Wacław Holewiński

 

Mebluję głowę książkami

 

mebluje-glowe

 

 

Musisz sam chcieć sobie pomóc

moja spowiedzKrzysztof Stanowski, szef portalu „Weszło” na pytanie o to, dlaczego ukazują się takie książki jak ta, Janczyka i Dobrowolskiego, odpowiedział: „Bo takie chcecie czytać”. No tak, ktoś znany, przynajmniej przez pewien czas na świeczniku, leci na samo dno. Marnuje talent, niewyobrażalne dla większości, nie tylko w Polsce, pieniądze, od śmierci ratują go lekarze. Przegrał życie, ale wciąż jest nadzieja, że się podniesie. Tak, tego Stanowski nie dopowiedział, ale wydaje się to oczywiste: wszyscy w takich historiach oczekują też happy endu.

Tylko… czy w tej historii będzie dobre zakończenie?

 

Ostatni rozdział książki, wywiad z byłym piłkarzem Legii, CSKA, Lokeren, kilku jeszcze klubów, reprezentantem Polski (fakt, nie było tych występów za dużo, ledwie pięć, ale ilu piłkarzy chciałoby mieć taki dorobek w kadrze…), zatytułowano „Tym razem nie upadnę”. Dobrowolski pyta: „Pijesz?”. Janczyk: „Poza jednym piwem przed ponad dwoma miesiącami nie miałem w ustach alkoholu od czterech miesięcy”. Bohatersko… Bohatersko, jak na alkoholika. Sięgam więc po wywiad sprzed kilku dni z Jackiem Magierą, byłym kolegą (choć znacznie starszym) Janczyka z boiska, a później trenerem, który chciał go piłkarsko „przywrócić do żywych”. „Czytam ostatnio w gazetach, że Dawid znów pił. Trzeba go na jakiś czas zamknąć w ośrodku, innej opcji nie ma” – pisze Magiera. A dalej: „Gdy w 2014 roku brałem go do drugiej drużyny Legii, zapewniał, że chce z tym skończyć, wrócić do piłki. Przechodził wtedy mordercze treningi, bardzo schudł. Mam to uwiecznione, bo przygotowałem film: jego drogę, powrót do prawdziwego futbolu. Chciałem mu go puścić, gdy znów zagra w ekstraklasie. Niestety, nie udało się. Znów przepadł, znów słyszałem, że ktoś widział go napitego”. Czytam też wywiad z innym celebrytą-alkoholikiem, Borysem Szycem: „W sprawach ważkich jestem uporządkowany. Zresztą jakiś czas temu uporządkowałem swoje życie, bo przeszedłem terapię. Trzeźwienie między innymi polega na tym, że rozpisujesz sobie życie na punkty, rozkładasz je, a potem zbierasz do kupy. Ta metoda przeniosła mi się do życia codziennego”.

Gdzie jest więc bohater książki? Deklaracje, obietnice, nadzieje... Nic z tego, to wciąż facet, który zrobił ze swego życia piekło – nie tylko sobie, także żonie, dzieciom, rodzicom.

Widziałem go wielokrotnie na żywo z trybun stadionu Legii. Nie byłem oczarowany jego talentem. Szybkość i… i niewiele więcej. Ale zdarzył mu się turniej marzenie – młodzieżowe mistrzostwa świata w 2007 roku. Strzelił bodaj trzy albo cztery bramki, pokazał się na tle wspaniałych Argentyńczyków (oni zrobili niebywałe kariery) i… i dostał ofertę życia. On i Legia, która zainkasowała za niego 4,2 miliona euro (to wciąż jeden z najwyższych transferów z polskiej ligi). Poszedł do Rosji, do dużego klubu, jakim jest CSKA. Nie pograł za wiele w pierwszej drużynie, trudno mu było konkurować ze świetnymi Brazylijczykami. Za to kasa lała się strumieniami.

Książka Janczyka to opowieść o infantylnym chłopcu. O doradcach, którzy są jak koszmar, który wciąż i wciąż powraca. Nie grał, więc pił w samotności. Nie grał – latał co tydzień na „balety” do Warszawy i Londynu. Jeden wyjazd – sto tysięcy złotych. Większość Polaków nie zarabia takiej forsy w ciągu roku, dwóch lat. Więc popatrzcie – jak się można bawić.

A potem już zjazd, wypożyczenia do innych klubów. Lokeren, opowieść o podnoszeniu się, piłkarskim podnoszeniu się z kolan, o morderczym treningu i Włodzimierzu Lubańskim, legendzie tego klubu, mądrym, opiekuńczym człowieku, który wyciągnął do Janczyka rękę, a ten uciekł z klubu bez pożegnania, bez wyjaśnień, bez sprzątnięcia mieszkania. Czytam rozmowę z Lubańskim – książka składa się z opowieści Janczyka i wywiadów z ludźmi, którzy mieli wpływ na jego „karierę” – trenerów, działaczy piłkarskich, piłkarzy, matki – czuję zawód, ale chyba też niechęć; zawód do opowiadania i o człowieku, i o sytuacji. Pyta Dobrowolski: „Wtedy zorientował się pan, że Dawid pił”. Lubański: „Niczego wtedy nie podejrzewałem. […] Mieliśmy w klubie człowieka, który odpowiadał za przygotowanie apartamentów dla zawodników. Sprzątał też mieszkanie po Janczyku. Potem przyszedł do mnie i wyznał, że choć sprząta lokale po zawodnikach od lat, to u nikogo nie widział tylu butelek po alkoholu co u Dawida. Przyznam, że byłem przerażony…”.

Coraz gorsze kluby, coraz mniejsze pieniądze, ale nawet tam kończyło się to ławką rezerwowych i wódką. Zawsze tak samo.

Umierać można wiele razy, na przykład pięć w ciągu jednej nocy. Można upaść do tego stopnia, że wynosi się medalik komunijny córki i zastawia w lombardzie. Wódka… Pierwsza myśl po obudzeniu. Koszmary, ucieczka, samotność, trzykrotnie zaszywany esperal.

Tak, taka książka już była. To spowiedź Andrzeja Iwana, piłkarza o innej, nieporównanie większej skali talentu od Janczyka, człowieku, który też spadał, umierał, podnosił się i znów spadał jeszcze niżej. Potrafił jednak stanąć na nogi. Janczyk ma 31 lat i opowiada o marzeniach. Marzeniach o grze w ekstraklasie, już nie w Legii, gdziekolwiek. „Jeśli ktoś by mi jeszcze zaufał…”.

Mój przyjaciel, niepijący od kilkudziesięciu lat alkoholik, powiada: musisz sam chcieć sobie pomóc. Jeśli nie, idź na dno. To radykalne postawienie sprawy, bardzo radykalne. Ale czy jest inne? Inaczej niż matka Dawida, niż jego żona, nie wierzę, że ten facet, jak powiadam, infantylny chłopiec w krótkich majtkach, się jeszcze podniesie. Raczej zniszczy życie najbliższym.

 

Dawid Janczyk oraz Piotr Dobrowolski – Moja spowiedź, Wydawnictwo SQN, Kraków 2018, str. 336.

 

 

Pin It