Rekomendacje książkowe Krzysztofa Lubczyńskiego

 

 

 

Rekomendacja trzech tytułów książkowych, o których będzie mowa poniżej, nie obejdzie się bez swoistego słowa wstępnego, jako że nie była to, ot, zwykła lektura, chleb powszedni piszącego te słowa. Lekturę tę zawdzięczam bowiem panu Ignacemu Krasickiemu, z którym zupełnie niedawno los zetknął zupełnie przypadkowo. A stało się to tak. Od lat zamyślałem przeprowadzenie wspomnieniowego wywiadu z jego ojcem, także Ignacym Krasickim, wybitnym dziennikarzem i publicystą, wieloletnim korespondentem Polskiego Radia i prasy PRL w Paryżu, Rzymie i Algierii, znawcą m.in. tematyki watykańskiej, człowieku wielkiej erudycji, wiedzy i kultury, o bogatym i interesującym życiorysie, autorem licznych książek, a także - co było swoistym paradoksem z uwagi na jego społeczne i środowiskowe pochodzenie ze starej arystokracji polskiej oraz przysługujący mu tytuł hrabiowski - człowieka konsekwentnie wiernego marksistowskim i lewicowym poglądom. Niestety, moje poszukiwania kontaktu z Ignacym Krasickim zakończyło się porażką, co wyrzucam sobie po niewczasie jako wyraz mojej niejakiej nieudolności, niewybaczalnej u dziennikarza, a co najmniej jako wyraz braku należytej konsekwencji w tych poszukiwaniach. Toteż gdy pod koniec września obecnego roku dowiedziałem się z prasy, że pan Ignacy Krasicki (rocznik 1928) zmarł w wieku 90 lat uznałem swoją obecność na jego uroczystościach pogrzebowych za mój obowiązek i za skromny wyraz ekspiacji za niedostateczne dbałe starania w przeszłości. W przeddzień pogrzebu, 30 września napisałem i przekazałem do publikacji w „Dzienniku Trybuna” mój poświęcony Zmarłemu tekst „Towarzysz hrabia”. Po mszy żałobnej, która odbyła się 1 października 2018 roku w kościele przy ulicy Tamka w Warszawie złożyłem kondolencje Ignacemu Krasickiemu juniorowi i zostałem przez niego zaproszony na stypę, która odbyła się po południu, w pobliskiej „Galerii Delfiny”. Przyszedłem tam ze numerem gazety ze wspomnianym artykułem, który wręczyłem panu Ignacemu Krasickiemu juniorowi. To właśnie w tej galerii mieszczącej się przy ulicy Smulikowskiego 10 uświadomiłem sobie, że gdybym wcześniej wiedział o tym miejscu miejsce, stworzonym przez jego matkę, a żonę Zmarłego, artystkę plastyczkę Delfinę Krasicką, zmarłą kilka lat temu, to być może ten mój od lat planowany wywiad z Ignacym Krasickim seniorem doszedłby do skutku. Czarujący pan Ignacy Krasicki junior okazał się tak uprzejmy, że zgodził się na spotkanie ze mną i poświęcił mi, trzy tygodnie później, nieco ponad dwie godziny, i to przy kawie i winie. Po swobodnej i pogodnej rozmowie ofiarował mi trzy książki, o których będzie mowa poniżej.

 

Róży z Sobańskich odyseja bez Itaki

roza miloscW przypadku kogoś takiego jak piszący te słowa, czyli nieuleczalnego szczura książkowego, kogoś kto w ciągu ponad pół wieku przeczytał kilka tysięcy książek, nieuchronne było wielokrotne zetknięcie się z fenomenem szlachectwa, arystokratyzmu i arystokratyzmu. Magnatami-arystokratami przepełniona jest przecież choćby młodzieńcza, a raczej późnodziecięca lektura sienkiewiczowskiej „Trylogii”. Takie nazwiska jak Wiśniowiecki, Radziwiłł, Sapieha, Potocki, Lubomirski i inne, pojawiają się tam na licznych stronach. Postaci arystokratów, tym razem francuskich i angielskich, pojawiają się w dziecięcych i młodzieńczych lekturach powieści Aleksandra Dumasa, z „Trzema muszkieterami” na czele (kardynał de Rohan, kardynał de Retz, książę Buckingham, że wspomnę tylko nazwiska historyczne), w powieściach Honoriusza Balzaca, Stendhala, Prospera Merimee i wielu, wielu innych. Sławne arystokratki były autorkami wybitnych francuskich dzieł literackich (pani de Genlis, pani de Lafayette, panie de Sevigné), a kluczowym motywem sławnej komedii Pierre Carona de Beaumarchais, „Wesele Figara” była nowatorska, wtedy wręcz rewolucyjna w swym „symetryzmie”, konfrontacja świata arystokracji (hrabia Almaviva) i ludu (jego sługa Figaro). Każdy kto studiował historię Wielkiej Rewolucji Francuskiej, ten wie, że słowo „arystokrata” było w tamtej epoce jednym z najgroźniejszych i najbardziej agresywnych epitetów-oskarżeń, jakich używali w przestrzeni publicznej, w przemówieniach i w publicystyce jakobini i sankiuloci („Śmierć arystokratom”). Problematy arystokracji można też znaleźć w dziełach wielkich romantyków polskich: w dylematach „grafa Kordiana” u Juliusza Słowackiego, w motywie „złego pana” skazanego na wieczne potępienie za okrucieństwo w stosunku do poddanych w „III części Dziadów” mickiewiczowskich, w „Nieboskiej komedii” Zygmunta Krasińskiego, profetycznie przewidującego upadek klasy arystokratycznej po ostatniej obronie „Okopów św. Trójcy” pod wodzą będącego wcieleniem arystokratyzmu (w jego najszlachetniejszej próbie) hrabiego Henryka czy w „Weselu” Stanisława Wyspiańskiego, gdzie arystokrata „hetman Branecki” występuje jako zły, zdradziecki, skorumpowany i zgubny duch w polskiej historii. Także „Lalka” Bolesława Prusa, jedna z najznakomitszych i najbardziej wielowarstwowych powieści europejskich (tak, tak, nie tylko polskich!!!), jest przecież w jednej ze swych licznych warstw tematycznych i znaczeniowych powieścią o arystokratyzmie i szlacheckości oraz społecznych nierównościach jako fenomenie nie tylko społecznym czy klasowym, ale także psychologicznym, kulturowym, mentalnym, prowokującym rozległą paletę, sieć odniesień, reakcji emocjonalnych, intelektualnych, ambicjonalnych, asocjacji, ukazującą ten fenomen z perspektywy szerokiego spektrum społecznego, od tych, których od arystokracji dzieli niewiele szczebli do tych, którzy są od niej oddaleni, z różnych powodów, o lata świetlne, od społecznej elity do najgłębszych społecznych dołów. Do dramatycznych, historycznych napięć i sprzeczności między arystokracją i szlachtą a ludem nawiązywał też, wręcz obsesyjnie, Stefan Żeromski (m.in. „Popioły”, „Sułkowski”, „Wierna rzeka”, „Turoń”). O naturze kolizyjnych relacji między światem arystokracji rodowej, a światem egzystującym na zewnątrz jej „chińskiego muru” i o konsekwencjach stykania się tych dwóch światów opowiadają w polskiej literaturze także choćby trzy sławne powieści gatunku popularnego: „Kariera Nikodema Dyzmy” Tadeusza Dołęgi-Mostowicza, jego dylogia „Profesor Wilczur” i „Znachor”, a w największym stopniu sławna „Trędowata” Heleny Mniszkówny. Wielostronny obraz relacji między światem arystokratyzmu i szlacheckości, a światem mieszczańskim czy ludowym w literaturze polskiej i powszechnej mógłby być tematem wielkiego objętościowo, wielotomowego dzieła naukowego, a może nawet jest i ja o tym nie wiem. Wątki te można by wymieniać właściwie w nieskończoność, więc czas przerwać te enumerację i przejść do jednego ze szczegółowych świadectw pamiętnikarskich.

„Róża. Miłość i walka” Macieja Chłapowskiego (rocznik 1937), mieszkającego do dziś w Montevideo w Urugwaju, z wykształcenia i zawodu finansisty-bankowca, to opowieść syna o matce, Róży z Sobańskich Chłapowskiej Orłowskiej. Autor opowiada o losach matki, którą (a jego, jako dwulatka wraz z nią) wojenny los rzucił z przedwojennej Polski, z podżyrardowskiego Guzowa, najpierw przez Włochy, Portugalię, Anglii aż do Argentyny, gdzie w 1944 roku znalazła się z trójką dzieci i gdzie spędziła większość życia. Mimo, że w porównaniu z ogarniętą wojną Europą, południowoamerykańska Argentyna (w której schronienie, po rejsie „Transatlantykiem” znalazł także Witold Gombrowicz) wydawała się być bezpiecznym azylem, to nie był to bynajmniej kompletny raj i życie w tym bardzo rustykalnym kraju było z różnych powodów, bardzo trudne i żmudne, także w fizycznym sensie. I choć opowieść Chłapowskiego, który nie jest zawodowym człowiekiem pióra, zbudowana została nieco chaotycznie i przy wykorzystaniu być może nadmiernej obfitości detali, w których nietrudno się pogubić, to nie odbiera jej to prawdziwej, wręcz fascynującej atrakcyjności narracyjnej. Autor skorzystał w pierwszym rzędzie z okazji, żeby opowiedzieć o genealogii i dziejach rodu, a także innych rodów skoligaconych, rozgałęzionych ( w tym rodu Łubieńskich), życie do 1939 roku w dobrach w Guzowie, wyjazd Róży z dziećmi z okupowanej Polski (w tym przypadku chyba po raz ostatni w życiu skorzystała ona ze środowiskowej „dywidendy”, wydobywając się z Generalnej Guberni dzięki pomocy Luciany Frassati-Gawrońskiej, która z kolei, by pomóc Róży, skorzystała z protekcji znajomego… Benito Mussoliniego), poprzez pobyt w Italii, w Portugalii, w Anglii aż po osiedlenie się w Argentynie. Chłapowski pomieszcza w swych wspomnieniach także wątki Kampanii Wrześniowej (w której Róża straciła pierwszego męża) i dramatycznych losów rodziny w Powstaniu Warszawskim, w którym niektórzy jej przedstawiciele wzięli udział i zginęli. Wspomina też swoje czasy szkolne i przeżycia młodzieńcze, ukazuje różne aspekty życia rodzinnego i towarzyskiego, świat emigracji polskiej, nie unika też szczerych ujęć personalnych i anegdotycznych. Ciekawy, obszerny passus poświęca też Chłapowski opisowi sytuacji wewnętrznej, społecznej, gospodarczej i politycznej Argentyny, w tym charakterowi rządów populistycznego dyktatora Juana Domingo Pérona, pod którego pierwszymi rządami do 1955 roku przyszło rodzinie Róży z Sobańskich z rodziną egzystować. Nieco miejsca poświęca też autor ogólnym uwagom o epoce, w której przyszło mu żyć, w szerszym aspekcie. Naprawdę frapujące to wspomnienia, wzbogacone o ciekawą ikonografię fotograficzną.

Maciej Chłapowski – „Róża. Miłość i walka. Opowieść o mojej matce Róży z Sobańskich Chłapowskiej Orłowskiej”, przekł. Simona Popławska, posłowie Kacper Krasicki, Michał Sobański, przypisy Marcin Brzeziński, wyd. Fundacja im. Felixa hr. Sobańskiego, Warszawa 2015, str. 318, ISBN 978-83-942556-0-2

--

 

W kręgu Almanachu GOTHA

orlowscy historia jednej rodzinyNie wychodzimy z klimatów starej arystokracji polskiej, a tylko nieco zmieniamy konwencję i miejsce, bowiem Karol Stefan Lubicz-Orłowski (1914-1990) był drugim mężem bohaterki wyżej przedstawionych wspomnień, Róży z Sobańskich i ojcem Delfiny Krasickiej, małżonki i matki Ignacego Stanisława i Ignacego Xawerego Krasickich, o którym jest mowa w powyższym przedwstępie. Orłowski nie napisał, w odróżnieniu od Macieja Chłapowskiego, osobistych wspomnień, lecz sporządził rodzaj notatek do historii rodu, dalekich skądinąd od kompletności i nie wolnych od chaotyczności, wywołanej ciężką choroba autora, który, jak pisze we wstępie Kacper Krasicki „urodził się 1 maja 1914 roku w Cannes we Francji. Był synem Xawerego Orłowskiego i Argentynki Ignacji del Caril y Cieza. Posiadał starszą siostrę Marię-Soledad „Mignonette”, żonę Jana Okęckiego herbu Radwan, po którym zostało potomstwo. Obszerne dobra podolskie Orłowskich przepadły w wyniku rewolucji bolszewickiej, toteż autor pamiętników wraz z siostrą dzieciństwo spędził we Francji, której kulturę poznał i pokochał na zawsze”. W tym zdaniu zawiera się - jakby pars pro toto - esencja losów polskiej arystokracji, zespolenie w jednym genealogii polskiej z jej częściowo zamierzoną, a częściowo wymuszoną przez historię „kosmopolityzacją” czyli umiędzynarodowieniem koligacji. Dość wspomnieć, że wnuk autora, mój znakomity rozmówca, pan Ignacy Xawery Krasicki jest krewnym nie tylko biskupa warmińskiego Ignacego Krasickiego, „księcia poetów polskich”, twórcy m.in. „Monachomachii” i „Mikołaja Doświadczyńskiego przypadków” (a krewnym jego brata nawet w linii prostej), ale także, po kądzieli, krewnym Charlesa Maurice’a Talleyrand de Périgord, ministra spraw zagranicznych Napoleona I, przed Wielką Rewolucją biskupa Autun, za Rewolucji członka Konwentu i „królobójcy”, a później wielkiego polityka i dyplomaty, współtwórcy Kongresu Wiedeńskiego (1815). Fascynatowi historii literatury i historii w ogólności, w tym w stopniu szczególnym historii Francji, jak piszący te słowa, może aż zakręcić się w głowie! Mamy tu do czynienia z Almanachem GOTHA (popularnie określanym jako „gotajski”) w całej okazałości. W trybie dygresyjnym, a przede wszystkim żartobliwym dodam, że gdyby okazało się, co jest krańcowo nieprawdopodobne, że rodzinę mojego pradziadka, Jana Bielińskiego (1864-1945) łączy najcieńsza choćby nić pokrewieństwa czy powinowactwa z marszałkiem Wielkim Koronnym Franciszkiem Bielińskim, z senatorem Królestwa Polskiego i prezesem Sądu Sejmowego Piotrem Bielińskim czy choćby z Teklą z Bielińskich, żoną Feliksa Łubieńskiego, matką m.in. Tomasza i Henryka Łubieńskich, współtwórców rozwoju gospodarczego Królestwa w okresie przedlistopadowym (1815-1830), to wypiłbym duszkiem, jeden po drugim, trzy szampany „Dom Perignon”. Jednak „milcz serce…”, jak powiada narrator „Pamiętnika wariata” Mikołaja Gogola. Ale wracam do realności. Tom Karola Stefana Orłowskiego nie ma ciągłej, zwartej narracji, lecz skonstruowany jest z odrębnych, ogólnym tylko tematem powiązanych cząstek, dotyczących personaliów i miejsc rodowych, od zarania w XIII wieku do pierwszej połowy XX wieku. Najbliższą nam współczesność roku, sięgającą bliskich nam kalendarzowo pierwszych lat XXI wieku, reprezentują pomieszczone w edycji fotografie.

Karol Stefan Orłowski – „Orłowscy. Historia jednej rodziny”, Wydawnictwo Art.-Media, Warszawa 2002, str. 291, ISBN 83-86095-16-4

--

 

W kręgu Delfiny

delfina krasicka zycie i tworczoscPostacie Ignacego Stanisława Krasickiego (1928-2018) i jego małżonki Delfiny (1943-2012) nie kończą co prawda historii rodu Krasickich, ale na pewno puentują pewien jej epokowy fragment. W odróżnieniu od swoich przodków, Ignacy Stanisław i Delfina większość swojego osiadłego życia (nie licząc licznych zagranicznych podróży i służbowych rezydencji) spędzili w Polsce, w tym w PRL. Ignacy Stanisław poświęcił się dziennikarstwu i zajął w tym zawodzie znaczącą pozycję, także polityczną, uformowaną nie tylko przez kwalifikacje i kompetencje, ale także przez ideową aprobatę dla powojennego ustroju, a w Delfinie objawił się talent artystyczny, przede wszystkim w dziedzinie gobelinów i tkaniny artystycznej w ogólności. W roku 1999 zaowocowało to otwarciem w Warszawie, przy ulicy Smulikowskiego 10 na Powiślu, „Galerii Delfiny”, dzieła organizacyjnego grona osób. „Galeria Delfiny” stała się nie tylko miejscem ekspozycji jej dokonań ale także jednym z salonów artystycznych i towarzyskich stolicy. Obszerny album wydany przez Fundację Artystyczną Delfiny Krasickiej jest jednocześnie portretem dokonań utalentowanej artystki, jak i formą prezentacji części jej dorobku poprzez zamieszczenie w ramach edycji kilkudziesięciu stron barwnych fotografii jej tkanin artystycznych. Jej postać poznajemy zarówno poprzez dwa ilustrowane fotografiami teksty napisane przez jej męża, a zarazem współpracownika w „Galerii”, przez jej wypowiedź autorską, osobistą, a także poprzez wypowiedzi grona jej przyjaciół, współpracowników i krytyków sztuki, obserwatorów jej artystycznego dorobku. Do albumu zapewne nie będzie zbyt łatwo dotrzeć, ale naprawdę warto.

„Delfina Krasicka. Życie i twórczość”, opr. Ignacy Fr. Krasicki z zespołem, wyd. Fundacja Artystyczna Delfiny Krasickiej, Warszawa 2015, str. 398, ISBN 978-83-942905-0-4

--

 

Joseph Conrad – prorok naszej współczesności

tajny agent officynaNa koniec tych rekomendacji zaczerpnę, dla odmiany, z innej literackiej beczki. Ukazał się niedawno „Tajny agent” Josepha Conrada w nowym przekładzie i z posłowiem Macieja Świerkockiego. Od wielkich moralitetów w scenerii „marynistycznej” z „Lordem Jimem” na czele, odróżnia „Tajnego agenta” literacka konwencja – formuła powieści sensacyjnej, kryminalno-szpiegowskiej, ale także politycznej, przesyconej przy tym wszechobecnym tonem ironii i sarkazmu. Wywoływało to zainteresowanie nią ze strony ludzi filmu i teatru, co zaowocowało dwiema sprawnymi, ale raczej powierzchownymi ekranizacjami filmowymi tej powieści: z 1936 roku w reżyserii Alfreda Hitchcocka i z 1996 roku w reżyserii Christophera Hamptona. Także twórcy polskiego Teatru Telewizji zaprezentowali dwie adaptacje tej powieści: w 1974 roku w reżyserii Andrzeja Zakrzewskiego w ramach Teatru Sensacji i w 2005 roku, najbardziej pogłębioną artystycznie i intelektualnie, w reżyserii Krzysztofa Zaleskiego. To niewiarygodne jak ta powieść, która ukazała się w 1907 roku, brzmi współcześnie dla nas, 111 lat później. Przede wszystkim Conrad nie tylko przeczuł zmorę odległej przyszłości, a naszej teraźniejszości, fenomen światowego terroryzmu, i to wtedy gdy był on dopiero w powijakach, ale też przeczuł jego naturę (acz w wyabstrahowaniu od jego islamistycznego signum), jego tajny system rozgałęzień i jego anonimowy kolektywizm, podczas gdy w tamtych czasach akty terrorystyczne były przede wszystkim aktami indywidualnymi zbrodniczych jednostek, jak również towarzyszącą mu fascynację czystym złem, oderwanie od jakichkolwiek racjonalnie wytłumaczalnych, choćby klasowych motywacji. Jednak Conrad przeczuł w „Tajnym agencie” także inne składniki odległej przyszłości, a naszej współczesności – anonimowo działające siły na styku polityki, świata mediów a także instytucji powołanych do zapewnienia ludziom bezpieczeństwa, czyli policji i służb specjalnych. Atoli tym, co najbardziej zdumiewa w „Tajnym agencie” z jego rysami profetycznymi, jest przeczucie stwórczej wagi słowa, jego zdolności do stwarzania rzeczywistości bezpośredniej, dziś dla nas oczywistej, ale przecież w 1907 jeszcze nieprzewidywanej, gdyż słowa odróżniano jeszcze wtedy od rzeczywistości. Świerkocki w posłowiu odwołuje się do Jeana Baudrillarda i jego pojęcia symulakrów czyli fałszywych, oszukańczych znaków (w tym słów, ale także instytucji, zachowań, usług, etc.) zastępujących rzeczywistość pojmowaną w kategoriach tradycyjnych. Sens tego oddaje dziś n.p. znana kategoria „prawie jak…”, tak jak uliczna rekonstrukcja historycznego wydarzenia jest „prawie” tym wydarzeniem, a imitator, którego „twarz brzmi znajomo” zastępuje oryginał do tego stopnia, że w istocie staje się „prawie” oryginałem. To świat oszukaństwa nie jako grożącego napiętnowaniem, karą lub co najmniej poczuciem winy odstępstwa od norm moralnych, lecz jako powszechnie uznanej i zaakceptowanej, legitymizowanej społecznie praktyki brania pozorów za rzeczywistość, utożsamiania jej z nimi, co czyni współczesny świat więcej niż niemoralnym bo a-moralnym, a może nawet pozamoralnym, czyli takim, który moralności nie łamie, bo po prostu nie uwzględnia jej ignoruje jej istnienie, niejednokrotnie bezświadomie. Politycy, funkcjonariusze, biznes, media i twórcy reklam wspólnie tworzą dziś ten oszukańczy świat na co dzień. Kategoria prawdy w świecie post-prawdy stała się archiwalnym, staromodnym rekwizytem z „bajki z mchu i staroci”. Wszystko to jest w „Tajnym agencie” z 1907 roku! O ile w „Lordzie Jimie” i wielu innych utworach Conrad widział granice między dobrem i złem, prawdą i fałszem, rzeczywistością i nierzeczywistością, to w „Tajnym agencie” pokazuje świat bez tych sprzeczności i wyraża brak jakichkolwiek złudzeń wobec ludzkiej natury. Cień jego okrutnej ironii pokrywa wszystkie - bez mała - postacie powieści. Jej świat jest zepsuty, okrutny, zły i amoralny bez reszty (względnie rozumiany wyjątek czyni pisarz dla postaci Profesora, ale tylko dla jego idealistycznej, nihilistycznej szczerości w praktykowaniu zła), w jego spojeniu terrorystów, „stróżów prawa” i „normalnych ludzi” w jeden wielki kłąb nicości. Chyba tylko „Jądro ciemności” jest równie pesymistyczne jak „Tajny agent”. Świat tej powieści z zarania minionego wieku, jak przywołany tu tytuł znanego telewizyjnego show, „brzmi nam dziś znajomo”. „Tajnego agenta” czyta się jednak świetnie nie tylko dla owych intelektualnych pożytków, ale także dla obecnej w tej powieści fascynującej, mrocznej, makabryczno-ironiczno-groteskowej aury terrorystycznych „salonów” i zakamarków Londynu. Bardzo jestem przywiązany do klasycznego, współczesnego Conradowi, klasycznego przekładu dokonanego przez jego kuzynkę Anielę Zagórską, ale trzeba przyznać, że nowy, znakomity przekład Macieja Świerkockiego uwypukla, acz z wyczuciem, z kulturą, bez ostentacji, frazeologicznie współczesne – dla nas – brzmienie tej wielkiej powieści. Wspaniała lektura z dreszczem na plecach.

Joseph Conrad – „Tajny agent”, przekład i posłowie Maciej Świerkocki, wyd. Officyna, Łódź 2018, ISBN 978-83-62409-78-5

Pin It