Piotr Müldner-Nieckowski

 

TREN MECZOWY

 

                                                    Pamięci Małgosi M.N.

 

Mecz!

Co za radość, siedząc w tłumie grać oczami od siatki do siatki.

Głuchy na deszcz tracisz resztki gardła od pięciu tych samych słów.

Gool!

 

A potem na nogach z waty

wylewasz się z bramek stadionu na pełne ulice,

z wianuszkiem piany na ustach.

Z rykiem.

 

Tak, smak piwa jest źródłem,

w którym pękają tęcze krystalicznych lodów.

Byłem dziś na meczu, w którym zwycięża się tysiącami.

Kilometr od boiska rzeka chłopców już nawiedziła miasto.

Trzaskały szyby i szklanki.

 

Wtedy w tłumie zobaczyłem znajome włosy.

Ciepłe włosy z poduszki obok mnie.

Ciemne, zakrywały słodki karczek,

sukienka w indyjskie kwiaty, jakich już nikt nie nosi.

 

Szła, powiewając szalikiem,

zwykłym, dzierganym z poprutego swetra,

jak to ona, najpraktyczniejsza z nich.

 

Więc ruszyłem po nogach, głowach i barkach do przodu,

pędziłem ku niej przez łokcie i tańczące biodra,

z jednego zaułka w drugi, mijając sklepy, rzeźby, portale.

 

Na Starym Mieście

nie było jej już ani w fontannach,

pod żadnym parasolem –

nie zdążyłem jej dopaść.

 

 

Pin It