Andrzej  Gronczewski 

 

                                        I  s   t  o  t   a     m  o  r  z  a –  

                                     c z y l i  „E s e j   d ę b k o w s k i ”

 

                      Morze na  stopniach  święta, jak  oda  z  kamienia : wigilia  i święto                      

                   na  granicach naszych, szept i święto  na  wysokości ludzkiego serca            

                   – Morze, nasze  czuwanie  jak  głos  boskiego  nakazu...

                       Saint – John  Perse, Inwokacje,1, Poematy  epickie, 

                        tłum. Adam  Wodnicki, 1994.


gronczewski fl   


            1. G a r s t k a   z ł o t e g o   p i a s k u.

               Nikt nie wysłowi istoty morza. Nie określi jej całości, nie ujawni  cząstki. Ale ufając, że  wewnątrz  muszli  mieści  się  szum  wielu  mórz, chciwie pomnażamy naszą  kolekcję o  wciąż  nowe muszle.

              Czy  morze  ze  snu, z  marzennego  widziadła  nosi imiona, usytuowane także  w  kropli  wody ? Czy  istnieje  morze  bez  imienia ? Morze  bogatsze o śmiałą  i pozorną  anonimowość ?

              Bo każda  fala  morska  inaczej  apeluje  do naszych  źrenic  i uszu. Maria  Wollenberg – Kluza umie biegle rozeznać tożsamość  tych  fal. Bez  trudu  potrafi  ustalić  ich  zakres – w  doświadczeniu  oka, w  jego  czynnej pamięci.

              Doprawdy, niektórzy  z  nas – patrząc  na  rytm i strukturę  fali, na  jej  swoiste narodziny, na  przemiany jej kolorów  i blasków – od razu, bez  wahania  zdają  się rozpoznać, że są  to rodzime, północne  fale. Że są  to  fale  bliskie  każdemu, kto  w  toku długich, cierpliwych kontemplacji przeszedł  wiele razy plaże  od Łeby do Białogóry, od Dębek do Błot Karwieńskich, do Karwi, do Jastrzębiej Góry, do Chłapowa, Władysławowa, Helu, do Kątów  Rybackich i Krynicy  Morskiej.

              Jeśli  wiatr bierze  godny udział  w dramacie, jaki łączy  się  najpierw  z  buntowniczym, gniewnym  wyrazem  fali, to my  wszyscy  jesteśmy  poniekąd członkami tej  „introdukcji”. Działamy  w  obszarze „wstępu” do morskiego  podmuchu, do Szekspirowskiej Burzy.

              Płótna  Marii  Wollenberg – Kluzy  kryją  w  sobie  drobiny  plażowego  piasku. Drobiny owe to atomy malarskiego tworzywa. Materia  świata  wzbogaca  materię obrazu. Od lotnego obłoku, od słonecznej  szczeliny  zależy, czy będzie  to  złocisty pył, czy  pył o  zmiennych odcieniach szarości. Są  bowiem  różne pyły. Chodzi  mi o pył dobroczynny i pył, który zakłóca  równowagę  w  systemie  naszych odczuć.

              Szczęście –  czymże  jest,  jeśli nie  ręką, która sennie, po dziecięcemu, z  powagą filozofa,  z uporem dziecka, z  dłoni  do dłoni przesypuje  garść  złotego  kwarcu na  plaży ? I wciąż  ponawia  tę  czynność, jakby krył  się  w niej widomy  obowiązek ? 

              Czym  jest  obraz, jeśli  nie  bywa  „oknem” – heroicznym  otworem  w  ścianach  świata ? W  jego  szczelnych murach ? Otwory te, jak  okno  z  drugiego tomu W  poszukiwaniu  straconego  czasu  Marcela  Prousta  prowadzą  przecież do świata  „namalowanego”. Wiodą  tam, gdzie  trzeba  odepchnąć  albo przyjąć  wszystkie przekleństwa  sztuki. Okno kwadratu czy  prostokąta  każe  nam również  stanąć  w  luku swoiście  „metafizycznym”. Musimy  spojrzeć dalej, niż pozwalają  widzieć kulisy morskiego widnokręgu.      

              W  eseju Oczy i  okna –  za  przyczyną  listów  Słowackiego – śledziłem kiedyś istotę pierwszego  i drugiego fenomenu. Dzięki  pierwszemu korzystamy  z  łaski widzenia. Dzięki  wtóremu  jesteśmy  pewni, że okno  musi być  dziełem  rzetelnego  konstruktora. Okno  takie ujawnia  solenne  ambicje architekta. Dzieli świat na obszary  zewnętrzne i przestrzeń domową.

             Jak mnogie, wyraziste  są  więc  okna  w obrazach Marii Wollenberg –  Kluzy. Jak  usilnie  autorka  obrazów  walczy  o rzeczywistość  pierwszego  i  dalekiego planu. Ale to, na  co patrzymy, korzystając  z „luku” metafizycznego, nie  jest tylko obiektem  naszego spojrzenia. To, na  co my  patrzymy, zdaje  się  właściwie patrzeć na  nas. Świat obdarza  nas  jako patrzących i  zarazem tłumaczy  nasze  obowiązki  w  toku nieprzerwanej walki.

              Byłbym  szczęśliwy, gdyby  obrazy  Marii  Wollenberg – Kluzy, osnute wokół motywów i tematów morskich, udałoby ułożyć się  w  porządkach ścisłej chronologii. Związki między obrazami  zdają  się bowiem mówić  o konstrukcjach  ideowych, właściwych dla  pióra  poety i pędzla  malarza. Chodzi  tu o wszystkie przymioty  cyklu, w  takim  znaczeniu, jakim legitymuje  się – na przykład – Lato 1932  Jarosława Iwaszkiewicza.

              Każdy obraz  jest monologiem  i  odmianą  dialogu. Jest  sporem z fenomenami natury, jakie wyodrębniła autorka  nadmorskich płócien. Każdy  obraz  staje  się poniekąd  świadectwem „przechadzki  po  wybrzeżu”. Musimy   zatem  odwołać  się  do tytułu  jednego z  rozdziałów Czarodziejskiej Góry Tomasza Manna. Na  przekór  uwodzącemu tytułowi nie  góry, lecz  morze  sprawia, że  gigantyczna  opowieść okaże się gwarancją  prawdziwej epiki.

              Bo nad  morzem – w obliczu  morza – każdy dzień  składa  się na  całość  jednego, monstrualnego  dnia. Łączy  się  więc i ponawia. Świadomość  lat gubi  się  wśród powtarzalnych godzin, czynności i obowiązków. Złuda  mijania   wynika  z  ciągłej  rozmowy  między  czasem  a  przestrzenią, jaka  dokonuje  się  i dopełnia  we wnętrzu  naszych  braci  marnotrawnych.                

              Obrazy  bywają  niekiedy  formą  dziennika. Wydają  się  przejmująco sumienne – w obszarach, do  jakich  zaprasza  nas  wola  spowiedzi, do jakich  zmusza energia  wyznania, tak czasem  jawna, bolesna, gorzka – dzięki różnym  strategiom języka. Może  właśnie dzięki  tym przesłankom  wyobraźnia  malarska  Marii  Wollenberg – Kluzy odwołuje  się tak  często do związków, jakie  dostrzec można między wizjami o plastycznej, poezjotwórczej i muzycznej genezie? 

              Dzieło, które staje się  diariuszem i korzysta  z  przywilejów pędzla, jest więc – w  gruncie  rzeczy – „opowieścią”  o fenomenologii plaży. Opowiada  o  scenografiach lasu nadmorskiego. O urodzie  wielu  drzew.

              Czy nie dziwi  nas, że  płótna, związane  z  „portretami”  sosen, wciąż  jeszcze  niosą  żywiczne  wonie ? Że  cząstki  piniowego zapachu  trwają   na  czubkach moich palców ?  Że łączymy się – wespół  z  malarką – we wspomnieniu krajobrazów Hiszpanii ?

              Zapach  drzew  skłania  do repetycji. Jak  zapach wina, ukryty  w  bukłaku  z  Pampeluny. Wracają  do  nas wszystkie „powidoki” tego kraju. Czy  w  Dębkach – nie  mówią  do  nas  rzeczywiste  pinie, dzięki którym grupa  sosen  – na  tle marzennego  akweduktu – zyskuje nazwę  Segovii ? 

              Rzecz  moja  ujawnia  wiele  pretekstów. Święto podróży  zaczyna się  wcześniej, zanim okrąży nas  surowe, krystaliczne, pomorskie powietrze. Serce uderza  nagle. Pulsuje świąteczna radość. Zapowiada  się  odległy finał naszej  wędrówki.

              W połowie czerwca, na  łąkach  i polach  mazowieckich, w obszarze Kujaw, w rowach przydrożnych, widzimy płonące maki. Chabry tłoczą  się wśród pobielałych rumianków, z drobiną  żółci  wewnątrz  kwiatów. I zachwycają nas te wszystkie farby, odmiany  różu, niebieskości, czerwieni, bieli, jakby zabłądził tu nagle gospodarz  z  Giverny  i potężny  worek  z  nasionami kwiatów  wysypał hojnie na  granicach różnych pól.  

              Pamięć o takich wielobarwnych tkaninach musi być dla nas introdukcją do „przechadzki po wybrzeżu”, po rozległych pustaciach plaży, po okolicznych łąkach. Musimy zresztą  pamiętać o wszelkich porach dnia, wśród których przyjdzie  nam witać  nowe kształty i kolory  ziemi.

              Za  Wejherowem  ponawia  się  drgnięcie serca, gdy  samochód zmierza  w prawo, w  stronę  Krokowej, między las, który – jak  pisał  Wyspiański o  każdym lesie – przypomina  wyniosłe  świątynie. Drzewa  są  wysokie, jak Wysokie  drzewa Leopolda  Staffa, wybujałe  w czasie, kiedy były przedmiotem miłości malarzy i  poetów.

             W  tunelu  zieleni  przenikają  ku nam plamy  słoneczne, spóźnione  wobec  innych pól  w  głębi  kraju. Z  takimi  niebiosami podjęliby  zwadę Monet, Sisley, Renoir, Cézanne, Bonnard, Cybis. Każdy  z  nich z  byle chmurką  walczyłby całe  lata. Ile  trudu włożyłby  w  swój  obraz, by namalować powietrze tego popołudnia.

             Jak  bowiem „namalować  powietrze” ? Jak unaocznić – według  Juliana Przybosia – tę przyjazną, gigantyczną  „płytę do patrzenia ” ? W łagodnym, wakacyjnym  powietrzu  trwa  złoty  pył słoneczny i  obdziela  wszystko dobroczynnym światłem. Drzewa kasztanowe, smukłe  świerki, potężne  i długowieczne  sosny, jarzębiny – patriarchowie, giganci tych okolic; drzewa  te demonstrują  swą  urodę, jakby  wyniknęły spod pióra  Stefana  Żeromskiego,  z  kart eseju Sambor  i Mestwin, ze stronic Wiatru  od  morza. Wysokie  drzewa  przeglądają  się  w  głębi  jeziora, jakby  woda  pokryta  była  niebieską  emalią, wolną  od  jakichkolwiek  rys, smug  i  zmarszczek. Ujęty balladowym czarem   jeziora, w bliskim  już  sąsiedztwie Krokowej, zapominam zawsze, jaką  nazwę  nosi  jezioro.

              Od spaceru „w  stronę Karwi”, mówiąc po proustowsku, od przechadzki poświęconej dębom  w  dzień deszczowy, zaczęła  się  właśnie  nasza  serdeczna, długotrwała  przyjaźń  z  Marią  Wollenberg  i  jej mężem. Mówiliśmy  wówczas  o  fizjonomiach tych  dębów. Rozpatrywaliśmy  ich profile, temperamenty, odmiany  cierpliwości, rodzaje męstwa  i pokory. Badaliśmy ich osobne, widome talenty  i  predestynacje – do roślinnego, niezłomnego  trwania. 

              Po drugiej, zachodniej  stronie  Dębek, już  za  Piaśnicą, drzewa  ulegały  swoistym liturgiom. Tutaj, splątany  z  dębami  i  sosnami, stoi  odwieczny, legendarny dąb, zwany  „Władkiem”. Wiele  stuleci bytował  w  tym miejscu, jak  przystało drzewu, które nigdy  nie podejmuje mozołu  podróży, lecz – któż to wie ? – wędruje  zapewne  w  czasie, ogarniając jego rozległe  obszary.  

              Ozdobiony insygniami Solidarności, małymi  chorągiewkami  biało – czerwonymi, dąb myślał  zapewne – jak  drzewa  z  Lata  leśnych  ludzi, Dewajtisa, z  wielu  innych powieści  „kresowych” – że dęby muszą  chronić  w  swym  wnętrzu  różne  skarby  i cenne  depozyty  patriotyczne.

              Ku  zdumieniu przygodnych  widzów  składaliśmy  temu  dębowi  trzy  pokłony. Był to hołd, złożony istocie  drzewa. Była  to pochwała  jego  wierności wobec czasu. Była to manifestacja  uroczysta, lecz także  nieco  żartobliwa, pogodna, szelmowska, pełna  wigoru i duchowego  ciepła.

              Każdy  wybierał  sobie  miejsca  ulubione. Uwzględniał  jakieś tło – na  plaży, a  raczej  ponad  nią, uformowane  z  wysokiej wydmy, porosłej  wrzosami i  przesłoniętej  grupą  śmigłych, sędziwych  sosen, niby  maszty, skupione  w  przyjaznej, dekoracyjnej gromadzie. Od strony morza, gdy  korzystało się  z rozkoszy  kąpieli, można  było zobaczyć  koronę  tych  sosen, wśród  których  śledziłem  zawsze ową  najpiękniejszą, najbardziej  miłą  dla  mego  serca. Witałem  ją  zawsze, pełen  niepokoju  po  każdej  jesieni  i  zimie. Pełen lęku  biegłem  do niej, by  sprawdzić, czy  sosna  moja nie doznała  jakichś  utrapień, nie zatraciła swoich harmonijnych konarów.                

             Bawiliśmy  się niczym  domorośli  topografowie. Drzewa, ścieżki, „półki”  słoneczne  i cieniste, półki bez  nazwy, zyskiwały  teraz  właściwe  imiona. Odkrywając pięknie usytuowane polany  i „szczyty” wydmowych wzgórz, nie byliśmy trawieni przez  jałową  zazdrość. Ale  sztuka  nadawania  nazw różnym formom przestrzeni  jest osobliwie pociągająca, bliska  aktom poezjotwórczym. Wynika  z  tej  samej pasji, z  jaką  wybiera  się  imiona  dla  naszych dzieci.               

              Najwyższą  „górą”  w bliskiej mi okolicy, opodal  sosny, o której  opowiedziałem uprzednio, było  dość  wysokie  wzniesienie, zwane  coraz  częściej Biedrończą. Któregoś  lata  zdarzyła  się  bowiem szczególna  inwazja. Tysiące  biedronek  opanowały  plażę, najwięcej  zaś  zgromadziło  się tych  owadów  na  szczycie  wzgórza. Biedronki  kochają  upał. Można  o  tym  sądzić, tyle  ich  widząc  na  powierzchni złotego  piasku, pośród wysokiej temperatury.

              W późniejszych latach nie powtórzyła się  już  owa  znamienna epidemia. Obecność  owadów nie  była  przykra  i  złośliwa. Owady  nie nękały cierpliwych  obserwatorów. Na pamiątkę  dawnego ataku nazwaliśmy wzgórze  Biedrończą. Co pewien  czas  nazwa  Biedrończej  wraca  do  mnie. Świadczy to, że przyjęli ją  mieszkańcy Dębek. Że  odgrywa  swą rolę  wśród różnych  przedsięwzięć  topograficznych.  

              Cudowna  jest  ta  wydma  na  Biedrończej. Wysoka, z  widokiem  bez  granic. Nie odczuwa  się ich, widząc morze i szeroki, rozległy pas plaży. Daremnie  szukać  zresztą  w  Europie  plaży  o piasku  tak  delikatnym, słonecznym, nieskalanym. Mógłby  on  działać  sprawnie w  każdej  bałtyckiej „klepsydrze”, mierząc  czas, który nigdy  nie  uwięźnie  w  czułym  gardle  tego odwiecznego  instrumentu. Mógłby  zresztą  konkurować  ów  szczodrozłoty, dębkowski  piasek  z  innym, także  złotym, lecz  nieco  popielatym, bardziej miękkim, prawie atłasowym  w  dotyku. Mógłby  rywalizować  z  każdym piaskiem, który tyle przyjemności  sprawia  ludzkiej  stopie  i dłoni.

              To już  nie jest zwykły  piasek. To pył  z  niewiadomego tworzywa, czarodziejski  puder, mąka  ulotna, której cząstkę strzepnąć  można  odruchem naszego oddechu. Można  znaleźć  taki pył  na  plaży  w  sycylijskim  Mondello, w  sąsiedztwie  palermitańskich brzegów.             

           

                    2. M o r z e   p o z i o m  e   i   m o r z  e   w   p i o n i  e.

              Patrząc  z  Biedrończej, w  zenicie południa, za  plecami doznaję  jakby całej  głębi kraju. Czuję  jego pulsujące wnętrze. Przed  sobą  widzę  nieobjęte morze. Nad  sobą  śledzę nieogarnięte niebo. Obszar, któremu tak  pięknie umie sprostać Maria Wollenberg  – Kluza. Być  może, w  tym miejscu artystka  scala swą  odrębną  wizję  nieba  i morza.

              Gdyby  godziło  się  w  tafli  morza  zobaczyć  monstrualne  płótno, niejako  leżące „w  poziomie”, widziałoby się – z wyroku Boga – tylko część tego ogromnego  obrazu. Ulegając  złudzeniu, moglibyśmy  wówczas  zobaczyć podziemne  wzgórza, ukryte wyspy, cmentarze morskie, zatopione katedry Klaudiusza  Debussy’ ego, plamy mielizn, dziwaczne  żywotwory, zakreślone na  wodzie  przez tęczowe, tłuste, jaskrawo lśniące  paliwo z  nieszczelnego  zbiornika.  

              Gdyby postawić  to ogromne płótno, unieść  je  w „pozycji pionu”, jak  przystało  obrazom, morze byłoby największym, najbardziej pasjonującym „bohaterem” takiego malowidła.

              „Paul Valéry  mówi gdzieś – przypomina  Jan Cybis  w Notatniku  malarskim – że  zatraciliśmy  zdolność widzenia  morza  jako pionowej ściany. Każdy  pamięta  ten sensacyjny  widok, gdy  zobaczył  morze  po raz  pierwszy. Później doświadczenie i praktyczne  patrzenie  przysłania  czułą kliszę  naszych  oczu. Obraz  jest  taką  właśnie  ścianą. Marcel  Proust również  zauważa  ten  moment opisując  obraz  impresjonistyczny. O  ile pamiętam, tematem  tego  obrazu także  jest  morze.” 

              Fascynuje  nas  ruch  fal. Uwodzi proces, jaki  fale wyrażają. Władysław Strzemiński podjął nawet próby obliczeń, dzięki którym fale morskie manifestują swe działania. Piękno fali  nie  jest tylko urodą  przypadku  i  nie  wszystko  zawdzięcza  gestom natury. Może być również wynikiem algebraicznego równania.           

             

                       3. T h o m a  s   H u d s o n –  n a   t l e  O c e a n u. 

             Opodal Wzgórza  Biedrończego odkryłem  rychło Półkę  Hemingway’a, ze  wszystkich  stron  wolną  od  słońca  i  wiatru, przyjazną  wobec  czytelników, wsłuchanych  w  łoskot fal, wpatrzonych  w  regularne, oślepiająco białe, szybko nadbiegające  grzywy.

              Była  to era  Hemingway‘a. Czas  powrotny autora Wysp na Golfstromie  i  Rajskiego  ogrodu. W każdej  jego  książce, wydanej pośmiertnie, otaczało  nas  morze. Czytając Hemingwaya, za  przyczyną  kilku  zdań  mogliśmy  znaleźć  się w  miejscach, wyznaczonych przez  jego  zmysłową  i precyzyjną  wyobraźnię. 

             Miejsca  z  Wysp  na Golfsztromie  mieszały się  nam  z  rodzimym  morzem. Plaże  morza  domowego, macierzystego, plaże  z  „godziny śródziemnomorskiej”, plaże Kuby, plaże  z  Bimini, łączyły się  z  naszymi, północnymi  wodami, zapachem Bałtyku, z  wonią  glonów i meduz. Obraz  tamtej  plaży łatwo wiązał się  z  obrazami, jakie w Dębkach malowała Maria Wollenberg – Kluza.

              Dzień w Dębkach, dzień pogodny był  idealnym pretekstem do takiej operacji. Wystarczyło  zamknąć  oczy i  już  widziało  się Thomasa  Hudsona, jak podejmował codzienną pracę nad płótnem. Oto „trąba  powietrzna” na  Oceanie. Oto wszystkie  barwy morza. Thomas  Hudson pracował, wsłuchując  się  w odgłosy  wakacyjnej zabawy swoich  synów. I każdy inaczej pojmował sens tego lata, zanim  sens  ów  nie zagubił  się  w  tragicznej kulminacji.

              Zawsze  poruszają  mnie  inicjalne akapity Wysp na Golfsztromie. Hemingway opisuje w nich własny dom, kiedy  z daleka, od  strony morza  dom ten  wyłania  się  i  z  wolna  przybliża , najwyższy na  lądzie, wpleciony  w  bujną  roślinność  tropikalną, odporny na  tamtejsze huragany, biały, niejako  z samej bieli ukształtowany, podobny do niezłomnego, urodziwego  okrętu.

              A  zaraz  potem – w tropikalnej krainie, w  gorącym  klimacie !– Thomas Hudson przywołuje  wizję swego kominka, dzięki  której obdarzony  jest  pociechą  ognia  i  może  bez  trudu  ujarzmić dotkliwe, zimowe chłody. W  tym  domu, wzdłuż całej, południowej ściany leży drewno, uformowane  z widomą  precyzją. Mieszczą  się  tu korzenie  i  konary. To wszystko, co hojnie  wyrzuca  fala  Oceanu, co przesycone  jest  solą  i co trzeba  starannie  zbierać, aby  tworzyło zapasy, na  jakie patrzy  się  z ufnością  w  dniach  smutku, melancholii, poznawczej  klęski i rozpaczy.                                             

            Gałązka  pełna  soli  pali  się  inaczej, w  zgodzie  z  opisem  Hemingwaya, co sam stwierdziłem, zbierając  na  plaży  w Dębkach  suche  gałęzie, wytrawione  przez  sól, wybielone przez  słońce i wiatr całego bałtyckiego sezonu.     

            W  scenografiach plaży, wśród  bliskiej obecności  morza – o  czym  mówi  rzecz Hemingwaya ? Mówi  o dyscyplinie pracy. O honorze, o szlachectwie pióra  i  pędzla. O miejscach, w jakich praca staje się  szczególnie owocna. O nieszczęściu, przeciwko  któremu  wystąpić  może „ jedno prawdziwe  zdanie”  i  jedna plama  farby, umieszczona  we właściwym miejscu płótna.  

          

                        4. A n a t o m i a   o b r a z u   m o r s k i e g o

              Dwie strefy, domena  ziemi  i obszar  nieba  stają  się  terenem wielkiej przemiany, co  zresztą  łatwo dostrzec  w  krajobrazach  Marii  Wollenberg – Kluzy. Po deszczu, po nocnej burzy  złoty, upalny piasek traci  swą  lekkość, gaśnie, szarzeje, przekształca  się  w  powierzchnię  twardą, osnutą  różnymi  ornamentami, arabeskami, deseniami.

              Coraz  to bardziej  są  one skłonne  do  zastygania, krzepnięcia, do tworzenia  bogatego zbioru. Mewy „pieczętują”  się  ochoczo  na  tym  rysunku  porannym, na  arabeskach o  wyraźnej dynamice – w  tańcu obfitych, ptasich figur.

              Kto nie dostrzegł linii, składających  się  na  „grafikę” plaży  w  dzień   zimny  i deszczowy, musi teraz  ocenić, z  jakim  uporem morze  formuje  znaki, jakie – za  przyczyną  ruchu fal – mogą  odcisnąć  się  na piasku. Fale  te cofają  się  zaraz  w  głąb morza, wchłonięte  przez  topiel  bardziej  żywotną  i energiczną.   

              Fale  owe uładziły  się  już  i uciszyły, by  czekać  cierpliwie na  inne, późniejsze, bardziej  przedsiębiorcze fale, jakie  ukazać  mają  fenomen  pisma  na  powierzchni plaży. Nie znamy tych alfabetów. Nie umiemy pojąć ich odwiecznych  owali, bezradni  wobec pętli, jakie zacisnęło  morze. Wobec zagadkowych liter, jakie fala wyrzuciła ku nam, aby tajniki morza  mogły być właściwie odcyfrowane.

              Ktokolwiek  chciałby odczytać  teksty, zapisane na powierzchni plaży, winien  cierpliwie  studiować szyfry, o jakich  „opowiada” Maria  Wollenberg – Kluza  w  swoich „morskich” obrazach.

              Możemy  nadto  sięgnąć do fascynującego  albumu, jaki  sporządził  Heinz  Wenzel i opublikował pod tytułem Mare Aeternum  [ Edition  Leipzig,1969 ]. Rzecz  o  morzu  odwiecznym, o morzu  niezmiennym tak  skomponował  Heinz  Wenzel, by naszym oczom ukazały  się wszystkie  morza i plaże świata, ze  szczególnym  pietyzmem  wobec  stron  bliskiej  nam, środkowej  i  wschodniej Europy.

              Na planszach fotograficznych  Heinz  Wenzel  ukazał więc bogatą  kolekcję plażowych „dywanów”  i „tekstów”, i ucieszył nas, demonstrując ich  zmienność, akcentując ich  związki z  klifami  różnych  okolic. Bo rzeczywiście dukt tego pisma  bywa  urozmaicony. Nie  powtarza  się, nie  koncentruje  w osobnych częściach plaży, jakby wszędzie obowiązywało inne pismo, starannie pielęgnowane  w  tajemnych  godzinach  deszczu i nocy.

              A  teraz spójrzmy  w  stronę  nieba.  W obrazach  Marii  Wollenberg – Kluzowej niebo  jest  ogromne. Wypełnia  sobą  znaczną  powierzchnię  płótna. Gdyby przyszło  mi określić, co  jest „motywem” obrazu, powiedziałbym, że  w  każdym przypadku  chodzi  o pogodę. O  dwoistą pogodę. O pogodę wewnętrzną, o  pogodę duchową  tego, kto jest sprawcą obrazu, ujawniając swe  rytmy, ciśnienia,  stany  nerwowe – dobroczynne  lub złowrogie.

             I chodzi o pogodę  „wtórą”, jaka  sekunduje nam, niezależnie  od woli, od ludzkiego  marzenia , wyboru, nawyku. Niemal  zawsze – za  przyczyną  płótna  i  pędzla – ujawnia  się  tutaj, działa  precyzyjny, prawdomówny  kardiogram. Decyduje  on o istocie  wzruszeń. O ich naturze  jawnej  i ukrytej. Gdybym  w  jakimś notesie  szkicował monografię  obłoków, nie  byłaby  to rzecz  z  zakresu  meteorologii, lecz  malarski przyczynek do studium niepokoju, trwogi, lęku. Byłyby to prolegomena  do duchowej  genezy człowieka, do narracji, dzięki której śledzimy wszelkie  zapowiedzi i  wybuchy  morskiego kataklizmu. Patrzymy  na  nie  tak  długo, aż  wreszcie niebiosa i fale uciszą  się, wygładzą, wrócą  do klasycznego lazuru.

              Czy można  „namalować” niepokój, zsumować  jego obłoczne składniki ? Czy przestrzeń  ziemskiego  nieba, wolna  od  obecności  człowieka, może  być  wypowiedzią  o jego  samopoczuciu duchowym ?

              Wpatrując  się  w „wizerunki” tych  rozlicznych  świadectw  nieba  i morza, jakie dla  nas  unaoczniła  Maria  Wollenberg – Kluza, w  istocie  staramy  się  przeniknąć  wszystkie  światłocienie  i  wszelkie  barwy, jakimi  obdarza  nas  autorka  tych pejzaży. Ich kolory  mobilizują  się  w  odważnej  „ekspedycji”  poznawczej.

              Wszystko jest  portretem, mówił  Jan Cybis. Twarz  ludzka, dłoń, stara  rękawiczka, drzewo, sędziwe buty, kamień, obłok, rozległy krajobraz. Wszystko  jest albo może  być  portretem, zwłaszcza  dla  Marii Wollenberg – Kluzy, tej  mistrzyni  w domenie  krajobrazów  chmurnych  i  obłocznych. Farby  są  posłuszne  wobec  artystki, wobec  jej  śmiałej  ręki. Plamy  obłoków  wydają  się  wielokształtne, zmienne, wolne od konturu, dzięki czemu barwy przenikają  się  swobodnie  i dopełniają.

             Widać tu zawsze wysiłek dłoni, którego nie skąpi nam Maria  Wollenberg – Kluza. Wysiłek  jest  formą  obecności  w  granicach płótna. Ruchy pędzla  stają  się poniekąd  autografem, hojnie rozmieszczonym na  obszarze całego obrazu. Artystka  usilnie odrzuca  to, co wydaje  się skłócone  z  energią  „sztuczności”. Zmaga  się  z  kłamliwą  „szczerością”  widzenia. Artystka  nie lęka  się nader  jawnej, bogatej faktury  swoich krajobrazów. Kobiecą subtelność  łączy z  energią, brawurą  i odwagą  wobec  motywów tematycznych, jakie bez  przerwy, w  różnych  epokach  swego dojrzewania, podejmowała  Maria  Wollenberg – Kluza.

              Przenikliwość, właściwa  sztuce  widzenia, nie musi utożsamiać  się  z  wielością  tematów, lecz – przeciwnie – wyraża  się także  dzięki pośrednictwu osobliwego, wyrazistego, ascetycznego  ich doboru.

              Ale  nieboskłon w pejzażach Marii Wollenberg – Kluzy  zdaje  się   zmienny, zasobny. Niebo  niesie  złudzenie  albo  pewność, że  okryte  jest  płaszczem wielu chmur. Że odnawia  się  i przemienia  dzięki dramatycznemu spektaklowi. Że uformowane  jest przez  obłoki, podziwiane  zaś  przez  figury  ludzkie.

              Są  one cieniem  złowrogiego  cienia, jakby  z  trudem wybrały miejsce osobnej  wegetacji, jakby  z  mozołem odkryły swój azyl,  nieodzowny i dalekosiężny. Oprócz  chmur, figur ludzkich, zagubionych  i osamotnionych  w  przestrzeni  plaży, obok  wieloznaczeń, niesionych  przez  fale, możemy  tu  śledzić  łodzie, zakotwiczone  na  granicy morza  i plaży, albo  gdzieś  daleko, na  widnokręgu, który nasila  samotność  tego  morskiego wehikułu  i ponawia  ją  w  odległych, prawie niewidzialnych, postaciach rybaków.

              Ile razy myślę o tych barwnych łodziach, wyczarowanych  przez  pędzel Marii Wollenberg – Kluzy, widzę  zawsze  łódź  siostrzaną, łódź  znad Jeziora  Bodeńskiego. Widzę zatem łódź  Hermanna  Hessego. W małomównym, powściągliwym  sprawozdaniu – jako pisarz  i malarz – Hesse  daje upust  swej  radości, kiedy to w nowym  sezonie  powleka  się  farbą  ściany łodzi, kiedy  jej właściciel podejmuje  skrupulatną, powolną  robotę, aby na koniec delektować  się przyjemnościami  i rozkoszami, jakimi łódź  obdarza  swego  sternika.

              „ Z przykrością  uświadomiłem  sobie – pisze Hermann  Hesse  w eseju Przed  nadejściem  lata – że moja łódź  ciągle jeszcze stoi  pod dachem – tam, gdzie  zimowała, czeka  na  wiosenny  przegląd, pomalowanie  i  ściągnięcie  na  wodę. [...]Farby miałem już przygotowane, musiałem  tylko rozrobić  je  olejem  lnianym. Ostry  zapach oleju wypełnił  też  zaraz  cały  dom. Założyłem duży  fartuch i  zacząłem czyścić, a  potem  malować  wiosła  i całą  łódź. Kiedy  tak  ciężkim, szerokim pędzlem, nakładałem obficie farbę, na  efekt  nie trzeba  było  długo  czekać.”           

              „W lecie – wyznaje Hermann  Hesse – najważniejsze  są  dla  mnie trzy  rzeczy: rozpalone, żółte pola  dojrzałych  zbóż, wysoki, chłodny, milczący las  i  wiele, wiele dni  spędzonych  na  jeziorze ! Myślę tu o takich  dniach, kiedy  nad  wodą  i ponad  górami rozpościera  się  błękitne  niebo, kiedy  powietrze  drży  od upału, a deski  łodzi  aż  trzeszczą  z  gorąca. Siedzi  się  wtedy  przy  wiosłach półnagim, w cieniu  szerokiego  ronda kapelusza, płynie  się od zatoki  do  zatoki, po drodze zażywa  się częstych kąpieli, a  raz po raz przystaje się dla  odpoczynku  w  gęstych, przybrzeżnych  trzcinach.”    

           

                         5 . P ę d z e l   c z y   i n n e   n a r z ę d z i a ?

            W tym miejscu pora  na  wyznanie  fundamentalne. Jan  Cybis  złożył  je dawno, gdy tak  zwani „młodzi” demonstrowali nadmiar narzędzi, podejmując  czynności, jakie  ze  sztuką  malowania  nie  miały  wiele  wspólnego. Diatryba  ta wydaje  się  słuszna  także  dzisiaj  i godna  powtórki.        

            „Nie ma  tym młodym  naprawdę  co zazdrościć – szydzi Jan Cybis. – Kują, smażą, piłują, rąbią, dmuchają, leją , moczą, nasycają, wysuszają, dziurkują, przyszywają, naklejają, lutują, spawają, w  ogóle czynni  są  na  wszelkie  sposoby, aby przypadkiem  nie malować. Polska  nie  jest  gorsza  od  innych. Powiedziałbym, że  jest ciekawa  na  swój  sposób przez  jakąś  pilność  malarską. Co z tego Biennale krytycy i jury wydobędą  jako  nowe hasło, trudno  przewidzieć. Ale  będzie  to  znowu modą – przewiduje  Cybis – na  dwa  lata...”           

[ Jan  Cybis, Notatki  malarskie. Dzienniki  1954 – 1980, 1980 ].             

              Obrazy  Marii  Wollenberg – Kluzy  rosną  w  szybkim tempie. Są  rzetelne, jeśli  chodzi  o sztukę  malowania. Są  rzeczywiście „namalowane,” cokolwiek  to słowo  znaczy, w  zgodzie  z  diagnozą  Jana  Cybisa. Jedynym  bowiem  narzędziem  w  sztuce malowania  winien  być  pędzel. Inne  narzędzia – wyliczone  szyderczo w  zdaniach Cybisa – kłócą się z naturą  dzieła plastycznego. Prowadzą  do jej zwyrodnienia  i fałszu.            

              Spójrzmy  na  kilka płócien Marii Wollenberg – Kluzy, wyjętych  z  bogatego, wielostronnego  cyklu „morskiego”. Oto Szkic  do  obrazu [ 2000 ], oto Kutry [ 1987 ]. Oto mistrzowskie, wiarygodne  „portrety” rzeczy. Wytrącone  ze  swych analogii  i  tożsamości, przybliżone  albo oddalone, łodzie  są  „autobiografiami” tych  morskich  wehikułów. Wiele  mówią  o  człowieku, który   z  łodzią  związany  jest  węzłem  trudu, niebezpieczeństwa, lęku.

             Maria  Wollenberg – Kluza  jest również  mistrzynią  w sztuce malowania  takich łodzi. Jak  mało  kto artystka  potrafi  martwym  przedmiotom  nadać cechy  bytu  żywego. Obie  łodzie doznają  łagodności  i ufnej pieszczoty  ze strony ludzkich dłoni. Jakby  łodzie były  pięknymi  i czułymi instrumentami. Zwłaszcza  druga  łódź  bywa przedmiotem  upodobania  i  miłości. Druga  łódź  odpoczywa  wśród  szmerliwej, delikatnej  fali, a  jej burty, do połowy łodzi,  wydają  się  przeźroczyste, prześwietlone, złote, jak  skrzydła  egzotycznej ważki. Licząc łodzie, zakotwiczone przy brzegu albo rozrzucone  w  głębi plaży, raz  jeszcze  dowiadujemy  się o dramacie  samotności  lub  zyskujemy świadectwo  zbiorowej tragedii. O  zakresie nieszczęścia  mówi celnie  obraz  pod tytułem Popatrz  i zapomnij [ 2009 ].              

              Obraz W orbicie czasu – Karolowi  Szymanowskiemu, [ 2008 ]przemienia  strefę dźwięku w  żałobny  obszar  wizji. Gdzie  płynąć  ma  ta  wątła, maleńka  łódeczka, usytuowana  u dołu obrazu ? Płynie  w  stronę  życia  ? Kieruje  się ku   krawędzi Styksu ? W orbicie czasu trwa ciągły  dyskurs  o miłości i śmierci. Toczy się dialog poufny, intymny – o wszystkich obrotach  życia  i czasu.

              Tu słono trzeba  płacić  za  dary  twórczości. Tu zawiera  się pakt  o  symbiozie między  różnymi odmianami sztuki. Tu – zapewne – rozwija się sztuka  za  wszelką  cenę, nawet  za  cenę  życia  i  za  kształt  śmierci.

              Między  wyobraźnią  kompozytora  i muzycznymi dyspozycjami Marii  Wollenberg – Kluzy utrwalony  więc  został  tajemny pakt przymierza, tak  istotny dla naszej kultury narodowej. Przymierze mówi, że  kultura  jest całością, której nigdy nie wolno naruszyć. Nie  godzi się okaleczyć  jej korony. Nie należy uciekać  od muzyki, od sztuki dłuta, pędzla  i pióra. Wszystkie  rodzaje  sztuki  trzeba  zamknąć w jednym, miłosnym, silnym uścisku twórczej pracy i nadziei.            

              Co mówią te pozgonne  szeregi  ludzkie – o skażonych  figurach  i  proporcjach ? O wzroku  ludzi deportowanych  i bezdomnych – nad  krawędzią  fali ? Dlaczego cierpią,  zanurzeni  w  trwodze i bolesnym oczekiwaniu ? Czy znajdą ocalenie w  sztuce? Czy pokonają  czas  dotkliwy, złowrogi, zawsze  zwycięski – w lucyferycznym  kręgu piekła ?

              Tak  oto wydłuża  się rychło łańcuch kunsztowny, bogaty, złożony  z  wielu obrazów. Każdy  jest ogniwem  suwerennym i każdy  przynależy  do  całości, która  staje  się  wybitnym, wiele  znaczącym dziełem  znakomitej artystki. Całość – raz  jeszcze – przekształca  się  w próbę wypowiedzi  o  naturze „rzeczy ludzkiej”. Wypowiedź  to śmiała, pełna  konceptów  fabularnych  i wizualnych, zaskakująca, odkrywcza, nader rzetelna  w  istocie  i  trudzie  poznania, wielostronna  w duchowych i technicznych  aspektach tego ogromnego cyklu twórczego.
 

                        6. D ę b k i   w   s p o j r z e n i u   p o w r o t n y m

              Za  Piaśnicą  nie  było  żadnych  łodzi. W tamtych  czasach, w ósmej dekadzie  ubiegłego  stulecia  o  wiele  mniej  gości  odwiedzało Dębki, niż  dzisiaj, kiedy  główna   arteria  uliczna  roi  się  od samochodów. Wiele  przybyło pensjonatów, sklepów, ruchomych straganów. Rozbudowano parkingi  i  pola  namiotowe. Bywalec, który mieszkał  tu od lat kilkudziesięciu, odnosi wrażenie  ciągłego  zamętu, tłoku, hałasu. Skażeniu  ulega  to, co dawno  temu  wydawało  się naturalne, zdrowe, pełne  powabu, ciszy, pełne rybackich woni, zapachu smoły, farby, wędzonych łososi, fląder  i węgorzy.    

             Niemal  wszyscy budowali  wówczas  na  plaży  tak  zwane „grajdoły”. Formowali  je z  gałęzi, chrustu, z  pni, obalonych przez  burze i wichury, z  desek, wyrzuconych przez  statki. Wśród architektów tych plażowych siedlisk  widoczni byli prawdziwi  mistrzowie. Na  niektórych  obrazach  Marii  Wollenberg – Kluzy można  zobaczyć  te budowle, lecz  nabierają  one  symbolicznego charakteru, widziane  z  nazbyt  znamiennej  odległości. Dystans  wobec innych, nagość  i  dyskrecja  wobec innych plażowiczów, którzy okopali  się w piaskowym bastionie – to były  zasadnicze  reguły  życia  plażowego. Doprawdy, ironiczny  wobec ekskluzywnych cyklów  wydawniczych, [ na przykład Życie codzienne  we Florencji ], mógłbym  napisać rozległe, gruntowne  studium pod innym tytułem, np. Życie  codzienne w grajdole lat  osiemdziesiątych PRL – u, jak  mówił  Zbigniew  Herbert.

              Siedząc  w piaskowej twierdzy, można  było oglądać  przemarsz  plażowiczów, jacy każdego dnia, o  tej samej  godzinie wędrowali  wzdłuż  morza,  w  stronę  Białogóry. Tą  samą  drogą, tylko w  przeciwną  stronę,  z  zachodu na  wschód, wracali po pewnym czasie, już  zmęczeni, powolni, z  twarzą  zbrązowiałą  dzięki  słonecznym  kąpielom.   

              Do wyjątkowo dzielnych  piechurów  należała Maja  Komorowska. Była   niepokonana  w  szukaniu  nowego  brodu, w  penetrowaniu dna  Piaśnicy  po nocnej burzy, gdy  nurt stawał się  głęboki, wartki, gniewny, tak bardzo  zaskakujący, jeśli chodzi  zazwyczaj  o tę dobrotliwą, senną  i flegmatyczną  rzekę.

              Zegarki godziło się regulować według  chronometru  Pani Komorowskiej. Z pewnością  Maja Komorowska  należy do kasty Immanuela  Kanta  i jej spacer podlega  zawsze  najbardziej surowym rygorom.

              I  znowu – okrężną  drogą  dotarłem do skwapliwej  medytacji  o istocie  czasu, pamiętając o tożsamości i  zmienności czasu minionego. Pamiętając  o czasie antycznym, kiedy  poeci przemieniali  się  w  filozofów  jońskich, zaś  myśliciele – w  arcyprzednich  poetów.

              A  świat nie  jest  przecież  tak niezmienny, jak  wydaje  się nam, gdy po kolana, w  sierpniowym słońcu, stoimy  w  morskiej  wodzie. W świecie  człowieka  rodzą  się  jednak  wciąż  te same  pytania.  W nadmiarze pytań  gubią  się  odpowiedzi  jałowe  i bezradne.          

              Czy  Jarosław  Iwaszkiewicz – w  wieku  późnym – nie  trapił  się  na  plaży, prosząc  modlitewnie, by umilkły  już  pytania  ludzkie ? By  – w  świecie  samotnej  plaży – nie słyszało  się  już  „żadnych  pytań” ?

             Jakim  wybornym  tłumaczem  tej filozofii  zmęczenia, melancholii, rozpaczy  i  żalu  musi  być Maria  Wollenberg – Kluza, abyśmy – widzowie jej  nadmorskich  krajobrazów – mogli pojąć  całą  oczywistość  pytań  i odpowiedzi, i ogarnąć  ich  gorzki smak, zakres, złudę racji, wahania  i nadziei.                                                                          

                             

                                    7. M u s  z l e    z   K o r f u 

              Wspominając  esej mój pod tytułem Wyspa  poetów, zanotowałem: „Pani  Melina  Mercouri, minister  kultury  i  nauki  Republiki  Grecji  miała  bardzo  szczęśliwy pomysł, by  w  ciągu jednego  tygodnia – na  przełomie września  i października 1985 roku – przemienić  Korfu  w  wyspę  poetów. Korfu  może  być  zresztą  o każdym czasie  wyspą  poetów. Jest  zawsze  wyspą  poetów. Nawet – bez poetów, piszących  wiersze.

             Ten  skrawek  ziemi  na  Morzu Jońskim  w  najdrobniejszej  cząstce  dotykany  był  od tysiącleci  stopą  bogów, herosów, władców, milionerów, artystów, skrawek tak  ponętny, że  wydzierali  go  sobie kolejni  mieszkańcy, chciwi  tego, czym  wyspa  uwodzi  i obdarza : obietnicy łaski, harmonii, jasności  widzenia. Ale dzisiaj trudniej ujrzeć  tę wyspę  jako domenę stałego, wibrującego i soczystego święta, Cyterę  miłości pogodnej, jako obszar  zachwytu  o  wysokim, słonecznym  napięciu, jako  dobroczynną, kojącą  syntezę  lądu, morza  i nieba.

              Brzegi  Korfu  pokryły luksusowe hotele  i rezydencje. Zostało  jednak  wiele  plaż  i  zakątków  niemal  pustych, czarująco  samotnych  między  górzystymi  zatokami. Skały miotane  są  tu  nadal  rękami Cyklopów. Afrodyta  wyłania  się powtórnie  z  morza. Są  tu miejsca  wymodelowane  jakby  dla  ucieleśnienia  starych  metafor. Miejsca, zbawienne  dla  duchowego ozdrowienia, osłabienia  toksycznych  jadów, dla  rozproszenia  mroków  i udręk.

              Spośród takich miejsc  arkadyjskich  pamięć  przywodzi  mi  zaraz  – gwoli świetlistej  analogii – La  Calobrę na  Majorce. Wyspy  owe, Majorkę, Sycylię,    Korfu i Cypr, wymienił  zresztą  Rafael  Alberti  w  uroczystej  mowie  o  wyspach  królewskich, o  najbliższych  sercu – wyspach Morza  Śródziemnego. O  wyspach  szczęśliwych  w nadmiarze urody, w  naoczności piękna  zupełnego i dotykalnego, w  jego  stężeniu  naturalnym, zwięzłym, jak  logiczne i oczywiste  bywa  piękno  szlachetnego  kamienia. [...]      

              Czas  śródziemnomorski  wydłuża  się, otwiera – dzięki  śmiałej syntezie. Dalekim  łukiem spaja  odległe  epizody. Zawiera  ścisłe  sojusze  z  czasem  bieżącym. Nie  słyszeliśmy  głosów  sprzeciwu, daremnego  buntu  przeciwko  antycznemu  spadkowi. Przeważała  tonacja  miłości, pokory i  wdzięcznej  kontynuacji. Każdy  pragnął  unaocznić  jej  mechanizm, ujawnić  jej skalę  i motorykę.

             W  sukurs  przyszedł  mi Jan Parandowski. „Polska – według  mistrza  Jana – leży  nad Morzem  Śródziemnym...” Ten  geograficzny, wypróbowany żart  i  paradoks, określający  czas przeszły naszej kultury, oświetla  również  jej  współczesne  perypetie. Ale  jakże  trudno mówić  obcemu  słuchaczowi  o  <godzinie  śródziemnomorskiej> Słowian. [...]

             Nikt  nie  znał  tu  zapewne  formuły Jastruna : „Odbyłem kurs  praktyczny Biblii, Herodota, Tacyta.” Nie  sięgał do Mitu  śródziemnomorskiego.

A przecież dokonał  się w tym dziele  sąd ocalonego nad fantomami „europeizmu”, nad  daremnością  słowa, nad bezsiłą  kultury, nad antycznymi  promotorami  idei, jakich rozkład – po doświadczeniu  oświęcimskim – uwierzytelnił Tadeusz  Borowski. W  zderzeniu  z  anonimową  śmiercią  milionów  ludzi kategoria  tragiczności  domaga  się  nowych  definicji. Poezja  nasza oferuje takie  diagnozy  i  definicje.[...]

              W  cieniu parasola, z  obrazem  morza  w  oczach, niektórzy  czytali  wiersze – o morzu. „Editions  Internationales  Euroeditor” przygotowały właśnie – ze wstępem  Giancarlo  Vigorelliego – antologię  Thalatta. Hommage  a la mer. Zebrano tu wiersze  o morzach i  oceanach, złożone  w  hołdzie  i podzięce  temu  pra - morzu  domowemu  i  ciepłemu, morzu – duchowej bazie, osnutej  spojrzeniami Homera, Platona, Safony.

              Oto celnie  wysławiony trud  źrenic, otwierających  się  ku morskim  widnokręgom. Oto głosy nostalgii  i marzenia, zwrócone ku tropikalnym plażom  i  archipelagom. Oto koszmary  wód północnych. Istota  morza, synteza  morza, jego męsko - kobieca  metafizyka, przenikana  w mozole  żeglarskiej  wędrówki, w  kontemplacyjnym skupieniu, w  powtórnej  walce  z  morzem  słów  kalekich  i – złośliwie  „suchych”:

                      Kiedy  światło  nie  wiedziało  jeszcze,

                      czy morze  narodzi  się chłopcem, czy dziewczyną.

                      Kiedy wiatr marzył  o grzywach, które czesał będzie,

                      

                      a  goździki, jak rozpalać  będą  ogień  i policzki,

                      woda  zaś  o wargach pragnących  się napić.           

                      Wszystko to było wcześniejsze  niż  ciało, imię  i  czas.

                                               Rafael Alberti, Wspomnienie  z  nieba,

                                                  tłum. Zofia  Szleyen.

 

              Obok  wierszy – poezja  optyczna: w fotografiach, jakie  sporządził  Jacques – Yves  Cousteau. Wizerunki morza, fizjonomie  płaszczyzn morskich,  uchwycone  z  dużej  wysokości. Inne, stąd  tylko  widoczne, stężenia  i opalizacje  barwne. Wnętrze morza, baśniowa  realność  form tajemnych – ryb, małży, ukwiałów, koralowców; stały  wyrzut przeciwko szarościom  i stereotypom  świata  dookolnego. Gotowe  plansze  i  aneksy  do „podwodnej”  kompozycji  Adriana  Leverkühna.             

             

                                     8. M i ę d z y   m i s t r z a m i

              Osobliwa  zdaje się przestrzeń, zamknięta  w  krajobrazach  Marii  Wollenberg – Kluzy. W przestrzeni  morza, wobec  wielkości nieba  wszelkie akcenty  zdają  się  tak rozmieszczone, jakby  świadczyć miały  o  stałej  porażce  człowieka, o widomej nędzy  „rzeczy  ludzkiej”. W otwartym, rozległym obszarze  nieba  i  morza  widać  spory  fragment plaży.

              Figury ludzkie  – przypominam – jakieś  strzępiaste, podarte przez  wiatr, śledzimy  jednak  z daleka. Wyglądają  one, jakby  scalone  zostały z  „surowców” cokolwiek  zużytych, z  materii pałubicznych,  z  niemych, chwiejnych kolumn,  z  jakichś  znużonych  i swoiście udręczonych materiałów , jakie nagle pojawiły się – na  dionizyjskiej plaży.    

              W obronie poezji, rozumianej jako  akt poznania , całkowicie  suwerenny i  własny, w ofensywie  przeciwko  klęsce człowieka, którą  wynieść  należy ponad  inne osiągnięcia  i tryumfy, Ernest  Renan – w przejrzystym aforyzmie – powiada: „To, co się mówi od siebie, jest  zawsze poezją.”

              Charles  Baudelaire występuje  zaś  z modlitewną  prośbą : „Panie Boże mój ! użycz  mi łaski, abym napisał kilka  pięknych strof, które przekonałyby mnie, że  nie jestem  ostatni  z  ostatnich, że  nie  jestem gorszy od tych, którymi  gardzę [ Małe  poematy prozą, O  pierwszej nad  ranem ].

             Do obu tych cytatów Jan Cybis dołączył  nadto komentarz  Baudelaire’a: „Improwizacja na  ogół  wyklucza  oryginalność posługując  się  najczęściej  banalnymi  reminiscencjami. Mimo woli  nasuwają  się ujęcia  obiegowe  nakładając się na  myśl. Potrzebny  jest wysiłek, by je usunąć, a  wysiłek ten jest koniecznością. Od niego zależy  bowiem  jakość  przedstawienia  rzeczy. Należy więc tak obserwować, aż  przedmiot obserwacji ukaże  się  nam  pod postacią oryginalną  i osobistą , co niewątpliwie  nastąpi, jeżeli uda  się nam  wyzwolić od tradycji lub konwencji, od  wpływu  innych  artystów, mistrzów, szkół  lub kogo bądź, gdyż  nie ma  w  istocie dwóch osobowości artystycznych, które  byłyby  identyczne.”

              Obrazy o tematyce „nadmorskiej” wiele  zawdzięczają  godzinom wakacji. Czy jednak  artysta kiedykolwiek  doznaje  urlopowych łask i przywilejów ? Wolno   wątpić, bowiem  każda  „przechadzka  po wybrzeżu”  jest  wymarszem  o  znamionach  podboju. Musi  być  zawsze krucjatą, katorgą, heroiczną  wyprawą  dla  osiągnięcia nowych  zdobyczy.

              Nie wiemy, jakie imiona  będą  nosić nasze łupy. Z różnych obrotów  czasu i przestrzeni pochodzą  przecież  obrazy Marii Wollenberg – Kluzy. Mechanizm urzeczenia, zachwytu odważnego  i  zaborczego, zaczyna  jednak szybko działać. Jesteśmy hojnie obdarowani, jeśli  pracujemy  w  kręgu  plastycznych  fascynacji  i odkryć. Jesteśmy szczęśliwi, jeśli  usłyszymy – wewnętrznym uchem Norwida – słowo konieczne  i  właściwe. I  uchwycimy  zarazem tę chwilę Paula  Cézanne’ a, dzięki  której  obraz  rozmawia  z  nami, jak  przedtem, kiedy po raz  pierwszy  spojrzał  na  nas  wzrokiem, właściwym  dla  poety, który mówi „od  siebie”, jak  określił  to Ernest Renan, przywołany przez  Jana  Cybisa. 

              Jesteśmy gotowi  powitać  to, co łączy  się niejako z  urodą  pierwszego „widzenia”. Z  tym, co  bliższe  jest  naturze i  jej manifestacjom. Ranek  pogodny, ciepły, bezwietrzny sprzyja  czynnościom  artysty, więc tylko możemy  domyślać  się, w  jaką  stronę  dębów  albo sosen  zmierza  o  wczesnej  godzinie Maria  Wollenberg – Kluza. Dlaczego – na połowę  dnia – znika  w  jakimś  ustroniu  i uroczysku ?

             Jeśli pogoda  jest  chłodna, jeżeli  niebo zasnute  bywa  zgaszonymi, bezkształtnymi chmurami, idziemy na „zwykły” spacer, poświęcony radościom  rozmów, rozkoszom dawnych podróży, wspomnieniom  o przyjaciołach, wreszcie  zwięzłemu komentarzowi do wielu zjawisk – wymianie  sprzecznych, szybkich  i małomównych opinii.

             Ale  za  kulisami takiej rozmowy  dokonywał  się ciągle  proces pełen tajemnych komplikacji, dzięki  którym wszelkie  cząstki, z  których  składała  się  dawna  wizja, doznawały metamorfozy, przemieniały się  w nową, spójną  całość. Ta  całość – jak sądzę – realizowała  się  częściej  w  warszawskiej pracowni, niż  w  przestrzeni  dębkowskiego lasu, niż  na  łąkach w  stronie Karwieńskich Błot, gdzie  w czerwcu kwitły płomienne maki, i na  poboczach rowów  i mokradeł  zakwitały  wielobarwne irysy. To  z  tamtego  osiedla  ruszył do Dębek  Bogubił Niechcic, żeby  Annę Dymną  zaprosić – jako Matkę  Chrzestną – na  chrzest kominka  w  swym  nadmorskim  domu.          

              Wśród tych pogód  zmiennych  i  humorów  różnorakich, powstają  nowe obrazy  Marii  Wollenberg – Kluzy, by  tak  rzec, obrazy „drugiego” stopnia  i „widzenia”, obfitujące  w  symbolikę, w  metafory ważkie, skłonne  do  wieloznaczeń, żądające  skrupulatnych analiz , komentarzy, metodologii celnych i  skutecznych. Powstają  więc dzieła  wybitne, bogate, mocno  osadzone  w  krajobrazie. Bo morze i plaża to jedynie preteksty w  strukturach i światooglądach  pejzażu morskiego.

              Gdyby zebrało się  zbiór takich obrazów, kolekcję  o światowym  zasięgu, gdybyśmy odwiedzili  sale wielkich  muzeów, to moglibyśmy bez trudu ujrzeć  rewolucję  w  sztukach plastycznych, jakiej dokonała  Maria Wollenberg – Kluza.

             Czym jest  poezja, o  której mówił  Renan, w przekonaniu, że „wszystko jest poezją”, jeśli wszystko  jest własne, odrębne, nasycone  treścią  skrajnie osobną ? Od  wszystkiego bardziej  śmiałą – w  samowolnych aktach  poznania ? 

             Odpowiada na to pytanie twórca, któremu udzieliłem głosu  w inicjalnych   „zaklęciach” mego eseju. W poezji Saint – John Perse’a  wielkie morza  przewalają  się z łoskotem  żywiołów. Ale  właśnie  te  żywioły  duchowe, otoczone  żywiołami morza, nakazują  nam szukać osobnych, zaskakujących rozwiązań.

              Czy Maria  Wollenberg – Kluza  znajdzie  te odpowiedzi  w  zdaniach  poety ? Czy rozpozna  w  nich potencjalne  motta  do swych obrazów ? Bo wielki  poeta  szuka  „mórz  wewnętrznych”. Mieszczą  się one  w  jego  przestrzeni  duchowej. Mieszkają  w nas  samych, w naszym wnętrzu bez  granic. I  stanowczo  żądają, by dokonało się „otwarcie  oczu na  wielkie, wewnętrzne  morza”. Mówi  Saint – John Perse  w modlitewnych  sekwencjach:

 

                    Poezja, by towarzyszyć recytacji  na  cześć  i chwałę  Morza,

                    Poezja, by  wspomagać śpiew  pochodu po obrzeżach Morza.

                    Jak  procesja  wokół  ołtarza  i  grawitacja  chóru  w  okrężnym 

                                                                                               [ ruchu  strofy.

 

                    I to  jest śpiew  morza, nigdy  nie  wyśpiewany, i  Morze  w nas

                                                                                       [ będzie  go  śpiewać:

                    Morze  w  nas, niesione  do  zadyszania  oddechu  i ostatniego

                                                                                       [ tchnienia  oddechu,

                    Morze  w nas, niosące  zza  widnokręgu  poszum  jedwabi  i chłodny

                                                                                [ wiew  obcych  ziem świata.                                                                                          

                   

                    Poezja, by  uśmierzać  gorączką  w  przeddzień  żeglugi  wzdłuż

                       [ brzegu. Poezja, by  przeżyć  pełniej  oczekiwanie  rozkoszy  morza.

                    I  to jest  sen  morza  nigdy  nie  śniony i Morze  w  nas  będzie go

                                                                                                     [ śniło:

                    Morze, utkane w  nas  z  dzikich  zarośli  otchłani, Morza  tkające

                        [ w nas godziny  wielkiego blasku  i wielkie  szlaki  ciemności –

                    Morze  wszelkiego  przyzwolenia, Morze każdego narodzenia,

                        Morze  wszelkiej  skruchy ! Morze  w  odpływach,

                    I przypływach  strumieni  pereł  i tajemnej  mądrości  żywego

                       [ mleka, ach, i świętym  zawodzeniu samogłosek – o święte panny,

                                                                                              [ święte panny ! –

                                            Saint – John Perse, Poematy  epickie, Amers, tłum.

                                            Adam  Wodnicki, 1994.        

             

              Nikt  tak uparcie – w ostatnich dekadach, w energicznym poświęceniu –  nie budował  swoich  zaświatów, odwołując  się  z  powagą do architektów piekła, do ich demonicznych funkcjonariuszy. Zaświat, jeśli przyjąć racje i obrazy  artystki, zatrudnia biegłych, wybitnych kolorystów. Płomienie  Marii  Wollenberg – Kluzy są  zatem  wieloimienne i wielobarwne. Pozostają  w  służbie Tych, którzy ogień  pojęli jako  instrument  kary i  zarazem  jako  przedmiot plastyczny, jako problem  malarski, którego istota  musi być gruntownie  prześwietlona, obnażona  w  reflektorach konieczności.  

             Kolory nie są  stabilne, wydają  się  skłonne do eksplozji. Kiedy indziej decyduje o nich implozja. Kolory  gasną, zdławione przez  złowrogą  moc Inferna.            

             Ile  nagości widać  w  obrazach artystki. Ile nagości  trzeba  wyzwolić, aby  stanąć przed trybunałem o ukrytym  imieniu. Ile mozołu  musiała poświęcić  Maria  Wollenberg – Kluza, by  sięgnąć  do  rzetelnych  wizjonerów  piekła, do przezierców  grzechu. A  zatem  do  tych, którzy  studiowali potężne  foliały, i do myślicieli, którzy – od Fausta Goethego do powieści  Fiodora  Dostojewskiego, do Doktora Faustusa Tomasza  Manna, do szkicu  Marii Dąbrowskiej, do powieści Michała  Bułhakowa, do eseju Leszka Kołakowskiego pracowicie kontynuowali swą rozmowę  z diabłem.

              Potężny, śmiały  łuk duchowej  wspólnoty  i  analogii  wiąże  poemat  Saint – John Perse’a  z  „morskimi” płótnami  Marii  Wollenberg – Kluzy. W  ekstatycznym dziele poety  ujawnia  się  zachwyt  wobec  mórz  tropikalnych. W  obrazach  Marii  Wollenberg  widzimy „ciemne  świecidło” Bałtyku. Od  godziny  egzotycznej, od godziny  śródziemnomorza  przechodzimy  więc – dzięki  artystce – do „godziny  bałtyckiej”, choć od  imienia  tego  Maria  Wollenberg – Kluza  wyraźnie  stroni.

             

              9. P o p o ł u d n i e   w   D ę b k a c h . Ż a ł o b n a   p l a ż a.

              Wieczorem  bociany  wracały  z  łąk  i głośno  klekocąc, mościły  się  w  centrum  Dębek, w  gnieździe na wysokiej sośnie. Drzewo  stoi naprzeciwko domu Hani i Eugeniusza  Kurów. Pod  sosną  ulokowany  był  kiosk, na  którym  umieszczono dumny  napis  o stylistyce Cezara. Przez  wiele lat  napis  ów nie tracił  aktualności: „Piwa  brak !”

             Tego  dnia, kiedy  skoszono  żyto, młoda  sarenka  przebiegała zawsze przez  pole. Biegła  więc, jakby  to  był  posążek  z  brązu, śmigły  i  skoczny  w  biegu. A raczej  w  locie błyskawicznym  i  pełnym  harmonii. Czekałem  na  tę  sarenkę, wypatrując  ją  z  tarasu, zaraz  bowiem  za  bocianami  wracały  sarny  do  swych siedlisk  w  głębi  lasu.             

             Kiedyś, dawno temu, sądziłem, że najpiękniejsza  ze  wszystkich godzin jest godzina popołudnia  na  plaży  w  Dębkach,  za  Piaśnicą, zwaną  przez  nas Rzeką  dwóch  serc. Była  to godzina, kiedy biwak  plażowy już  zwinęliśmy, a  na  wypłowiały, ukochany  plecak, kupiony  w  Interlaken, patrzyłem  z  czułością.  

              Plaża  była  bursztynowa, złocista, miodna. Las  oddychał  gęstą  wonią sosen. Krąg  słoneczny  zniżał się  z  wolna, uroczyście, pełen jaskrawego  dostojeństwa. Z  Marią  i Tadeuszem Kluzami, i moją  żoną  patrzyliśmy  więc na  ten  odwieczny, monumentalny spektakl. I  każde  z  nas inaczej doznawało tego  czasu i tej pogody.

              Kiedy  słońce  zaszło  w  różowej  i  żółtej  poświacie, wszyscy, którzy tu stali, zaczęli bić  brawo. Były to oklaski  dla  słońca, które  raz  jeszcze wzięło udział  w planetarnym  theatrum.        

              Ku finałowi lata  na  pustej plaży ukazali  się Ci, którzy tu często bywali i niekiedy, o tej przyjaznej  i  dobroczynnej  porze, zwykli  korzystać  z przyjemności kąpieli: Jan Drzeżdżon, Agnieszka Osiecka, Henryk  Machalica, Andrzej Bartnicki, Małgorzata  Braunek, Jerzy Bińczycki, Maciej Zembaty, Andrzej  Kotkowski, Hania  Kurowa.

              Innego, sierpniowego dnia  mgły  opadły nisko i były  coraz  bardziej  gęste. Cisza  rozsnuła  się tak ogromna, że słyszeliśmy nawet szepty. A wtedy  umarli  zaczęli  wyłaniać  się  spoza  drzew, w  prześwitach  sosen  i  dębów, i stawali na  plaży, Ci umarli, i  jeszcze  bardziej  umarli, i byli  tak  ogarnięci  przez  bladość, że całkiem przeźroczyści, jakby  posypani  szczególną  bielą, i cicho, prawie  w  milczeniu  rozmawiali  z  sobą  i  żywymi, bo tylko  taka  rozmowa  mogła być  słyszalna  przez  innych – według  wielkiego  filozofa  z  połowy dwudziestego  stulecia. Bo właśnie  Jean Paul Sartre  był  autorem  scenariusza  do  takiego  filmu.

              Jeśli w obrazach Marii Wollenberg – Kluzy  jawią  się figury, podobne  do cieni, o twarzach zatartych, bez  imiennych  rysów, to  zapewne  są  Ci, których obecność  na  późnej  plaży odczuwamy  z  bólem, rozpaczą  i nakazem  gorzkiej pamięci.                                                                 

Andrzej  Gronczewski


Pin It