Janusz Termer      
                                                  

Lektury nieprzedawnione

 

 

 

                           Klejnot w koronie pamiętnikarstwa polskiego

 

 

Jan Cybis
Jan Cybis
   Osiemnastego lutego roku 1814 jechał na białym koniu człowiek średniego wieku, nieco otyły, w sieraczkowym surducie po szyję zapiętym, w kapeluszu stosownym bez żadnego znaku prócz małej trójkolorowej kokardy. Za nim w niejakiej odległości drugi, znacznie młodszy, także w surducie, ale ciemnozielonym, także kapeluszu bez znaków, także zgarbiony równie jak pierwszy, a może i lepiej - siedział na dereszowatym koniu. Koń biały, krwi orientalnej był niewielki, niepokaźny, ale dzielny. Deresz zaś był... dereszowaty, trudno co o nim więcej powiedzieć: nie wstrzymywany ani sławą przodków, ani swoim własnym usposobieniem, potykał się często na drodze, którą mu los codziennie wyznaczał.

   Pierwszym z tych jeźdźców był Napoleon, drugim byłem ja....

 

   Tak zaczyna się ten niezmiernie i dziś jeszcze czytelniczo atrakcyjny pamiętnik Aleksandra Fredry, zatytułowany przez autora - z nonszalanckim nieco i przewrotnym oczywiście, pozornym tylko lekceważeniem własnego pisarskiego trudu - Trzy po trzy. Toteż na mojej liście "lektur nieprzedawnionych" znajduje się to arcydzieło polskiej prozy na jednej z czołowych pozycji. Polecam zatem jego lekturę na długie zimowe i świąteczne wieczory pod choinką... Acz nie tylko w charakterze cennej i błyszczącej ozdóbki, a przede wszystkim jako znakomitej odtrutki. Między innymi i na to, co widać i słychać dziś za naszymi oknami... I nie chodzi tu rzecz jasna o samą tę smętną porę roku czyli nostalgiczną pogodę, ile o wyraźnie obecne tutaj echa owych "potępieńczych swarów", jak widać od dawna wpisanych w losy narodowej rzeczywistości (czy na trwale?), zawsze mało budujących, nadal dających o sobie dotkliwie znać i w teraźniejszym naszym społeczno-narodowym pejzażu... Chodzi też o to, że jest to lektura, która - jak dawniej mawiano - "bawi i uczy", a nigdy nie nudzi... Że od momentu swego publicznego pojawienia się, stała się jedną z ważniejszych "lektur" kanonu literackiej polszczyzny, czyli źródeł inspiracji bezpośrednich bądź pośrednich; ważną i znakomitą pisarską "szkołą" stylowej jasności, a także "sercem gryzącego" krytycyzmu w oglądaniu spraw narodowych i społecznych. Dla wielu pokoleń wielkich "narratorów" literatury polskiej - dla prozaików tak różnych, jak choćby Henryk Sienkiewicz, Bolesław Prus, Stefan Żeromski, Ksawery Pruszyński, Witold Gombrowicz, Jarosław Iwaszkiewicz, Melchior Wańkowicz, Wojciech Żukrowski...

 

 

   Aleksander Fredro (ur. 1793 lub 1791, zm. 1876) długo nie miał szczęścia do wydań swoich utworów, w tym także nawet i słynnych komedii, z Zemstą i Ślubami panieńskimi na czele (parokrotnie wydawał je własnym sumptem). Cóż dopiero powiedzieć o nie mniej słynnych potem i obrosłych z latami legendą pamiętnikach Trzy po trzy, które powstawały w latach 1844-46, a ich pierwodruk (na dodatek ocenzurowany) ujrzał światło dzienne w Warszawie dopiero w 1888 (w tomie 11 jego "Dzieł"). Zaś wydanie pełne i poprawne ukazało się w blisko sto lat później, w opracowywanych przez prof. Stanisława Pigonia Pismach wszystkich t. 13, cz. 1-2 (wstęp Krystyna Czajkowska), 1968-69! W ostatnich dziesięcioleciach wznawiane kilkakrotnie, zarówno w prestiżowych (Biblioteka Arcydzieł Poezji i Prozy, 1980) jak i popularnych seriach wydawniczych (Towarzystwo Upowszechnienia Czytelnictwa, 1996).

 

   Karierę czytelniczą i entuzjazm krytyków zawdzięcza ten "napoleoński" pamiętnik Aleksandra Fredry swym licznym i znamiennym walorom, smaczkom literackim oraz poznawczym niespodziankom. Czytelnicy polscy dostrzegli bowiem od razu w Trzy po trzy wszystkie zalety i uroki tego najbardziej osobistego dzieła autora, komediopisarza i prozaika - jak słusznie pisano - "ratującego Polskę od melancholii". Gawędziarski i kunsztowny zarazem sposób opowiadania łączącego żywy ton bezpośredniej "subiektywnej" narracji i swobodny stylu pociągający powabami autentycznego dokumentu z epoki, kryją bogate świadectwa przeżyć i doświadczeń życiowych wielkiego pisarza z owych dawnych czasów, czyli początków XIX wieku. Jakże istotnie przełomowych dla niego samego, jak i dla naszych narodowych oraz europejskich dziejów całego ostatniego dwóchsetlecia.

 

   Wydarzeń, których był naocznym świadkiem; czasów i ludzi przywołujących długie i nie milknące echa w świadomości wielu pokoleń rodaków, twórcy tych wspomnień. Rzecz jasna chodzi o epokę, w której rodziła się nowoczesna świadomość narodowa, ta także polska romantyczna legenda napoleońska, tak pełna złudzeń i nadziei, tak niesłychanie, jak się okazało, żywotna u nas bardzo nie tylko przez całe tamto stulecie (ulegał jej nawet poczciwy subiekt Ignacy Rzecki, bohater Lalki Bolesława Prusa). Legenda literacko płodna (nawet w tak gwałtownym sprzeciwie ukazana, jak w Popiołach Stefana Żeromskiego).

 

   I tutaj rzecz niezmiernie ciekawa - dlaczego Aleksander Fredro, jako nieopierzony młodzian z entuzjazmem i na ochotnika wstępujący do służby wojskowej u boku wielkiego Cesarza w roku 1809, uczestnik wielu kampanii napoleońskich, oficer ordynansowy w sztabie przybocznym Napoleona w czasie kampanii odwrotu wojsk francuskich spod Moskwy w latach 1813-1814, choć wiernie towarzyszący mu do tragicznego końca, sam jednak miał - czego nie ukrywał - wielce złożony do niego stosunek, i nie zachował kultu dla wielkiego idola swojej młodości?

 

   Ale nam, czytelnikom, w niczym to nie przeszkadza. Przeciwnie, to z tego między innymi powodu Trzy po trzy stały się tak pasjonującą lekturą dla pierwszych czytelników, jak i nadal są lekturą niezmiernie żywą i pouczającą dla czytelników dzisiejszych, którzy radzi byliby dowiedzieć się,i to z pierwszej ręki - od tak znakomitego świadka - jak to naprawdę w tych legendarnych napoleońskich czasach było! Jak i dlaczego rodził się w Polsce, trwał, a czasami tylko upadał, mit i kult "małego kaprala", idola budzącego swoją osobą, zwycięstwami i mocarstwowymi planami - tak niewspółmiernymi wobec oczekiwań - nadzieje oraz zapał wojenny całego młodego pokolenia Polaków?

 

   Entuzjastycznie na ogół Trzy po trzy przyjęli zatem zarówno czytelnicy, jak i krytycy literaccy. Dość przypomnieć, że Adam Grzymała-Siedlecki w swym bardzo pochlebnym studium o tym utworze, pisze, że jest w nim "nie tylko poblask, ale i piętno bogatego talentu". Potem Wacław Borowy zwraca uwagę na niezwykłość kompozycyjną tego fredrowskiego pamiętnika, dla którego wzorem była powieść, która stworzyła szkołę pisarską we wszystkich krajach Europy, a mianowicie Tristram Shandy XVIII-wiecznego pisarza angielskiego Laurence'a Sterne'a - jednego z ojców nowoczesnej prozy europejskiej - i dodaje z szelmowską miną, że "Fredro okazuje się dowcipniejszą sztuką, niż mogliśmy przedtem przypuszczać!". Zaś Kazimierz Wyka uważał Trzy po trzy za swoisty testament pisarski autora Zemsty, dzieło ujawniające otwarcie charakter i cechy jego niezwykłej osobowości, łączące niekłamany liryzm z wielkim poczuciem humoru, będące - z czym zgodzić się trzeba całkowicie - "jednym z klejnotów polskiego pamiętnikarstwa".

 

   "Byłbym (...) uniknął wielu niezrozumiałości - pisze Aleksander Fredro w pewnym miejscu swych pamiętników - gdybym był zaczął, jak Bóg przykazał, od początku. Na przykład: Był Pan i Pani... mieli syna, nazwali go Aleksandrem... Albo też: Urodziłem się w Surochowie w Ziemi Przemyskiej, z Jacka z Pleszowic i Marii z Dembińskich Fredrów małżonków...". Dziś czytane pamiętniki Fredry potwierdzają w całej pełni sukces i poznawczą oraz literacką płodność tej nowatorskiej wówczas, "sternowskiej" metody pisarskiej. Polega ona na tym, że autor zaczyna na przykład opowiadać o bitwie pod Montereau, przerywa jednak opowieść, by ukazać niby nic nie znaczącą historię swojego płaszcza, ale i tę opowiastkę przerywa, by robić kolejne dygresje, które na zasadzie luźnych skojarzeń i pozornie odległych asocjacji przywołują następne dygresje... I tak da capo el fine! Toż to proza całą gębą nowoczesna i dziś jeszcze (nie powstydziliby się jej zapewne ani Leopold Buczkowski ani Andrzej Kuśniewicz, obaj nota bene galicyjscy krajanie Aleksandra Fredry), tak wiele tu znakomitych i celnych "asocjacji", spostrzeżeń i uwag o życiu, czasach i ludziach tamtej epoki.

 

   Ten kostyczny i mądry oraz ciągle, mimo upływu lat, młody duchem "staruch" (jak sam siebie nazwał w Zapiskach starucha) w niekonwencjonalny sposób opisał w Trzy po trzy swoją bogatą, bujną, pełną znaczących doświadczeń - "chmurną i durną" młodość: wspomnienia z domu rodzinnego i lat służby wojskowej. Młodość patriotycznego zapaleńca i paniczyka z zamożnego domu hrabiowskiego (choć jak wiadomo dość świeżej daty!), który po latach tę wielką "przygodę życia" z Napoleonem i własną epokę, oddał z właściwą sobie psychologiczną dociekliwością, wielkim poczuciem humoru oraz równie wielkim zmysłem "przytomnej" realistycznej obserwacji (patrz na przykład jego przenikliwe uwagi o sobiepaństwie, egoizmie stanowym szlachty, płynących stąd przykładach i składnikach obyczaju oraz charakteru narodowego rodaków). Stworzył, mówiąc krótko, dzieło mające obecnie szansę bodaj czy nie na większą trwałość, niż większość jego tak znakomitych przecież i nadal żywych scenicznych komedii (kto wie, kto wie?).

   Poniżej kilka znamiennych cytatów z Trzy po trzy, ilustrujących i ukazujących Aleksandra Fredrę jako "trzeźwego romantyka", z którego sądami sprzed lat warto się spotykać i dziś; obserwatora rzeczywistości i pisarza, nie szczędzącego zarówno sobie, swoim rówieśnym, jak i nam dziś wszystkim jego "późnym wnukom", słów gorzkiej prawdy i nauki. Na przykład:

   Zgon księcia Poniatowskiego pod Lipskiem osierocił wojsko polskie w całym znaczeniu tego słowa. Zarzucają Polakom, że są niesforni, że trudno nimi rządzić. Mnie się zdaje, że bardzo łatwo, byle rządzić z konia i z szablą w ręku. Więcej natchnienia niż rozwagi zwykliśmy słuchać. Zgromadzamy w jedną wszystkie nasze wymagania, całe nadzieje nasze, w niej zamykamy całą sprawę. Czynimy ją poniekąd fatum naszym. Nim był Kościuszko, Poniatowski i charakteru tylko Chłopickiemu, a talentu Skrzyneckiemu nie dostawało, aby utrzymać się na szczycie, na które ich barkami narodu parło przeznaczenie. Dlatego to każdy upadek podobne gwiazdy roztapia od razu łączący nas cement, ogół rozkłada się na cząstki. Rozumowania wyrażają się w zatargi i trwają, póki jaka nowa iskra nowego entuzjazmu nie zapali i na nowo nie zacznie lutować. Nie mamy w sobie wielkiej wzajemnie przyciągającej się siły, przeciwnie, antyłączne usposobienie jest główną naszą wadą. Każdy chce robić swoją głową, pracuje często w krwawym pocie czoła, ale póki sam. Zaledwie jaka zwiąże się asocjacja, już więdnie w związku. Jeden spuszcza się na drugiego, a więcej jego zapał stygnie w miarę wzmagającej się gorliwości drugiego. Dlatego gwałtowny tylko wiry może łączyć rozstrzelane siły. Ale natenczas neutralizuje się indywidualna działalność, energia. Duch władzy ubóstwianej porywa nas, ale nas nie przenika wskroś, stoi zawsze poniekąd osobno. Raz w prądzie, nie nas prąd niesie, my ręce zakładamy. Nie przegrana pod Maciejowicami, ale wzięcie Kościuszki, pomimo że on nie miał znakomitych zdolności wodza, zadało raz śmiertelny ówczesnej sprawie. Książę Józef byłby na koniec świata, by się tak wyrazić, szedł za Napoleonem, a wojsko polskie za nim. Zginął, a z nim i duch jego. Każdy wrócił do siebie samego i nie mógł się zrozumieć. W ostatniej walce niepodległości narodowej zamknęliśmy cały byt Ojczyzny w Warszawie. Warszawa upadła, a wojsko nie niezwyciężone rozchodzić się zaczęło. Bo nie z własnego przekonania przędziemy istotę rzeczy, ducha sprawy, ale przyjmujemy go za pomocą chwilowego uniesienia...

   Nie brak też opisów takich, jak choćby ta pyszna sceny, jakby żywcem wzięta z jakiejś antyheroicznej fredrowskiej komedii, jeśli nie wręcz z jakiejś antywojennej "szwejkopodobnej" prozy XX w. Oto autor Trzy po trzy z autoironicznym rozbawieniem opisuje jedną ze swoich "wojennych" przygód (zaiste godnej Falstaffa czy Zagłoby), gdy pewnego razu w Warszawie spod kościoła Świętego Krzyża poniósł go spłoszony przez uliczny tumult narowisty koń:

 

pędząc i stając, jakby przy kalwaryjskich stacjach, dobiegłem przecie do Wilanowa, gdzie zsiadłem czym prędzej, by do Puław nie dojechać.

   Jenerał Rożniecki, inspektor kawalerii, którego baliśmy się podówczas, jak się później bano wielkiego księcia albo jak się boi diabeł święconej wody, zbliżył się do mnie i zapytał: - Cóż to waćpan za sztuki pokazywałeś? - Nie mogłem konia wstrzymać - odrzekłem cienkim głosem. - Nie trzeba tego mówić - zwołał jenerał i postawił marsa, w którym był mocniejszym niż w czymkolwiek innym. - Oficer kawalerii powinien być zawsze panem swego konia, inaczej koń oficerem, a oficer staje się koniem.

   Na ten komplement pomyślałem sobie, i nie jedno, ale nic nie odpowiedziałem. Bo inne myśleć, a inne mówić - rzekłby śp. wojewoda podolski, mój antenat.

   I na koniec jeszcze inna, też wcale nie błaha, i wcale nie rzadka też w tej opowieści, owa autotematyczna nuta i zarazem nostalgiczna, egzystencjalna refleksyjna tonacja - połączona z wielkimi znakami zapytania. Po kilkakroć pojawiającymi się na kartach tej, tak bogatej, wielce różnoimiennej narracyjnie i tematycznie, wspomnieniowej opowieści "starego" Aleksandra Fredry, jak choćby w tym fragmencie:

...pytam się sam siebie, po co puszczam pióro za błąkającą się pamięcią. Na co rozpowiadam o sobie, o stosunkach rodzinnych?... Po co?... Na co?... Dla kogo?... - Zacząłem pisać, myśląc, że się kiedyś zejdziemy, że wam czytać będę to, co dobrze wiecie, tak jak to zwykło się mówić: P a m i ę t a s z?... A dawno znajomy dobrze pamięta, jak słucha chętnie jakie wspomnienie z lat młodych, z lat dalekich, słucha jakby własnego serca...

 

Pin It