{jcomments on}

Wiersze tygodnia – Piotr Prokopiak

 

 

Piotr Prokopiak – rocznik 1973. Autor czterech tomików poezji, powieści oraz tomu opowiadań. Należy do Związku Literatów Polskich. Pełni funkcję prezesa Szczecineckiego Oddziału Stowarzyszenia Autorów Polskich.

 

 

Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska















 

 

Zatoka dzieci

 

Mój brat ani razu nie spojrzał. Myślałem, że mnie

nie chce. Kiedy go wyciągali z mamy był cichy, jakby

zachłysnął się światem. Wujek Gierek sypał cukierki

już z mniejszym zapałem, ale oddałbym mu i te,

oddałbym nawet kupioną spod lady

futbolówkę, byleby tylko zechciał

za nią pobiec. Nie mógł. Podobno rączki

i nóżki miał tak sztywne, że ojciec nie dał rady

go ubrać. Przykrytego pieluszką zamknięto

w pudełku, niczym misie zsyłane do piwnicznych

sierocińców. Zramolały żuk chyłkiem penetrował

warkocze arterii. Biała trumienka chybotała, jakby

brat próbował się wydostać. Tak bardzo chciałem,

ale jego bardziej chciała ziemia. Zakopali

niczym psiaka, bez wielebnej fatygi. Mając osiem lat,

toczyłem spory religijne z zakonnicą. Twój brat

nie będzie zbawiony. Nigdy nie wyjdzie z limbus

puerorum. Nie miałem argumentów, mogłem

jedynie krzyczeć, za co biła mnie wskaźnikiem

i stawiała do kąta. Po nocach śniłem, jak brat

płacze na obrzeżach otchłani. Woła mnie, a Bóg

z nazistowskim wąsikiem rechoce na całe Królestwo

Niebieskie. Dorastał w moich marzeniach. Ja

podawałem piłkę, a on strzelał najpiękniejsze gole

dla Wielimia. Pierwszego listopada zabrałem

syna na cmentarz. Tu leży twój wujek. Na pewno

byłby dobrym wujkiem. Zagrałby z nami

w ataku, pod samymi oknami Kongregacji

ds. Wiary.

 

 

Dystymia


jesienią gwiazdy zstępują po liściach na
ulice przechodzą przeze mnie kolebiąc się
tętnem wiatru sploty fastrygują skumulowane
światy chciałbym zapomnieć źrenice
zdradzają mnie skraplając woskowe
domy trzymające się skrajki matczynej
mgły wilgoć ssą spękane
kasztany układam w tornistrze zanim
odleci kipiący dysk ronda
na Placu Wolności jak wtedy taksówki
uciekają z zastoju pośpiesznymi
wieczorami puszczają wszystkie spoiny
sens lepi się elastyczną
sinusoidą dym podtrzymuje domostwa
na uwięzi pomieszane z milczeniem
moje teraźniejsze przyszło przeszłości

 

 

Przetrącone pokolenie II


budzi mnie hymn szkolny
niezmiennie o tej samej porze
łapię się na ostatnią zwrotkę
świadomości najbardziej
wzrusza mnie wers kwitnący
socjalizmem w obawie
przed naruszeniem artykułu
trzynastego zamykam oczy
i zaciskam pośladki nigdy
nie wiadomo gdzie
podrzucą pluskwę
gorzowski poeta (rocznik 84)
o mnie ty to jesteś takie chujwieco
trochę tu trochę tam i znów
mój kryptokomunizm wychylił
ogon z nogawki rzeczywiście
wolałbym być tam i zwiedzać
z Izką B. salę pamięci im. Janka
Krasickiego niż tu skrobać poezję
w kolejce do mopsu będąc
małolatem ( zaraz po stanie
wojennym ) oglądałem film
Wajdy ten o ziemi obiecanej
maszyny tkackie jak owady
pożerały robotnice na żywca
jak dobrze że nie żyję
w takich złych czasach droczyłem
się z przeznaczeniem
dziś strzelają mi w tył głowy
frazą z amerykańskiej szmiry
nie ma zysku bez wyzysku
to takie normalne
a jednak

 


 

 Stefan Dąmbski zlizuje lukier

                               Lubiłem patrzeć na przerażone twarze przed likwidacją,

                                lubiłem patrzeć na krew tryskającą z rozwalonej głowy."                                                                                                                                             (S .Dąmbski)

 

Naprawdę trzeba wiele szczęścia, by w glorii

zrealizować sen o przygodzie. Stefek

w lwowskiej szkole nie błyszczał, skąd

miał wiedzieć, że partyzant to też morderca, tylko

trochę inaczej. Zresztą karmiony cykutą Sokrates,

nie będzie idolem dla chłopaka z giwerą. W

wieku nastu lat, patriotyzm błyszczy

jak oficerki, wyssana z piersi matki polki

okowita, procentuje heroizmem. Polsko

ojcowizno MOJA, ksenofobio zalatująca

kadzidłem i bigosem. Po latach Dąmbski

wyjawił. Spełniły się moje marzenia: byłem człowiekiem

bez skrupułów... Byłem gorszy od najpodlejszego

zwierzęcia. Byłem na samym dnie bagna

ludzkiego. A jednak byłem typowym żołnierzem

 AK. W trakcie egzekucji zaspokajał się i karmił

paranoicznego demona. Nie widział różnicy

kogo… Germańców, Ukraińców, peperowców  potem

milicjantów, kobiety i dzieci. Wsio ryba, listę miał dłuższą

niż seria z pepeszy. Likwidował po prostu, a

czemu nie, bo stworzono możliwość… Oczy ofiar nie skrzyły

swastykami, nie majaczyły sierpem i młotem. Oglądał

w nich swoje perwersyjne ego, mielące aurę najjaśniejszej

poprawności partyjnej. Będąc bohaterem z sarmackiej

krwi i prawicowej kości przyznał, że raz jedyny

z wyższych pobudek, ocalił dobre imię ojczyzny. Odstrzelił

Niemca wcześniej ograbionego przez polaków, aby

nie rozpowiedział, nie narobił obciachu… Stefan Dąmbski był

patriotą, akowskim typowym żołnierzem, statystycznym

niewykwalifikowanym robotnikiem z Miami. W 1993

strzelił sobie w łeb, nie mogąc dłużej

dźwigać Krzyża Walecznych.

 

 

 

Homo hereticus


rozpoznaję
                  świetlność
przepala mnie
odpryski logosu
wcieram w codzienność

jestem
niosącym po wąskiej kładce
ból ziemi
                przenikam
ściany świątyń
gdzie opasły idol konwenansu
usiłuje strącać objawienia

ja wewnątrzkościelny
na ulicach getta
słucham mowy kamieni
zapieram się siebie
o wpół do wątpliwości
gdy rozwierają opuszczenie
z widokiem na stos



12.04.2009 r.

 

 

1658


to było jak młot na czarownice
nagle ojcowskie dęby
zaszumiały trynitarnie
brzozy wdziały dominikańskie habity
ptak wołającego na puszczy ugrzązł
w akademiach skarlałych
słuchaczy Lutra i Kalwina

dojrzał do strząśnięcia z nóg
proch po tumultach polemik
wypluci na powikłane trakty
unoszą nad obce źródła zasuszone
czteroewangeliczne koniczyny

przypomną czasem pod rakowieckie łąki
ojczyznę wyrodną stępiałą  pod
kontrreformacyjnym ogniem i siarką
zaprawdę
lżej będzie ziemi sodomskiej
i gomorejskiej w dzień rozbioru
niż Rzeczpospolitej

są mogiły znane tylko Jahwe
gdzie darń tętni psalmami
w przekładzie Szymona Budnego
tam tęsknią do zmartwychwstania wywołani
z szerokiej drogi Bracia Polscy
czulą tabliczki w dłoniach
scio cui credidi

 

 

Noc św. Bartłomieja


zaskoczyliśmy ich we śnie
jak panienki nieroztropne
ewangelizacja przebiegała metodycznie
z czaszek dzieci
wyłupywaliśmy zalążki herezji
płynąca po ścianach krew
przybierała postacie madonny
odcięte głowy
układaliśmy w paciorki różańca
a nagie ciała rżnęliśmy
nie czekając na żniwo sądu

tej nocy Paryż
był jak świątynia opatrzności
od drzwi do drzwi
maszerowały procesje pochodni
z jedyno zbawczą nowiną
miecze wznosiły się jak krzyże
odpusty pęczniały w sakiewkach
opornych pędziliśmy ulicami
wypełniając doły drgającym kacerstwem
i tylko czarny pies z Nawarry
w kobiecej alkowie przetrwał katechezę

ostateczne rozwiązanie kwestii reformatorskiej
pobłogosławił Rzym dzwonami
Namiestnik Chrystusa bił medale
jak my ich tysiącami
napisano bowiem kochaj bliźniego swego
nie napisano kochaj hugenota

 
 

Sezon 1984/85


zbiegałem z gardłem w sznurowadłach
Koszalińska 28 na pierwszym piętrze Sławek
dokleił kolejną gwiazdę w krochmalonej farbą
drukarską koszulce nad drzwiami odtąd
Karl-Heinz Rummenigge spoglądał z politowaniem
zza żelaznej futryny moje horyzonty nie wybiegały
za trzecią ligę ojciec wymagał żadnych trójek
na cenzurce w dni świąteczne dzielnicowy odpuszczał
graliśmy na Nou Camp za trzepakiem
Wielim podejmował Stoczniowca Gdańsk przy Janka
Krasickiego butwiały kolejowe szmaty
za żywopłotem w podbijaniu piłki rekord
należał do mnie 1223 obawy przed spadkiem

 

 

Wszyscy jesteśmy heretykami


wszyscy jesteśmy heretykami
odszczepieni od jednego pnia
we własnym rzędzie
praworządni
prawomyślni zmyślni wymyślni
niemyślni

delirycznie zmanierowani
czytający Koheleta
i dalej swoje
frakcje i reakcje
zaklinanie niepodległego czasu
częstowanie mesjaszy
gąbką nasączoną octem
byle nakarmić żarłocznego boga
trawiącego pod żebrami
coraz to nowe filozofie

my heretycy permanentnie odrębni

 

 
 
 Latem 1985


siedzieliśmy na wiadukcie
przebierając nogami
wdychaliśmy wieczór
poniżej migotały łakome gąsienice
wgryzające się pośpiesznie
w dojrzałe słońce
rozgrzany łubin płynął po łąkach
zacierając dzień do ostatniego
świetlnego nasiona
nie czuliśmy bólu
mamiły nas tajemnice
i wiara w piękno
przemieniona w ptaka
zabrała nasze spojrzenia
ku przepastnym sklepieniom
skąd się nie wraca


 

 


Edyta Kulczak, urodziła się w1970 r. we Włocławku. Mieszka w Poznaniu. Jest absolwentką filologii polskiej Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza, pracuje jako nauczyciel języka polskiego. Pisze wiersze i krótkie formy prozatorskie. Laureatka ogólnopolskich konkursów poetyckich. Wiersze prezentowała w wydawnictwach zbiorowych, w antologiach i prasie literackiej. Debiutowała w 2009 r. książką poetycką „Anioły nie zawsze są białe”. Członkini poznańskiego Klubu Literackiego „Dąbrówka”.

Pin It