Paweł Podlipniak - wiersze



Tropografia elżbietańska

 

Przypadkowe zniknięcia z mapy. Giną nam miasteczka,

miasta, klucze do mieszkań. Potem zmywa brzegi

rzek, więc nie mamy dokąd spłynąć. Zostajemy 

tylko w pamięci. Blednie najwolniej. Strofuje

nas nieustannie gorzkim: tu było, co było.

 

Literowanie byłych nazw przynosi ulgę.

Za znakiem stoi inny znak, a za nim mieszka

słowo, czasem rzecz. Zwierzę nie do oswojenia.

Ucieka, zanim nadasz imię, pogładzisz w myślach.

Zniknie z mapy właśnie wtedy,

gdy zaczniesz rozpoznawać zarys zgubionego. 

 

nie każde morze kończy się szczęśliwie

 

 

[z tomiku „Aubade triste”]

 

 

Aubade triste

 

Byłaś dziś rano mała, więc cię pokołyszę

w myślach, w mowie, w uczynkach i bez zaniedbania

za dni pachnące ciastem, przyszyte guziki,

za plastry przyklejane na zbitych kolanach.

 

Byłaś dziś rano lekka, więc mi uleciałaś

w przeszłość, w bajki, dzieciństwo i rozlałaś ciszę 

na dni, które nadejdą. Zamiast pożegnania.

Tyle mam w sobie krzyku, lecz nie mogę krzyczeć.

 

Byłaś dziś rano krucha, więc się rozsypałem,

na drobniutkie kawałki nie do poskładania.

Bez ciebie nie zapłaczę. Nie próbuję. Wcale.     

Smutek rozstań jest suchy. Ja zostałem. Mamo.

 

[z tomiku „Aubade triste”]

 

Vertical song

 

Jak już dojdziemy do samego końca,

gdzie ziemia wszystkim usuwa się spod stóp,

zawiśniemy oparci o piękne powietrze

zawiśniemy oparci, by za chwilę wzlecieć

w dół

 

Jak już spadniemy aż na samą górę,

gdzie wyobraźni wymyka się niebo,

popełzniemy oparci o złożone ręce,

popełzniemy oparci o piękne powietrze

bez tchu

 

Jak już dojdziemy (koniecznie) do siebie,

gdzie nikt nie czeka i dystansu brak,

zamilkniemy, bo słowa stracą tam znaczenie,

zamilkniemy, bo każdy wszystko będzie wiedzieć

i już

 

 

[z tomiku „Aubade triste”]

 

 

Ósma i pół

 

Randallowi Jarellowi

 

Noce niepowstrzymane, noce afrykańskie

pozostawiły zapach słoni w dębowych szufladach.

Coś urodziło się, a potem w trzecim akcie zeszło

zaraz za budynkami w tamtym głośnym mieście,

na które zrzucaliście jeszcze ciepłe bomby.

 

Ósma powietrzna to dziś tylko karma dla mięczaków

– puste, sparciałe namioty, a pod płótnem próżnia.

Szlauchy sprawnie wypłuczą szpary w trójwymiarze,

dla tych, co powtarzają wirtualny pacierz:

dla kogo jest królestwo, a dla kogo napalm.

 

Kandaharrrrrrr brzmi jak charkot postrzelonych w płuca,

Babilon – krwawa bańka po weselnych gościach,

nagłówek, za nim wzgórze lub kapliczka,

klucz do zrozumienia czyjejś śmierci, kolejna

okazja, by umyć ręce. Rzekł Pan – Tu macie mapy.

 

Starliśmy je starannie – aż do nagiej czaszki. 

 

[z tomiku „Karmageddon”]

 

Nieśmiertelnik z Minotaurem

 

O pułkowniku, mój pułkowniku! Nasza wędrówka nie ma końca.

Przeoczyliśmy pożegnanie, a okrutny kwiecień

zasypał drogi kurzem. Dzieci, czerwone do krwi,

nakreślą patykami imiona suchych traw.

 

O pułkowniku, mój pułkowniku! Stare kobiety śpią podczas nabożeństw,

gubiąc modlitwy za ogarniętych przez pożar.  

Zamieszkaliśmy w domach z dymu, kursujemy

bezradnie pomiędzy przeczuciem a dnem morskim.

 

O pułkowniku, mój pułkowniku! Nasi bogowie noszą poplamione szaty,

mieszają w misach napalm. W miedzianych ustach

gotują dla nas ostateczne rozwiązania. Wypluli letnich,

wciągnęli gorących, reszta przepadnie w milczeniu.

 

[z tomiku „Karmageddon”]

iskrzy bliżej skóry

 

burza za oknem jak kot elektryczny drapie

lśniącym pazurem brzuchy deszczowych waleni.

trwa wielkie, nieuchwytne wymieranie godzin,

całych gatunków rzeczy niezbędnych do zejścia

 

z gałęzi i nie wiemy, kto podniesie owoc

bliższy skórze, a potem wygładzi ostatnie

zmarszczki pościeli. ranek to lek pierworodny

na ostatnie wieczerze i pierwsze śniadania.

 

budzą się wtedy wszyscy święci od kuchennych

stołów i parzą wrzątkiem gorzkie ziarna, sprawnie

łowiąc ostatnie iskry z szorstkiej kociej sierści.

a potem będą dzielić, co jeszcze zostało:     

 

ciało moje i twoje, okruch rogalika.

 

[z tomiku „Karmageddon”]

 

 

elegia dla misiz robinson 

 

gdzie są ci chłopcy o ciałach z denimu

(i członkach twardych jak blaszane ćwieki)

bez szwów i zmarszczek, z  rękoma w kieszeniach,

– bogowie cichych, tanich hotelików?

 

gdzie są dżinsowi mali adonisi,

z mlekiem pod nosem i pyszną powagą

na gładkich twarzach, bez własnej historii,

co zasypiali szybko w pani cieniu?

 

gdzie są pocieszne małpki z marcepanu

prężące mięśnie ramion i pośladków,

tak przekonane o swojej wszechmocy,

które uczyłaś podstawowych sztuczek? 

 

gdzie łatwopalne papierowe cienie,

sekrety skryte w ciemnych gardłach komód,

czy warte słowa? czy dżizas je kocha

i trzyma miejsce dla pani u siebie?

 

 

[z tomiku „Karmageddon”]

 

Seine

 

możesz napisać głośno, że to już nie boli,

wsiąść w rzekę gdzieś pod mostem i popłynąć w zimno,

bo jutro się nie zdarzy, a noc nie powtórzy

pohukiwania liter w parkowych zaroślach.  

 

możesz napisać prędko, gdyż pośpiech nadaje

posmak ważności sprawom, które z lękiem mijasz

– przed ciemną jutrznią będzie krótka lekcja wiary,

zanim pogaszą świece, zanim wzejdą sowy.

 

możesz napisać wierniej i bezradnie patrzeć,

jak uwolnione wersy pękają z hałasem,

pozbawiając cię strachu przed kolejną zimą.

przecież tak krótko bywasz – nic się nie wypełni.

 

możesz napisać celniej, lecz przecież celujesz

we własną głowę z broni marnego rażenia.

przypadkowe trafienie w źródło cichej wody

zaleje chłodem usta – idź i nie wrzeszcz więcej.

 

 

Tenebrārum

 

Robi się późno w moim życiu, i to nazbyt wcześnie

Paul Celan w liście do Ilany Shmueli,

 

 

módl się do nas panie, bo jesteśmy głośno

i w twoje słodkie ciało wjedziemy na brzytwach.

cokolwiek zamiast amen zasłania nam usta

a kropka dusi zdanie bez ważnego końca.

 

módl się do nas panie, bo jesteśmy dawno,

i w twoje jasne progi pukamy jak w pudło

instrumentu, któremu złodziej ukradł serce.

teraz ta pustka czyha na przyjazne dźwięki. 

 

módl się do nas panie, bo jesteśmy późno

i ostrze nie domyka nam żadnej godziny,

wskazówki wciąż chybiają, głuchy dzwon nie bije

po stronie, gdzie portfele cierpią na anemię.

 

módl się do nas panie, bo jesteśmy jeszcze,

a kiedy nas zabraknie, ty przestaniesz także

oddychać w swoim niebie bez żadnego celu

i ogarnie cię smutek, że nikt nie usłyszy,

 

jak wymawiasz imiona swoich marnych dzieci

 

Krajobraz z Turnerem

 

Tadeuszowi Nowakowi

 

W tej okolicy jest zbyt oczywiście.

Worki z ciałami na poboczu drogi,

wrak samochodu, który ciężkie czołgi

stłamsiły łatwo jak zwitek papieru,

a wysypane z bagażnika wiśnie

splamiły asfalt – cierpko i bez celu.

 

Ile to razy słodki smak herbaty

opuszczał usta i kto w nie wpakował

ładunek prochu staranniej niż słowa

żegnaj czy witaj, zanim tuż przed świtem

lont się wypalił albo pocisk zawył

strażom nad uchem w powietrznej kursywie.         

 

Wieczorem wrony zerwą się do lotu,

śmigłowce zdmuchną śmieci z autostrady,

ktoś zamyślony szepnie cicho habib,

w języku, który wyrósł prosto z piachu.

Głos z minaretu niesie złudny spokój

powolnej śmierci skrytej w ziarnach maku.

Pin It