Andrzej Walter

Czeski film

 

Nauczycielka plakat   Rzadko zdarza się, aby kino wchodziło mocniej w naszą świadomość niż literatura. Przypadek filmu Jana Hrebejka „Nauczycielka” (2016) niejako przeczy tej tezie, choć jako przypadek rzadki i występujący nadal dosyć nielicznie w pewnym sensie jednak potwierdza tę regułę. Ten film jest dziełem dalece perwersyjnym i uderza w nas na tyle dosadnie, że trudno przejść nad nim do porządku dziennego. Film Hrebejka opowiada nam o granicach oportunizmu, a robi to na tyle sugestywnie, że sami sobie zadajemy niezliczoną ilość pytań o życie, świat oraz samych siebie, w ten świat głęboko wpisanych. Film, pomimo osadzenia go w pewnych konkretnych realiach i czasach, wykracza swoimi tezami oraz przesłaniem daleko poza horyzont konkretu i stanowi humanistyczny akt oskarżenia naszego gatunku niezależnie od czasów, wydarzeń czy kontekstu możliwych środowisk. W sposób jawny i otwarty mówi nam, że manipulacja, oportunizm i koniunkturalizm to domena ludzkiej natury, a nie kwestia czasów, czy okoliczności, które mogą jedynie mniej bądź bardziej sprzyjać występowaniu czy natężeniu tych zjawisk. A samo - owo zjawisko … przedstawiono tu, w filmie, wyjątkowo barwnie…

   Czechosłowacja, wczesne lata 80. Dyrektor szkoły podstawowej zwołuje nadzwyczajne zebranie. Oskarża nauczycielkę panią Marię Drazděchovą o wykorzystywanie uczniów do manipulowania rodzicami. Praktycznie zero ideologii, zero polityki. Jedynie, być może jej echa w postaci portretu na ścianie klasy oraz haseł w stylu „towarzyszko” czy „towarzyszu”. Nauczycielka jest miła, wręcz sympatyczna, aby nie powiedzieć ujmująca. W sposób perfekcyjny organizuje sobie życie w ciepełku swojego gniazdka polegającego na doskonale dopracowanej logistyce pomocowej wykonywanej na swoją rzecz przez praktycznie wszystkich rodziców. Ceną za te usługi są dobre oceny i relacje z uczniami…

   Wylewają się tu wodospady hipokryzji. Dusimy się pod ciężarem z życia wziętych argumentów. Retoryka stale coś nam przypomina. Już jakby gdzieś to widzieliśmy, gdzieś to słyszeliśmy, skądś to znamy. Eureka – krzyczy Archimedes wyskakując z wody. To przecież o nas. O nas wszystkich. O nas samych… Tu i teraz. I zawsze…

   Ten film, ba, to zebranie rodziców, ten ewenement w historii ludzkości wydarza się i możemy go tu właśnie oglądać, bo … no właśnie. Dochodzi po prostu do tragedii. Jedno z dzieci nie wytrzymuje presji, albo powiedzmy sobie szczerze, efektu nieudolności czy nieumiejętności cwaniakowania swoich rodziców i decyduje się na rozwiązanie ostateczne, słowem podejmuje próbę samobójczą. Tylko dlatego wyzwala się i rodzi bunt w tych rodzicach, i w dyrektorce szkoły, i w końcu mamy to, co mamy – zebranie, wyrażanie poglądów, podjęcie problemu, tematu i scenariusz na film. (Zaznaczmy – znakomity scenariusz Petra Jarchovskiego)…

   Pomyślmy jednak przez chwilę (bo oto jest główna, niewypowiedziana wprost, antyteza tego obrazu) ile na tym padole miejsc, sytuacji, organizacji i zorganizowanych układów, gdzie nie dochodzi do takich stanów ekstremalnych, a w gniazdku, w którym praktycznie wszystkim pasują takie relacje, powiedzmy otwarcie, handlu wymiennego, barterowego, gdzie wszystkie ze stron osiągają korzyści … nie dochodzi do załamania się pogody, a wręcz przeciwnie – aura sprzyja podtrzymywania ogólnego błogostanu i powszechnego zadowolenia…

   Skąd my to znamy. Rynek się sam oczyści. Rynek się sam wyreguluje. Niewidzialna ręka rynku i tak dalej i tym podobne. Albo nawet środowisko… – słyszałem na własne uszy kiedy profesor Strzembosz głosił, że środowisko „samo się oczyści”… to było kochani dokładnie ćwierć wieku temu. Zaklęcia i pobożne życzenia nie zawsze się sprawdzają. Cóż. Życie… albo szczególna głupota, albo też szczególne wyrachowanie. Mniejsza o to… Wróćmy do filmu.

   Otóż obraz ten ukazuje nam nie tylko niuanse oportunizmu, doskonale odmalowane ludzkie nań reakcje, uczestnictwo, współuczestnictwo, jaskrawości postaw oraz odcienie szarości – ukazuje nam cały wachlarz piękna oraz uroku tegoż oportunizmu, ukazuje nam jego wytworność, jego ponętność, czy wręcz magnetyczną siłę oddziaływania i wręcz potrzebę społeczną funkcjonowania tego typu relacji. Człowiek zawsze otrzymywał od bliźniego „coś za coś”, zawsze wymieniał się dobrami, usługami, ofertą, jeden pomagał drugiemu, drugi, w rewanżu pomagał pierwszemu i tak zbudowaliśmy … społeczeństwo obywatelskie. No ba, tak zbudowaliśmy demokrację, a nawet jej odmianę postępową i liberalną…

   Pytań jest bez liku. Jakie bowiem są granice korzyści i ich wymuszeń. Granice przyzwoitości, granice sumień, wreszcie granice … dobrego smaku.

   Jak wiemy o gustach, doprawdy, się nie debatuje, ale gusta dziś szorują po coraz mulistszym dnie, po coraz potężniejszym bagnie współczesności. W zasadzie postmodernizm zatruł nas wszystkich dosadnie, dogłębnie i wziął niepodzielnie we władanie nasze sumienia, które rozmiękczył poza granicę reakcji samoobronnej…

   Bardzo dobrze, że Jan Hrebejk zrobił nam ten film. Wszelacy przyswajacze, oglądacze i coraz bardziej prostolinijni zjadacze chleba obejrzą i przejdą do porządku dziennego, może się nawet znudzą fabułą, ale nadal pozostanie kilku wrażliwców, którzy zaczną zadawać pytania. Zaczną … „jątrzyć”, tak jak ja, tu, w tym tekście, po domach, w dyskusjach, w rozmowach… Nie mam wątpliwości, że w naszych czasach to najpotrzebniejsza dyskusja i najważniejsze rozważania. Abyśmy nie zagubili się w oparach hipokryzji, abyśmy nie skończyli jako trybiki w maszynach, abyśmy mogli nadal żyć, wierzyć w człowieka, w sztukę, czy w piękno…

   Polecam Wam ten … czeski film… To jeden z ważniejszych obrazów kina współczesnego. Kina, któremu na czymś zależy. Kina, które kłania się nisko literaturze i potrafi podjąć ważny temat i zrobić to lapidarnie, wydawałoby się w sposób prosty, lecz jednocześnie jakże dalece wielopłaszczyznowy i głęboko analizujący wszelkie aspekty problemu. Polecam Wam film, po którym jak po książce – można wiele myśleć, głęboko zapada on w pamięć, a świat po jego obejrzeniu już nie jest taki sam. Czyż nie tego oczekujemy od sztuki? (rzecz jasna – między innymi)

   Marcin Pietrzyk w recenzji na portalu Filmweb określił główną bohaterkę mianem „Królowej marionetek”. Bardzo trafne, choć iście metaforyczne ujęcie osoby Marii Drazděchovej. W moim odczuciu marionetka to zabawka, którą ktoś ożywia pociągając za odpowiednie sznurki i sznurkami tymi kierując, właściwie szarpiąc czy pociągając nadaje jej właściwy rytm, kierunek oraz styl poruszania się. W filmie Jana Hrebejka „Nauczycielka” nie mamy do czynienia z ludźmi – zabawkami. To ludzie w pełni świadomi tego, co czynią i do tego czynią to ochoczo i z dużym zaangażowaniem. Nie dość, że nie widzą w tym nic złego, to przyporządkowują i dorabiają świetnie uzasadnione teorie podjęcia tych właśnie działań i ich usprawiedliwienia, a wręcz uwznioślenia. To nie żadne marionetki. Ja bym określił, że to ludzie bardziej chętni (niektórzy) niż … owa „Królowa”, która za te swoje sznurki … pociągnęła jedynie jako pierwsza. Owszem pociągnęła. Jej to był zamysł, pomysł i chęć. Jej korzyść. Jej inspiracja, że tak to ujmiemy. Zaznaczmy jednak – podjęta z wigorem, werwą i ogromnym zapałem. Przekształcona w swoiste perpetuum mobile. Może właśnie dlatego reżyser i autor scenariusza osadzili film w realiach lat 80 i w systemie radosnego socjalizmu. Na koniec z iście czeskim humorem zamieniając po roku 1989 portrety z Husaka na Havla, a uczone języki z rosyjskiego na angielski. Nauczycielka jednak pozostała ta sama. Może nawet jeszcze piękniejsza, bardziej obyta i doświadczona.

   Zasada, reguła, machina bytu … kochani, ma się dobrze. Oportunizm jest nam potrzebny do życia jak powietrze. Staje się tematem kiedy wydarza się jakaś tragedia. Szybko jednak warto ją zamieść pod dywan. W pozostałych wypadkach przecież miło nam z oportunizmem żyć. Ot, kręcimy sobie na co dzień taki … czeski film… nikt nic nie wie, a świat toczy się dalej swoim utartym od lat trybem…

   Życzę Wam, mimo wszystko, miłej i owocnej

projekcji…

 

Andrzej Walter

Pin It