ELA GALOCH

 

Baby, ach te baby

(czerwiec 1938)

 

Przez tę noc „zatańczyłam" trzy pary safianowych pantofli.

Na toaletce odpoczywa przeludniony karnet

i przywiędła baretka między potarganymi klombami:

- Nie będę się tłumaczyć z rozognionych paznokci.

Pozwól, niech się przyśni zapis nutowy w resztkach kroków, 

z śliną pianisty uwięzioną w porcelanie na jeden wieczór.

Ciemność o trzeciej nad ranem ułaskawia 

nawet zdeptane nogawki fraka. Zobacz, jak szybko giną

ważne słowa, bliskie rozmowy o przywiązaniu na całe życie.

Zostaje brak firmowego papieru i skrawki oddechów

na beżowo-białych kołnierzykach.

Pachniesz stajnią i wódką, może przed zorzą zdążymy

zbliżyć się do skarpy: ostro i do dna kieliszków.

 

Chroń oczy przed mocnym światłem,

poranek zza dworu rozerwie konary dębów. Tajemnice

muszą być spakowane wraz z obrusami.

Chociaż tu nie gwiżdżą czajniki - a pociągi spóźniają się

o całe stulecia. Wieczni są tylko powieściowi kochankowie,

którzy łatwo wypowiadają „tak"-  i, że „na zawsze".

Po wszystkim wiele wierszy poniewiera się między klatkami pianin.

Paniom z towarzystwa nie wypada kończyć ze sobą,

jedynie zadziwiać. Przecież wiatr - i tak, niegrzeczne dziewczynki

zwieje na Wybrzeże obsiewać kasyna, żeby znów mogły zapolować

Zapomnianej Melodii, obejrzanej setny raz.

 

Jesteśmy przygotowane do rozrzutności,

gubienia pastelowych szali i przymierzania tysięcy kapeluszy.

Wylizujemy się z melancholii, kupujemy żigolaków,

wciąż nie wiedząc, co może zdarzyć się w szepcie pod parasolami.

To takie nierozsądne: huśtanie się na ostrzu pasatu.

Jak postaramy się - wśród warg - wyśledzą nas

tylko kieszonkowe lusterka.

Pin It