsuły ludzi. Mówię o tym nieprzypadkowo, bo Lwów przecież słynął z wysokiej kultury społeczeństwa. To był mały Paryż, tak o nim mówiono. Jak jakaś panienka wchodziła do tramwaju, to od razu kilku dżentelmenów się zrywało na równe nogi, żeby jej ustąpić miejsca. A wulgarne słowa? Nikt nigdy takiego w takim miejscu nie usłyszał. Nawet od „batiarów”, którzy dobrze wiedzieli, gdzie można coś ostrzejszego powiedzieć. A jeśli przez przypadek ktoś na chodniku kogoś potrącił, to zaraz ukłon, uchylenie kapelusza i przepraszam. Pełna kultura. Takim Lwów przedwojenny zapamiętałem. I płakać się chce po tym Lwowie. Jakie to było miłe i atrakcyjne miasto...

   A wracając do mitingu, panie Józefie...?

   Aha. Wszyscy wtedy, nie wyłączając mnie, byli naiwni bardzo, bo braliśmy to, co ów prelegent mówił, za dobrą monetę. Ten komisarz, czy jak go tam zwać, zaczął od przeprosin, że nie będzie mówił po polsku, ale podkreślił, że jest przekonany, iż mimo to będzie przez nas rozumiany, co zresztą potwierdziły oklaski, jakie rozległy się na sali. No i przyjął taką metodę, że przeciwstawiał sobie to, co widział u nas, z tym co rzekomo ma być, gdy przyjdzie władza radziecka. Robił przy tym takie teatralne miny i gesty, że aż nam na zmianę robiło się to przykro, to wesoło.

   - Joj, widzę, że u was policjanci mają „reziny” (pałki) i używają ich, biją ludzi – załamał ręce. – Traktują ludzi jak”skotiny” ( bydło). Gdzież to jest możliwe, żeby w XX wieku tak traktować społeczeństwo?! – pytał z oburzeniem. – U nas! – podkreślał – wielikaja oktiabrskaja socjalistyczeskaja rewolucja raz na wsiegda z etom pokończyła! Raz i na wsiegda!

   I dalej: - Wasz ustrój! – krzyczał – charakteryzuje się chęcią zysku! Wyzyskiem biednych ludzi! Jeden drugiego w łyżce wody by za ten wyzysk utopił. A symbolem tego wyzysku jest złoto! I pogoń za pieniądzem. – Tu przerwał, rękę na piersi położył i znów skandował dalej: „ U nas! Samoje dragocennoje załoto, eto Cze-ło-wiek! – Wtedy rozległy się brawa, on przeczekał i głośno dopowiedział: Tak skazał towariszcz Stalin!... - A potem piał z zachwytu nad ich konstytucją; stalinowską z 1936 roku, która: wprowadziła społeczeństwo bezklasowe, znów... raz na wsiegda, kończąc z klasami społecznymi, elitami, wyzyskiem, powodując rzekomy podziw i zazdrość całego świata. Ta konstytucja powiada: „lubaja republika w luboje wremia może wyjty iz sostawa Sowietskowo Sojuza, jeśli pożełajet!” (Związek Radziecki nie trzyma republik przy sobie siłą, każda która zechce wystąpić zZSRR, może to uczynić). – Tak agitował. I znów rozległy się brawa. Żebyśmy wówczas wiedzieli, jaka to naprawdę jest ta ich sowiecka władza i demokratyczna konstytucja...? W najczarniejszych myślach mi nie przyszłoby do głowy, że jej na swojej skórze doświadczę niebawem , na Workucie...

   A wybory? Brał pan udział w wyborach za przyłączeniem do Ukrainy? Z historii wiem, że je tak zmanipulowano, iż rzekomo całe społeczeństwo opowiedziało się za sojuszem...

   Muszę przyznać, że głosowałem. Ale nie było innej możliwości. Przed wyborami, które odbyły się 22 października 1939 roku, rozpętała się atmosfera donosicielstwa, szantażu i terroru. Po domach, mieszkaniach biegali żołnierze i nie, żeby zachęcali, ale wręcz zastraszali, iż jeśli kto nie weźmie udziału, poniesie surowe konsekwencje. A potem patrzyli na ręce. Oczywiście, to głosowanie dało 99% frekwencji i tyleż głosów za przyłączeniem nas do Kwitnącej Ukrainy. Ile w tym było manipulacji, nie wiem. Pamiętam tylko, że ta ich Kwitnąca Ukraina nie wyglądała wcale kwitnąco. Granica na Zbruczu była zablokowana, żeby ludzie zanadto się jej nie przyglądali. Opowiadano, że ci, którym udało się stamtąd przedostać, byli wynędzniali, że jest tam przeraźliwa nędza. Że to nic w porównaniu z kolejkami, jakie wówczas widziałem we Lwowie, jadąc rano do pracy tramwajem, gdzie ludzie po północy już ustawiali się pod sklepami po chleb. Spali opatuleni w kożuchy i oparci o ściany czekali, aż rano otworzą sklepy i dowiozą pieczywo.

   Domyślam się, że prawdziwy głód przyjdzie panu poznać dopiero w sowieckich łagrach?

   To prawda, ale na Workucie takiego głodu jak na Kołymie, o czym opowiadał panu „Maks”, żeby ludzie zjadali się nawzajem, nie było. Mimo to... – Józef Wojciechowski zawiesił głos. Wydawało mi się, że zdławiło go kolejne przykre wspomnienie.

   Jeśli chciał pan powiedzieć, że znów rzeczywistość przerosła wszelkie ludzkie wyobrażenia o głodzie i krzywdzie, jaką potrafił wyrządzić człowiek drugiemu człowiekowi, to rozumiem pana, pisałem o tym, panie Józefie, w książce o Kołymie. A teraz, jeśli Pan pozwoli, przytoczę kolejny list z Kazachstanu pańskiej siostry Marii.

Kochani Rodzice!

                                                                                               (list bez daty)

 

     Jesteśmy zdrowi i wszyscy razem – to znaczy Leszek i dzieci, bo Tadzika z nami nie ma. Mieszkamy w kołchozie im. Kaganowicza i pracujemy w polu, t.zn. ja kopię ziemię i sadzę ziemniaki, a Leszek orze wołami i sieje proso i słonecznik. Pracujemy za darmo i ciągle jesteśmy głodni, bo jesteśmy na swoim wikcie, a to znaczy że całkiem nie mamy co jeść, bo wszystko nam się skończyło, a kupić nie ma co i nie ma za co. Drożyzna tu straszna. Dzieci moje bardzo zmizerniały, a my z Leszkiem także mamy coraz mniej sił do pracy.

   Co słychać z Wami i u Was. Nas najwięcej gnębi brak wiadomości od Was. I w ogóle, co porabia Róża i Józio. Niech do nas napiszą, podaję adres (adres po rosyjsku imię i nazwisko, nazwa kołchozu, rejonu i wsi, republiki – dop. autora). Co słychać z rodziną Tadzika?

   My pracujemy codziennie, odpoczynku tu nie ma, tylko wtedy, kiedy pada deszcz, ale deszcze tu rzadko padają, tak że ziemniaki musi się podlewać. Nie mam nic czasu dla siebie; ani co zrobić, ani dzieci pokąpać, poprać. A i brak mi balji, albo przynajmniej nasiadówki. W ogóle wybrałam się tu jak na wycieczkę, a teraz trudno tu żyć. Dzisiaj Zielone Święta, a my pracujemy. Leszek orze od rana na stepie, a ja sadzę te nieszczęsne ziemniaki i nie mogę nawet opisać, co się ze mną dzieje. Jestem bardzo ciekawa, jak Wy tam żyjecie i jak sobie dajecie radę ze wszystkim. Co z mojemi rzeczami. Proszę sprzedać co się da i przysłać nam pieniądze, a gdyby można przysłać paczkę, to proszę coś kupić i przysłać nam, ale coś takiego, żeby w drodze się nie zepsuło. Tu mówią, że można wysyłać ośmiokilogramowe pakunki, ale tam proszę się dowiedzieć jak to jest. Nam się tu wszystko przyda, mąka, krupy, tłuszcz, mogą być suchary z bułki czy chleba, choćby były nawet zapleśniałe, to nic nie szkodzi.

   Żałuję bardzo, że dzieciom w domu nie dawałam więcej jeść, to by mogły łatwiej teraz przetrzymać to wszystko. Leszek teraz tak wygląda jak wtedy, gdy powrócił z wędrówki. Ogolić się nie ma czym i chodzi zarośnięty jak leśny dziad.

   Czekamy niecierpliwie na wiadomości od Was. Jest nas tu z Podhajec + 50 osób i nikt nie dostał jeszcze żadnej wiadomości od bliskich.

   Proszę napisać, czy w szkole zapłacili mi za pół miesiąca i co robi Kazik. I proszę się nami nie martwić i sobie niczego proszę nie żałować do jedzenia. Proszę mi napisać, czy była jaka wiadomość od Tadzika, bo ja tu nie mam żadnej wiadomości, proszę mi kilka słów napisać i podać na nasz adres. Kończę już, bo i tak za dużo napisałam.

     Całuję Wszystkich serdecznie i proszę pamiętać o nas. Romuś i Stasieńko całują mocno babcię i dziadzia i wszystkich.

                                                                                                                Maryśka.

 

   Polacy znów skłaniają się ku Zachodowi, ale czy istnieją historyczne przesłanki, by było inaczej, by Polska mogła zaufać Rosji? Oczywiście, to są tematy dla polityków, ale ich umocowania w przeszłości są nadal na tyle silne, by tego nie dostrzegać. Wracamy zatem do historii, bo choćby nie wiem jak się starać zmieniać jej bieg, jest ona jak wartka rzeka. Gdy woda wyleje, jej nurt sam odnajduje stare koryto.

   Czy była jeszcze jakaś inna sprawa, którą warto opowiedzieć?

   Była, proszę pana. To wspomniana już deportacja. Jej wspomnienie prześladuje mnie do dzisiaj.

   Śni się panu po nocach? Proszę opowiedzieć, co pan z niej zapamiętał.

   Długo to wszystko śniło mi się i powracało w pamięci o każdej porze dnia i nocy. Z biegiem czasu pamięć się zaciera, ale... choćby nie wiem ile minęło od tamtych dni, są sprawy, których się zapomnieć nie da.

   Pamiętam, była śnieżna zima. Okropne mrozy. I wtedy nastąpiło coś, co nas wszystkich oszołomiło. Jak wiadomo, pierwsza deportacja miała miejsce z 9/10 lutego 1940 roku. Deportacja koleją. Od Dźwiny, Wilna, Białegostoku, Suwałk aż po Stanisławów, Karpaty, Zaleszczyki masowo wywożono ludzi. Wyłącznie Polaków, osadników, którzy nie znali języka ukraińskiego. Ponieważ we Lwowie była węzłowa stacja kolejowa, te transporty tam się krzyżowały. Lwów był oszołomiony.

   Kolejarze jeszcze wtedy czuli się jak u siebie w domu, to dochodziło do tego, że wyłamywali drzwi w wagonach i niektórych z deportowanych zdołali uwolnić. Znam nawet osoby, które się uratowały i we Lwowie „zgubiły się”, wsiąkły w społeczeństwo, zmieniły tożsamość, zorganizowały sobie jakąś pracę, powiedziały sąsiadom, że są uciekinierami spod Łowicza i udało im się.

   Odtąd czas okupacji mijał na ciągłym wyczekiwaniu na dalsze wywózki, na wiadomości od bliskich, na pomyślne wieści o losach wojny i tak dalej. Wszystko to się przeplatało wzajemnie...

   Ja szczęśliwie jakoś pierwszą okupację sowiecką przetrwałem. Straciłem jednak niemal wszystkich kolegów z gimnazjum w Podhajcach. Mogę podać nazwiska wywiezionych w 1939 roku?

   Proszę bardzo. Umieścimy je w książce, zostanie ślad dla potomnych.

   Miało to miejsce na terenie Podhajec w pierwszych dniach grudnia. W ciągu jednej nocy władze NKWD przeprowadziły akcję na podstawie wcześniejszej rejestracji. Mówiłem już, uniknąłem jej, wyjeżdżając do Lwowa. Wyłowili wówczas wszystkich oficerów, podchorążych rezerwy w liczbie 26 osób. Byli to m.in.: prezes PZU pan Jastrzębski, nauczyciel Lebensart, urzędnik pocztowy Horbaczyński, urzędnik wydziału powiatowego Majewski, dyrektor Komunalnej Kasy Oszczędności Ludwik Majewski, zastępujący w tym czasie burmistrza nauczyciel Stanisław Sznajder, pracownik magistratu Mieczysław Kowalczyk, nauczyciel Wilhard, starszy pan Bronisław Czop, który wcześniej w czternastym roku dostał się do niewoli rosyjskiej i spędził w niej sześć lat, Józef Stesłowicz i Józef Dziadkiewicz oraz Józef Pękalski, który w ogóle nie podjął pracy, bo miał bogatych rodziców, i całkiem młody chłopak bezpośrednio po maturze Leonard Bajorek. Tylu zapamiętałem. I wiem, że przeżyli Bronisław Czop i Mieczysław Kowalczyk, który potem był księdzem, a wcześniej brał udział w bitwie pod Monte Cassino. I przeżył też Wilhard; mieszkał po wojnie w okolicach Myślenic.

 

   Wychodząc, zabieram ze sobą listy Marii, siostry pana Józefa. Interesuje mnie, czy otrzymała oczekiwane paczki żywnościowe, które mogłyby uratować jej dzieci od głodowej śmierci.

   Przytaczam zatem kolejny jej list:

 

                                                                                                              7. VII – 1940

Kochani!

   Otrzymaliśmy już od Was trzy pakunki. Jeden od Róży i po jednym od Mamy i Z. Za wszystkie serdecznie dziękujemy. Proszę również podziękować Róży, bo nie chcę do niej tak często pisać, aby jej czasami nie narazić. Wszystkie pakunki przyszły w dobrym stanie i nie były naruszone, a tak ślicznie wszystko było zapakowane, że nic się nie zmarnowało. Dostaliśmy ten pierwszy pakunek nadany w Tarnopolu; ten w którym była szynka i ten ze sucharami. Jeszcze raz wszystkim serdecznie dziękuję za pomoc w naszym nieszczęściu.

   Nie potrafię Mamie opisać tej radości, jaką sprawiły te pakunki moim dzieciom. Każdy pakunek głaskali i kochali i po dziesięć razy pytali się od kogo. Pomagali rozpakowywać, a gdy dostali się do tych ciastek i sucharków, to radość ich nie miała granic. Każde ciastko całowali, a potem jedli i o każde z osobna pytali, kto to wypiekł. Szczególnie Stasieńko był śmieszny, bo pytał się tak: „Dla mnie upiekła Babcia? Dla mnie? Tak? Dla mnie w naszym domku”? Cieszył się i jadł ciastko, a potem znów to samo powtarzał.

   Leszek także cieszył się jak dziecko pakunkiem i aż do roboty się spóźnił, a ja tego dnia wcale do roboty nie poszłam. Cieszyliśmy się bardzo pakunkami, ale równocześnie martwimy się, że te pakunki za drogo Was kosztowały i Wy pewno na sobie oszczędzacie, ażeby nam je posłać, ale tego nie róbcie i sami się dobrze odżywiajcie, żebyście mogli się doczekać naszego powrotu.

   My jesteśmy zdrowi, tylko Romuś znowu coś mi choruje i od wczoraj leży i ma wysoką gorączkę, nie wiem co mu jest i bardzo się martwię, a lekarza tu nie ma, ani żadnych lekarstw. Przez cały czas nic nie je, a nie mogę mu zgotować kompotu, bo tu owoców nawet suszonych nie ma. Może Mamusia będzie mogła dostać jakieś proszki przeciw gorączce, przeziębieniu, ziółka, wazelinę, puder dziecięcy, bo tu żadnych takich rzeczy dostać nie można, a Stasiu dostał jakąś wysypkę, ze słońca. Martwię się także, że Stasio mój nie jest szczepiony przeciwko ospie, chociaż on bardzo dobrze się trzyma, najlepiej z nas wszystkich. Najgorzej to Romuś odczuwa zmianę klimatu i o niego najwięcej się boję.

   Od Tadzika nadal nie mam żadnych wieści i nie wiem, co się z nim dzieje. Żebyśmy chociaż tu razem byli, byłoby może nam lżej, a tak o niego jeszcze jestem niespokojna i nie mogę w żaden sposób zdobyć o nim jakiejś wiadomości.

   Mamusiu proszę się o nas nie martwić i nie płakać, może jednak Bóg pozwoli i się zobaczymy. Życie nasze tu bardzo trudne i ciężkie, a wobec tych wieści, jakie dochodzą do nas z Zachodu, jest beznadziejne.

   Jeszcze raz serdecznie dziękuję za te wszystkie pakunki, które są zbawienne dla dzieci, bo o nich przecież najwięcej chodzi. Całuję serdecznie wszystkich. Proszę pozdrawiać znajomych.

                                                                                                                   Maryśka

 

   Listów, razem z tymi od Leszka, który pomagał Marii na zesłaniu, jest kilkanaście. Rozumiem, że po informacji Leszka, iż wybiera się na front, by walczyć z okupantem u boku generała Andersa, korespondencja od niego się urywa, ale z tego co wiem, Maria Zaręba z domu Wojciechowska przetrwała na zesłaniu aż do końca wojny. Pytam zatem pana Józefa, dlaczego nie ma żadnej korespondencji od niej, datowanej po czerwcu 1941 r.? Pan Józef wyjaśnia, że to oczywiste, korespondencja ustała po napaści Niemiec na ZSRR. Na jej przeszkodzie stanął front. Z tego powodu Maria na zesłaniu nie dowiedziała się o zamordowaniu jej męża w Katyniu. Tak jak i z powodu działań wojennych rodzina Wojciechowskich nie dowiedziała się aż do ich zakończenia o bohaterskiej śmierci Leszka pod Monte Cassino.

---------------------------

*/ Oficjalna propaganda głosiła „o przyłączeniu do kwitnącej Ukrainy”. W krótkim czasie okazało się, że na tej Ukrainie panował niedostatek, a nawet nędza.

**/ 12 lipca 1934 r. na mocy rozporządzenia prezydenta Ignacego Mościckiego z 17 VI 1934 r.

   W Berezie władze sanacyjne utworzyły obóz odosobnienia dla osób „których działalność lub postępowanie daje podstawę do przypuszczenia, że grozi z ich strony naruszenie bezpieczeństwa, spokoju lub porządku publicznego”. Bezpośrednim impulsem, który skłonił Józefa Piłsudskiego do podjęcia decyzji o utworzeniu obozu, było zamordowanie przez działaczy Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (UON) ministra spraw wewnętrznych Bronisława Pierackiego.

   Obóz funkcjonował do końca II Rzeczypospolitej w 1939 roku. Jest często wykorzystywany w celach propagandowych, by wykazać, że istniały rdzennie polskie obozy koncentracyjne. W rzeczywistości Bereza, której zadaniem była izolacja osób uważanych przez ówczesne władze za zdrajców, nie miała nic wspólnego z późniejszymi nazistowskimi obozami, których głównym celem było wyniszczenie i fizyczna eksterminacja. Wśród ok. 16 tysięcy osób, które przewinęły się przez Berezę, znajdowali się działacze nielegalnych Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN), Komunistycznej Partii Polski (KPP), Obozu Narodowo-Radykalnego (ONR), ale także osoby związane ze Stronnictwem Ludowym (SL) i Polską Partią Socjalistyczną (PPS). Wciągu pięciu lat funkcjonowania obozu zmarło tam od 4 do 17 osób, w zależności od źródeł.

 

Pin It