Wiesław Łuka

 

Wiesław Łuka o bardzo smutnych, ale zachwycających opowieściach
przeniesionych mistrzowsko na scenę

 

 

luka wieslawRejwach w języku jidysz znaczy rozgardiasz, zamieszanie, zgiełk, harmider. Moja mama siedemdziesiąt lat temu, gdy dostawałem, niby zabawowy, niezbyt groźny cios w głowę i kopnięcie w tyłek od ciut starszego brata w domu na przedmieściu Siedlec, uspokajała nas podniesionym głosem: chłopcy, dosyć tego rejwachu… Żydowskie słówko zagnieździło się w podlaskiej polszczyźnie; nie tylko ono jedno i nie tylko na Podlasiu.

 

KSIĄŻKA

Tomik krótkich opowieści Rejwach* wydał Mikołaj Grynberg w połowie zeszłego roku. Przedstawienie Rejwach na podstawie tomiku wyreżyserował Andrzej Krakowski w warszawskim Teatrze Żydowskim parę tygodni temu. Z czterech słownikowych znaczeń rejwachu dla wersji książkowej najodpowiedniejsze jest polskie zamieszanie, a dla teatralnej dochodzi również zgiełk, choć zamieszanie także świetnie pasuje. Zamieszanie u Grynberga ma głęboki treściowo wymiar obyczajowo - społeczno – historyczny, osiągnięty w bogatym w podteksty i metafory języku. U Krakowskiego dochodzi również sceniczny zgiełk, bo przedstawienie zachwyca dynamiką, ruchem, tempem i aktorską werwą.

Dlaczego zamieszanie w krótkich opowieściach Grynberga? Każde z nich przeważnie nie ma akcji w rozumieniu tradycyjnie powieściowym. Autor nie opowiada, co się wydarzyło tu lub tam, teraz lub w określonej przeszłości. Co się wydarzyło - to wydarzyło się gdzieś w Polsce; tylko czasami wiemy, gdzie i kiedy, czasami, że niedawno. Nie śledzimy akcji bieżących wydarzeń lub wydarzeń w retrospekcji. Nie poznajemy ich bohaterów. Jesteśmy natomiast wciągnięci w akcję opisów, opinii, ocen, rozważań, komentarzy. Wszystko opowiedziane jest klarownie, językiem skrzącym się od licznych i zaskakujących wieloznacznością spostrzeżeń, sentencji, aforyzmów i puent w tonacji molowej, ale często także durowej – weselszej, humorystycznej, autoironicznej, nawet sarkastycznej; krótko mówiąc różnorodnej.

Już w pierwszym opowiadaniu, Niepotrzebne kłopoty autor wprowadza czytelnika w atmosferę zamieszania; rozmawia sam ze sobą tak, jakby fikcyjny narrator rozmawiał z autorem, Grynbergiem:„… Swoją drogą, to wszystko normalnemu człowiekowi w głowie się nie mieści. Trochę pan tam nawymyślał tych historii, co? Pewnie z połowa jest wymyślona, to znaczy, że pozostałe są prawdziwe, tak?...Pan mi powie, co w was, Żydach, jest takiego, że wszystko o was można powiedzieć, ale nie że to jest neutralny temat?... Wy musicie najpierw wszystkich oszukać, potem wszystkich nastraszyć, a na koniec zadziwić, a jeszcze na sam koniec umrzeć i zostawić bajzel. Pan rozumie, o czym mówię? Może trochę tak po bałaganiarsku – żeby nie powiedzieć po żydowsku – się do tego zabieram…”

Autoironii w tych opowiadankach nie brakuje, ale pod ich zewnętrzną warstwą narracyjno - językową, kryją się głębokie pokłady poruszających myśli dotyczących historycznych i współczesnych sytuacji Żydów polskich.

W tytułowym „kawałku” Rejwach narratorowi się wydaje, że „….łatwiejsze od bycia Żydem jest niebycie Żydem…”. Jego bohater, Mironek, urodzony z ojca Izaaka i matki Nehumy, miał przed laty dużo trudniejszy start i bieg młodzieńczego życia niż każdy rówieśnik polskich rodziców; na przykład jakichś – Stanisława i Jadwigi. Mironkowi dużo trudniej było, mimo zdolności, wykształcić się na lekarza, bo wielu urodzonych, zadziornych Antków i Tadeuszków stawiało mu szlaban już przed wejściem na uczelnię, a gdy go wpuścili, to kazali siadać w auli wykładowej na „żydowskiej ławce”. Tak naprawdę to Mironek nie chciał być Żydem. Choć wiedział, że w tym kraju nie znalazł się przypadkowo, że jego pra- praprzodkowie, skorzystali z królewskiego, kazimierzowskiego zaproszenia sprzed wieków, że od kilkuset lat tu żyli i pracowali na rzecz Rzeczypospolitej. Dawno zapracowali na równe w niej traktowanie i życie z przekonaniem, „że się jest u siebie”. Ale, niestety, miliony Mironkowi   podobnych padły ofiarą niemieckiej Zagłady… Choć Mironek cudem ją przeżył i po wojnie zmienił imię, został Jerzym, to po parunastu kolejnych latach jednak wytknięto mu jego żydostwo; przegrał wojaczkę „na żydowskiej wojnie” w 1968 roku. Mimo wszystko stąd nie wyjechał . Do dziś bije się ze swoimi myślami, a głównie z tą myślą i uczuciem, że „nie jest u siebie”.

Z innej opowieści, z Gorzkiej czekolady, dowiadujemy się, że ciężar życia jej bohaterów, samotność ojca z dwójką dzieci (w tym narratora), po śmierci żony i matki mało nie doprowadziły wdowca do zabójstwa sierot i jego samobójstwa. Dlaczego? Bo kilka lat wcześniej rodziny ojca i matki, czyli dziadków, wujków i cioć zostały „przetrzebione” w pożodze Holokaustu, albo tuż po nim w aktach samobójczych. Samotny, milczący przez lata wdowiec, podczas bożonarodzeniowej kolacji zdradził dorosłemu już synowi, że chciał jego i siostrę zabić, a zaraz potem zabić siebie; bo „samobójstwo jest dziedziczne”.

Refleksja Grynberga: śmierć przyszła i „kosiła” zbiorowo, zaplanowana przez tych, co urządzali świat po swojemu; wtedy życie ulatniało się przez kominy krematoriów. Ale narratorka Wyśnionych przyjaciół przekonuje, że śmierć jest najtrudniejsza do zniesienia, gdy dopada we śnie. Przyjaciele narratorki umierali na jej oczach -„…zanim umarli (należy się domyślać w latach Holokaustu; WŁ) ) przeżywali tygodnie i miesiące strachu, poniżenia, bólu i głodu…”. Narratorka „…budzi się bardzo smutna, bo widziała siebie czekającą na śmierć…”.

W przypowieści Koniec czasu narratorka daje receptę na życie spełnione: „…Pędzić po tym kruchym lodzie, ile sił w nogach, bo przecież wiadomo, jaki będzie koniec… Trzeba gnać, bo tyko ruch zapewnia istnienie. Staniesz, zginiesz, a przecież chcesz żyć…”

Niedawno poznałem podobną receptę na życie spełnione w książce Olgi Tokarczuk, Bieguni; to tylko takie przypomnienie na marginesie. Tokarczuk pisze na okładce Rejwachu: „Te małe, przenikliwe prozy poruszają i niepokoją jednocześnie. Jeżeli diagnoza, jaką stawiają, jest słuszna, to mamy w Polsce wielki problem”. Ano mamy! Problem pogarsza fakt, nie z niesłychanym trudem się do tego czasami przyznajemy.

TEATR

Powtórzę: … trzeba gnać… staniesz, zginiesz … Dlatego reżyser   Krakowski wywołał na scenie atmosferę zgiełku; w ruchu aktorów, w języku ich ciał, w ich rozmaitych figurach i przy tym wypowiadanych kwestiach – o charakterze informacji albo myśli, albo komentarzy. Powtórzmy - prozaik Grynberg opowiada, opisuje, podrzuca czytelnikowi piękne zdania i akapity do przemyśleń, często sam komentuje; jak to w bogatej prozie często bywa. Natomiast aktorzy Krakowskiego pamiętają, że „tylko ruch zapewnia istnienie”, również zaistnienie w przedstawianiu i w jego odbiorze przez widownię. Dlatego na dechach sceny bardzo dużo zgiełku. Nie ma na niej snucia się, przekomarzania, rozgadywania. Reżyser i zarazem scenarzysta wybrał z opowiadań przeważnie krótkie zdania; powtórzę - często o charakterze oraz sile maksym, aforyzmów, sentencji.

Akcja rozgrywa się w poczekalni - kawiarni dworcowej. Co kilka minut słyszymy bardzo donośny głos z megafonu – komunikaty o odjeździe kolejnych pociągów do różnych stacji krajowych i zagranicznych, o ich opóźnieniach lub zmianie peronów ich przyjazdu i odjazdu. W tych sekundach kolejnych komunikatów czekający podróżni nerwowo, jak na komendę, podrywają się z ławek i krzeseł poczekalni, odwracają się w stronę megafonu, jakby właśnie ich wszystkich naraz wzywano do odjazdu. Czy ten ruch, ten nagły obrót w stronę źródła głosu, ta nieskrywana nerwowość nie mają w zamyśle reżyserskim przypomnieć widowni o losie „Żyda, wiecznego tułacza?” Zawsze gotowego do zmiany swego miejsca pod słońcem? Czy to nie przypomnienie także warszawskiego Dworca Gdańskiego, z którego pociągi do Wiednia zabierały Żydów -„syjonistów” z nakazami (paszportami w jedną stronę. WŁ) opuszczenia Polski w marcu 1968 roku?

Między kolejnymi komunikatami z mikrofonu dzieje się akcja przedstawienia; nie ma w niej jednoznacznie podanego miejsca i odczuwanego upływu czasu. Jest to mozaika (by nie posłużyć się autorskim określeniem: bałaganiarsko podanych )krótkich informacji historycznych, strzępów wspomnień, traumatycznych przeżyć osobistych i rodzinnych - odleglejszych i całkiem nieodległych w czasie. Jest w nich atmosfera neutralności, ale chyba więcej historycznego żalu, pretensji, strachu -Żydów, którym ciągle niespokojnie żyje się w Polsce.

Słyszymy retoryczne pytanie dotyczące bardzo odległych wydarzeń: Kto was tu przyjął, gdy parę wieków temu nigdzie was nie chcieli (w zachodniej Europie? WŁ) ? Słyszymy wspomnienie o latach tuż powojennych i już następnej dekady, kiedy mieliśmy przysłaną z sowieckiego wschodu nad reprezentację żydowskich „budowniczych” i okrutnych stróżów komunistycznego ładu w Polsce, od 1944 roku poczynając. Jakaś gojka czy nie-gojka pyta retorycznie: „Kto rządził nami w 44- tym ?”. Przygnębiony tata, wdowiec, wyraża żal i żałobę po straconej w Zagładzie matce i niedługo potem zmarłej żonie (to ten, który w książce przyznaje się dzieciom, że chciał ich i siebie zabić). Ktoś chce zaświadczenie w urzędzie, że nie jest Żydem, bo się boi wygnania w 1968 roku. Niektórzy wyzywają od Żydów szefów firm tylko dlatego, że firmy dobrze prosperują. Ktoś ze zdziwieniem rzuca pytanie: Czy chcemy przekonywać, że Żydzi byli Polakami? Kolega do kolegi z żalem i zarazem z sarkazmem zauważa: „Jeśli ci się coś w Polsce udało, to na pewno jesteś Żydem”. Roztańczony, a może dotknięty epilepsją, młodzieniec ma dosyć tych wrzasków, czasami z domieszką polskiej zawiści woła: „Nic, tylko - Żydzi, Żydzi, Żydzi…” I znów wracają lata Holokaustu: wspomnienie dziewięćdziesięciolatki, która do 2016 roku ukrywała swoje żydowskie pochodzenie. A inna podczas wojny spała z przechowującym ją Polakiem i trzykrotnie musiała przerywać ciążę; potem przez lata też z lęku ukrywała swoje pochodzenie. Tymczasem gojka, nauczycielka historii radzi innym: „Jeśli chcecie tu mieszkać, to trzeba pogodzić się z rzeczywistością”.

Za chwilę nauczycielka biega od jednej osoby do drugiej. Przeprasza, że może kogoś skrzywdziła swoimi słowami. Chyba rzeczywiście skrzywdziła, bo wszyscy, oczekujący na swoje pociągi, dość szybko, ale pojedynczo wychodzą. Głos z megafonu nakazuje wszystkim opuszczenie lokalu; „i temu panu w czarnym kapeluszu” . To jakby ton kolejnego wypędzania Żydów ?

Scena pustoszeje.

Niektórzy bohaterowie przedstawienia, ale również książki, często nie wiedzą, kim są – jeszcze Żydami, czy już Polakami. Te strzępy zdań, te urywki wspomnień, te opinie wyrażane w skrajnych emocjach, również w nieco epileptycznych zachowaniach, nie układają się chronologicznie. Są utrzymane raczej w poetyce patchworku. To potęguje nastrój rozgardiaszu i zgiełku. Dlatego właśnie reżyser Krakowski przeniósł z książki na scenę tytuł Rejwach. W jednym z wywiadów, poza przedstawieniem, dziwi się, że niektórzy mają kłopot z własną identyfikacją w naszym kraju. On – jak oświadcza – „wygnany z Polski w 1968 roku nie ma z tym problemu”.

Pogodzić się z rzeczywistością? Czyli z jaką? Skąd ten lęk ciągle trwający, kilkadziesiąt lat od czasu Zagłady? Od ostatniego pogromu Żydów na naszej ziemi - pogromu kieleckiego także minęło kilka dekad. A wielu Żydów się boi. Aby przynajmniej w małym stopniu przyczynić się do wyciszania żydowsko-polskich lęków, przywołam twierdzenie Zygmunta Rolata (to częstochowianin z urodzenia, liczy sobie 88 lat, amerykański biznesmen, prezydent Światowego Związku Żydów, miłośnik sztuki szczodrze wspierający także finansowo jej rozwój w kraju swego pochodzenia). Ten hojny ofiarodawca zapewniał podczas rozmowy w trakcie dorocznego, warszawskiego Festiwalu Warszawa Singera: W krajach zachodnich Żydzi z dużo większym niż w Polsce lękiem udają się do synagog na cotygodniowe modły szabasowe i z okazji dorocznych świąt. Synagogi są ochraniane przez patrole miejscowej policji i wojska (sam to widziałem nie tak dawno w Barcelonie; WŁ). Zatem te lęki w naszych miastach to przesada? Że one mają wyłącznie charakter literacko – publicystyczny? Chyba nie. Jednak nie brakuje i u nas przejawów podskórnego i „nadskórnego” antysemityzmu, gdy, między innymi, pali się kukłę Żyda, gdy maże się ściany od strony ulic hasłami: „Żydzi do gazu”, „Każdy Żyd to ch…”, gdy w rozmaitych manifestacjach krzyczy się: „Polska tylko dla Polaków”; itd. To dlatego reżyser Krakowski po premierze przedstawienia twierdzi w wywiadzie, że dedykuje swoją sztukę „milionom ludzi, którzy żyją strachem…”; milionom, bo nie tyko Żydom z pochodzenia. W książce Grynberga twórca przedstawienia dostrzegł   walor „niesłychanej aktualności i uniwersalności”. Mówi teraz: „ … Jak długo istnieje ksenofobia, brak empatii i refleksji, tak długo proza Grynberga będzie nas zaskakiwała i kłuła. To chciałem zachować w sztuce…” A dyrektorka Teatru Żydowskiego, Gołda Tencer powiedziała: „… Jestem przekonana, że ze spotkania tych dwóch twórców powstanie ważny, poruszający i zmuszający do refleksji spektakl…” Powstał.

  • Mikołaj Grynberg, REJWACH, Nisza, Warszawa, 2017 r.

Wiesław Łuka

Pin It