Pisarze.pl

  • Zwiększ rozmiar czcionki
  • Domyślny  rozmiar czcionki
  • Zmniejsz rozmiar czcionki

Wiersze na Święta

 


Anna Maria Musz

 


Wstęp do genetyki

 

wkrótce święta

marnotrawni wracają

zaczną się kłótnie w rodzinach

a potem nastanie zgoda

 

biedni wariaci znów wierzą

że piszą na zamówienie nową muzykę dla sfer

i odtwarzają w kółko utrwalone dźwięki

słuchając ich jak mszy

 

z każdym kolejnym obrotem ziemi

zacieśniamy kręgi

zatrzaskujemy bramy zamykamy się w domach

wstępujemy w role

 

jeśli przychodzisz z zewnątrz i chcesz nas zrozumieć

czytaj te ceremonie według starych legend

szukaj w nich genetycznych kodów naszych myśli

oglądaj je z bliska

 

znajdź utarte ścieżki i daj się poprowadzić

przez pieśni albo obrazy

 

 

 

Ceremonia

 

zbieramy się w jednym miejscu

jednym jedynym na ziemi

cząstki tej samej układanki podzielonej

na kilka serc połączonej więzami krwi

 

tam gdzie ledwie podpełza ożywione światło

nad białym stołem

już chyba są już wracają pochylają głowy

całe zastępy bliskich krewnych

 

między naszymi oczami krążą zrozumienia

nieosiągalne dla słów

 

lekko łamiemy milczenie

zaczynamy wieczerzę

 

 

 

Wigilia z historii rodzinnych

 

Rozedrgało się pośród wieczornego święta

serce dzwonu, głośniejąc w rytm skrzypiących kroków

i ktoś wszedł w drzwi otwarte na oścież raz w roku.

Było puste nakrycie. Potrafią pamiętać,

 

a miejsca nieskończenie wiele w takim gronie.

Patrzył wzrokiem płomiennym w jaśniejące świece.

Nikt nie wiedział w tej ciszy, choć każdy chciał przecież -

czy wzrok płonął od świecy – czy od wzroku płomień?

 

Po wieczerzy znikł nagle wśród kolędy głosu,

który zjawia się znikąd i wstrzymuje w biegu.

Pozostały przed domem tylko ślady w śniegu -

ślady, jak gęsie pióra – drogowskazy losu.

 

2005





Agnieszka Moroz

 

 

Autoportret z portretem

 

Mam nadzieję, że odejście jest radosne

i że nigdy nie powrócę...

 

 

Frida Kahlo

 

 

Odeszła z radością

bo nigdy nie umiała się zatrzymać

w kadrze

szmaragdowy skrawek sukni

słowo ostre jak tequila

 

Ona wiedziała

zawsze wiedziała co zrobić

Ciebie

rzuciłaby już następnego dnia

rzuciłaby wazonem

okiem

na te sprawy

które ja wystukuję obcasami

na wszystkich chodnikach świata

w postaci drukarskiej farby

ścieram z zębów

wyciągam z ciała jak trociny

 

Ale ona odeszła

dlatego śpiewam La Bruję

i na niebieskiej ścianie

wieszam portret

dla mnie

na zawsze surrealistyczny


 

 

Smutny książę i poławiacze

 

 

W tamte dni

robiliśmy zdjęcia

przez kolorowe dna butelek

wciąż uśmiechamy się z albumu

 

O północy

tyłem podchodziliśmy do studni

on bardziej niż ja bał się

spojrzeć w głąb

 

Podarowałam mu muszlę

 

Wyjął z niej perłę

daleki szum wyrzucając

do śmietnika

 

Teraz

rozmawia z krawatami

monety sypią się z ust

brzęczą

ciągle boli go głowa

Kalina Kowalska ( Beata Golacik)

 

 

kaleka słów

 

gdybym mogła mówić

i nie zamykać byłabym

jak muzyka Lorenca

 

przeprowadzałabym przez śmierć

nie pozwalając się zatrzymać

 

 

 

Zosi

 

obsypujesz mi się jak suche igiełki jodły

przy najlżejszym dotknięciu słowa

są moimi palcami zbieram z podłogi kolorowe

nitki tasiemki niczym choinkowe ozdoby

chowam do pudełka święta

będą bez serwetek

 

mam wrażenie że czas się nami opiekował

zdążyłyśmy wyjąć sobie z ust szczęśliwe zakończenia

powieści z mottem: no popatrz jak to jest

ułożyć się w miękkich poduszkach losu

rodzących siebie kobiet

 

życie przechodzi w życie

 

nigdy nie uważałam

że po zmarłych trzeba płakać

głośno i wyraźnie - to horror vacui

twoich wnętrz

 

boso po wzorzystych dywanikach

przeszłyśmy nasz korytarz

a teraz napisałam ci wiersz

 

 

 

wiersz kicz kicz

 

dochodziłam powoli

do tej jednej puenty nie umiałam inaczej

jak kroczkami w przód w tył w bok udeptując

w ziemi poletko jakiś placyk zbawiciela

wierszyk płaczny… i nad czym to tak

uklepuje grudę że aż łzawi?

 

pamiętam jak nazywałeś mnie Myszeńką

tylko to – maleńkie istnienie w twoim

słowniku glosę gdzieś na marginesie

wielkiej księgi cytatów – ziarenko

w które uwierzyłam tak bardzo

aż mi obrodziło… i na czym to tak

rośnie że bój się Boga wiersz i wiersz?

 

kto wie czy nie najważniejszy

dla mnie utuliłeś w imię

 


 

Agnieszka Moroz

Gabinet Howarda Mierzwiaka

 

 

Nagle przychodzę ci do głowy

i zamieszkuję pomiędzy jedną a drugą plamą kawy

które wieczorem

spróbujesz wywabić alchemią barmanów

Wiele wybieliłeś już do czysta

 

Przez chwilę

jestem najważniejszym słowem

i puentą mocną

nawet przed wielokropkiem

tłumu

główkami szpilek

obracających się na byle zawołanie

wyciąganych ze zdjęć

kiedy już znudzą cię na dobre

 

Moje szpilki

też nie zdążą uciec

chociaż bohaterkami są chodników

Rozpłynę się w

nogi usta piersi

Magicy prędko zdemontują je

w gablocie twoich oczu

wyrokiem nożyczek

wyeksmitują z fotografii

 

Kiedy obudzisz się z migreną

o niczym nie będziesz pamiętał

a Georgie Best zapewni

że wczorajszej nocy podnosiłeś go

z ziemi razem z krzesłem

 

 

 

Od Kubricka do Jarmusha

 

 

Znamy się teraz zupełnie od nowa

w wygodnych fotelach

otwieramy oczy

na stole puszki po mleku kandyzowanym

wszechobecny zapach kawy nad podłogą

 

Lubimy ten moment pomiędzy

kiedy Kubrick ściąga kapelusze bohaterom

krem na ciastkach znika u Coppoli

i trzeba ciągle cofać płytę

 

Gdyby to był Jarmush

– krótki epizod

nastrój w szachownicę

pożegnanie

w dymie z cygaretek

zawieszone

 

Ale żadnych kamer

tektury papier-mâché gutaperki

Od pierwszego uniesienia rzęs

nad linią twoich ramion

po ostatnie zamykanie

 

Cięć nie będzie

Agnieszka Marek

 

 

Podróż (V)

 

Zanim odejdzie, podaruje ci ostatnie spotkanie w twoich stronach.

Zimą, by na drodze do sąsiedniej wsi zostały ślady stóp, zaklęte

aż do roztopów. Już dzisiaj pomódl się o styczniową burzę,
byście mogli wspominać tamtą, z lata, gdy ostre krople deszczu

bębniły w opaloną skórę pleców. Przecież pamiętasz, nie nadążałeś
z pocałunkami. Weź, weź ją do lasu, prowadź na oszroniony most.
Z torebki wyjmie jedwabną chustę, którą jak zdobywca przywiozłeś

z pachnących kardamonem i wanilią krajów. Rzucicie ją na skutą lodem

 

rzekę. Sfrunie niczym całun, pochowa wasze lato. Pozwól jeszcze popatrzeć

na psa, który jak szczeniak będzie walczył z płatkami śniegu, dziwił się bieli.

A ona wreszcie powie, że najbardziej żałuje pustki na serdecznym palcu,

bycia niczyją. Spacer zbyt krótki, jak zawsze. Za zimno nawet na łzy.

 

 

 

 

                                                                                            

                                                                                              „Tobie przystoją ołtarze. Dla Ciebie

                                                                                              Niech wciąż falują rozwiane szeroko

                                                                                              Włosy Dziewicy”.

                                                          

                                                                  /M.K. Sarbiewski Do róży. Co roku, pierwszego dnia czerwca,
                                                                       będzie wieńczyć głowę Najświętszej Panny
/

 

 

 

 

Z pamiętnika Panny M.

 

Od kiedy pamiętam, były niepokorne. Wymykały się na czoło,

próbując nadać rytm. Tylko na nie matka potrafiła przymknąć oczy -

pozwalała, by rosły. Moja niepokalaność rozgrzeszała falujące pasma,

tłumaczyła zmysłową miękkość. Były ze mną podczas pierwszych chwil

 

z Józefem. Nikt nie wie, że pozwalałam mu zdejmować czepek, brać

je w dłonie. Rozgrzana słońcem głowa wabiła jego nos i usta. Czasami

przynosił różę, nieudolnie próbował wpleść w okolicę skroni. Kiedy

kaleczył palce o ciernie, nie miałam pojęcia, że to proroctwo.

 

Dzisiaj patrzę na wszystko z góry, bo przecież nie mogę inaczej.

Prawie w każdej świątyni, bez pytania o zgodę, ozdabiają mnie różami.

Stoję bez ruchu, a im nie wypada nawet zwiędnąć.



 

Redakcja: 00-260 Warszawa ul. Mostowa 2/4 
oraz 82-110 Kąty Rybackie ul. Rybacka 185, tel. 606 888 764 

poczta - biuro@pisarze.pl

Pisarze.pl
E-tygodnik literacko-artystyczny
Numer 44/14 (221)
ISSN: 2084-6983


ARTYSCI W GALERII
ZBYSZKA KRESOWATEGO

więcej>>>
(szkice literackie i obrazy)


Nie wiem, co rządzi ludzką wyobraźnią: chęć dokuczenia komuś, atakowania bez pardonu, wytykania potknięć…? Pisze do mnie taki jeden z drugim, jakieś wierszyki, atakuje premiera, prezydenta, ministrów, nie chce dostrzec ich poświęcenia dla nas, wytężonej, ciężkiej pracy

 


poranne

Marek Jastrząb
Po-ranne noce
Szkice, felietony i opowiadania

LIST OTWARTY
DO POSŁÓW I SENATORÓW RZECZYPOSPOLITEJ POLSKIEJ
VII KADENCJI

KLIKNIJ TU ABY  ZŁOŻYĆ PODPIS


Strona oparta na Joomli