Magdalena Węgrzynowicz - Plichta - wiersze

MIRAŻ


czytam oczami obraz twój

na podobieństwo Boga

i szokuje mnie prawda

o mnie –


jestem kobietą

która utraciła wiarę

więc po co budzić nadzieję

która prowadzi donikąd


we śnie rozmawiam

z obrazami które

mają się narodzić

w twojej wyobraźni


choć nie zmierzyłam się

jeszcze z cieniem

i głębią tych które

zawieszasz na ścianach


krążący kruk nie zleciał

z nich wprost do mnie

i nie przysiadł na ramieniu

jak dobry znajomy


a gładkie łasicie dreszczy

z luster spoza ram

nie przebiegły po plecach

jak przelotny deszcz


Adam i Ewa umieszczeni

w głębi płótna nie zaprosili

do stołu i nie zaproszą –

czaszki są wymowne


a ja mam chęć –

przytulić się do rozwieszonych

blejtramów twoich ramion

i zadać tysiące pytań


ale nawet o szczegół nie –

bo nie odpowiesz

w mglistym przeczuciu

zawieszony –


a tym bardziej w akcie

tworzenia gdy rozkołysany

swobodnie dryfujesz

w wizji oceanie



PATRIOTYZM

 

niech milką werble

gdy wolność sercem śpiewa

 

niech echo niesie dzwonów ton –

nie na trwogę –

 

czas bohaterów w kurhanach śpi

w muzeach kurzem porasta

 

p a t r i a

 

z dziada pradziada –

z młodych głów ostrzyżonych

już ofiar nie wymaga

 

m ł o d o ś ć

 

co karabinu nie dźwiga

skrzydła do lotu w przyszłość

szeroko ma rozpostarte –

 

szybując – unosi się lekko

ponad podziałami świata

 

wszelakie -izmy i -yzmy

mając w głębokiej pogardzie

 

G w i a z d ę P o l a r n ą

 

za azymut –

historii z oczu nie strąca –

 

czcząc zrywy powstańcze

gotowa krwi swojej utoczyć –

 

n a r o z k a z

 

 

KAMELEON

 

pełne niepokoju są rozbiegane

oczy Kamy – słodkiego

kameleona z przedmieścia –

i ruchliwy język oblizujący

zmysłowo usta

 

na szyi dynda pozłacany

łańcuch ze znakiem zodiaku

na przegubach chudych

zwinnych rąk brzęczą

hałaśliwe bransoletki

 

na wszystkich palcach

po kilka pierścionków

które niczym kastety

wbijają się w ciało

przypadkowych kochanków

 

pełne niepokoju są rozbiegane

oczy Kamy – słodkiego

kameleona z przedmieścia –

i szczupłe stopy drepczące

w sandałach na koturnie

 

co roku nowe miasto

co miesiąc – ulica

co tydzień inny kolor

włosów raz na kilka dni

odmiana w fasonie torebki

 

codziennie ten sam alfons

co wieczór – zapas prezerwatyw

 

pełne niepokoju są rozbiegane

oczy Kamy – słodkiego

kameleona z przedmieścia –

i prężne gibkie ciało

owijające się wokół ofiary

 

gdy ujrzysz je po zmierzchu

u zbiegu ruchliwych

ulic w nędznym zaułku

lub parku nie osądzaj nie

odtrącaj nie płać za seks

 

rankiem niczym detektyw

słodka Kama szuka wybawcy

wyciętego z brukowca

z kolumny towarzyskiej lub

ogłoszenia tanio sprzedam

 

wykrzywiasz usta

w grymasie pogardy

niby to spiesząc się na

umówione spotkanie

ruszasz z piskiem opon

 

żałosny z ciebie bohater

dziewice to prehistoria

 

jeśli wpadniesz na Kamę

przypadkiem poznasz po

rozbieganych migdałowych

oczach i drobnym wisiorku

w kształcie wodnika

 

pod którym bije czyste źródło –

gorące spragnione serce

 

 

OLŚNIENIE

 

spragnieni ciszy i miłości

błądzimy w labiryntach świata

do szpiku kości przemarznięci

iskrą radości rozbłyśniemy

niczym błędne ogniki na bagnach

w mgieł nocnym zauroczeniu

 

uwiedzeni mirażem sławy

na antypody dobra zapędzeni

przestajemy o duszy marzyć

niczego już nie przeczuwając

na tej serca pustyni szlochamy

po niczym w rozpaczy

 

a On nam nie przeszkadza

błąkać się tak zawile

tak błądzić z jakiej przyczyny

dla skutku jakiego wcale

nie okazujesz Boże

zniecierpliwienia swojego

 

aż nagle mgły się rozstąpią

na antypodach dobra

w rozpaczy drogę mleczną

ujrzymy gwiazd pełną

i pnia próchno stare

w księżyca poświacie

 

tu jesteś Panie Zastępów

na firmamencie niebieskim

w takiej to głuszy się skryłeś

w tej pnia srebrzystej mogile

w tym trelu słowika

i rosy blasku

o brzasku



 

KOLORY JESIENI

 

miała tylko jedną ulubioną kredkę

i uśmiech jak podarunek

ostra czerwień pasowała do jej

gorącego serca

 

on miał tylko jeden ulubiony kolor

i ściągnięte z gniewu brwi –

nieskazitelna czerń garnituru

we wszystkich budziła respekt

 

na ławce w parku siedzieli

naprzeciw siebie –

ona czekała na spóźnioną

koleżankę z pracy

on za wcześnie przyszedł

na spotkanie

 

z drzew przy lekkim powiewie

spływały złociste

latawce klonów

i czasem jak odrzutowiec

na ziemię spadały

brązowe kasztany

 

po chwili czekania

na ramionach

ona miała

złoty szal z liści utkany

on rząd kasztanów

w kujących kolczugach

na kolanach

 

nie doczekawszy się

jak umówieni na sygnał

z ławki wstali –

wymienili

porozumiewawcze

spojrzenia

wzruszyli ramionami

 

ona odeszła z bukietem

złotych liści w ręce

on z kasztanami w garści

każde w swoją stronę

z jak z największym skarbem –

kolorami jesieni

zamyślone

Rozalia Nowak
Rozalia Nowak


ARTEFAKT

 

arkana wiedzy pełne są

pułapek dla niewtajemniczonych

 

po czym odróżnić

artefakt od skamieniałości

 

po odbitym śladzie człowieka

 

tak zwyczajnie mi to mówisz

bez emocji odkrywcy

 

czasem wbrew oczekiwaniom

wydobyty z głębi ziemi

 

razem z porcelanką pomięty

kawałek miedzianego drutu

 

jest kluczem do epokowego odkrycia

 

druciane spirale to zawieszki

do muszli Cypraea ocellata

 

kładziesz na mojej otwartej dłoni

małe szklane naczynie z kolczykami

 

na dnie wyściełanym turkusowym

suknem spoczywa starożytny okaz

 

ze współczesną sygnaturą




SOLARNY SEN ( z cyklu SAFONIANA)


wczoraj wspomniałeś o jaskini

na Krecie niechcący śniłam nas

i chociaż wiem że to tylko sen

to jednak wiedz, że się modliłam,

aby ta noc dwa razy dłużej trwała*

 

gdy welon nocy wyspę w ciszę

otula a w jaskini tylko serca nasze –

czule przytulasz mnie –

wiedz jednak że modlę się

by ta noc dwa razy dłużej trwała

 

słoneczny zegar uparcie

zakrzywia czasoprzestrzeń –       

nigdy na Krecie nie ja

to jednak modlę się –

oby ta noc dwa razy dłużej

 

kiedy tylko znów tobie

przyśni się ten piękny

ze mną solarny sen

 

* Safona - przekład Jadwigi Brzostowskiej



KLEIS ( z cyklu SAFONIANA)

 

   Aleksandrze Batko

 

pięknogłosy posłaniec wiosny

słowik* szczęśliwą miłość –

nieważne kiedy i komu

tak przypowieść głosi

 

Kleis biegnie na targ

nieważne dla kogo i po co –

słowik trelami umila jej

wyprawę samotną

 

bose stopy rytmicznie

po trakcie się tłuką

kostur odpędza psy

torba pod pachą kołysze

 

prostej drogi niewiele –

za każdym zakrętem

kolejny słowik śpiewem

rozwija pąki ciszy

 

czasem pod słońce

(za śpiewem słowika

zmrużywszy oczy)

w południe popatrzy

 

westchnie coś sobie

przypomni i dalej

popędzi więziona

w nadziei pryzmacie

 

zanim przez ostrą

bramę do zgiełku miasta

w uliczek cień wkroczy

gęsty zimny ponury

 

po raz ostatni spojrzy

za siebie w wysokie niebo

gdzie ptasich przyjaciół

szybują kontury

 

* Safona – przekład Jadwigi Brzostowskiej

 

 

EXODUS ( z cyklu SAFONIANA)

 

 

myśli me o was i waszej piękności

już się nie zmienią*

choć wkoło tandeta i liszaj biedoty

coraz większe kręgi zatacza

 

tak cicho i podstępnie

zdobywa kolejne twierdze –

od ostatniej wojny nasz los

trędowaty – wędrówka tułacza

 

myśli me gorzkie jak piołun

już się o was nie zmienią

(łodyga dzikiej róży ostrym kolcem

koniuszek serdecznego palca rani

 

gdy do wazonu wspomnień

wkładam ją bez przekonania)

kroplą czerwonej krwi zastygają

nad waszej piękności marami

 

*Safona – przekład Jadwigi Brzostowskiej


KATHARSIS

 

za wszystko, to* może być nijakie dla bogów

co dobre, największym odpłać mi złem*

tylko wtedy zrozumiem miłość

tylko wtedy zrozumiem nicość

 

gdy żaden z bogów mi nie pomoże

ani dzień ani noc

ani wiatr ani skwar

 

za każdy odruch serca –

lód i granitu głaz

 

za każde drgnienie

najczulszych duszy strun –

wisielca pętlę i sznur

 

i dotąd mnie dręcz

aż zjawi się

 

k a t h a r s i s

 

język ognia

w kropli wody

 

co pochłonie mnie

 

*Safona – przekład Jadwigi Brzostowskiej

 

 

POKOS ( z cyklu SAFONIANA)

 

 

ze wszystkim jednak trzeba się pogodzić*

tak powie Kasandra i wyrocznia Delficka

 

tak powie –

 

a jednak jest w tobie sprzeciw

to barbarzyństwo –

 

krzyczysz

 

a ja nie karcę cię wcale

nie uspokajam

 

czekam

 

rośnie gaj oliwny i trawa

i przychodzi czas co zbiera

 

żniwo

 

i choćbyś się rękami i nogami

zaparł – po ciebie też przyjdzie –

 

i nie masz na to wpływu

 

*Safona – przekład Jadwigi Brzostowskiej

 

 

IMIĘ ( z cyklu SAFONIANA)

 

dawco cierpienia*

wyjaw jak cię zwą

niepiśmienni pasterze

 

mimo ogłady i wiedzy

znam tylko twe dzieła

wiekopomne

 

te wszystkie wojny

epidemie powodzie

i pożogi robactwu służą

 

a nie nam ludziom –

strach o nich

nawet wspomnieć

 

a zatem na Olimpie

twego imienia poszukam

 

palców mi zbraknie

by bogów antycznych

wyliczyć z imienia

 

ale ty m ł o d s z y jesteś

w całej krasie się objaw –

wyjdź z cienia cierpienia

 

przed tobą w orszaku

g r o z a i o k r u c i e ń s t w o –

tyś ich jedyny dawca

 

już zgadłam

bękartem Hefajstosa jesteś

 

twoim dziedzictwem armia

plag z glinianej beczki Pandory

a imię twoje – o p r a w c a

 

*Safona – przekład Jadwigi Brzostowskiej

Pin It