Rekomendacje książkowe Krzysztofa Lubczyńskiego

 

 

 

Trzy wspaniałe eseje czarne jak atrament

rekopis znaleziony na scianiePrzypuszczam, że niewielu czytelników tego tomu złożonego z trzech esejów domyśliło się od razu, że jego tytuł: „Rękopis znaleziony na ścianie” (przynależny do pierwszego z esejów) ma wydźwięk makabryczny. Chodzi bowiem o rozbryzgany na ścianie mózg hrabiego Jana Potockiego, twórcy „Rękopisu znalezionego w Saragossie”. Wydaje mi się to celową uwagą wstępną, bo eseje Krzysztofa Mrowcewicza przeniknięte są czarną barwą głębokiego pesymizmu egzystencjalnego, podanego jednakowoż językiem jasnym autora, którego ten świat może i zasmuca, ale też i jednocześnie zachwyca, fascynuje swoją niemożliwą wprost urodą, estetyczną i intelektualną. Jest bowiem piękny pięknem swojego bogactwa i swojej grozy. Bohaterami dwóch esejów Mrowcewicza są wspomniany Jan Potocki i Jan Kochanowski, a bohaterem - o ile można się tak wyrazić - trzeciego jest: ogród z „Sofijówki” Stanisława Trembeckiego. Esej o Potockim zaczyna się opisem pistoletu, z którego tenże strzelił sobie w głowę, czyli opisu narzędzia samobójstwa. Więcej, to opis procesu mechanicznego, podanego jakby w zwolnionym tempie, w sekwencji stop-klatek, który kończy się wniknięciem kuli w czaszkę i mózg pisarza. I nagle z tego ponurego, zakrwawionego pokoju w podupadłej posiadłości Potockiego w Uładówce na Ukrainie eseista przeskakuje w migotliwy, kalejdoskopowy, niepochwytny świat tego pisarza, ezoteryka, filozofa, mistyka, kabalisty, podróżnika, szaleńca, przyrodnika, człowieka pozbawionego złudzeń co do życia. Jest w tym eseju myśl co prawda nie nowa, że świadomość Potockiego oraz esencja i sens esencja jego sławnego „Rękopisu” rodzi się na styku czasów oświeceniowego rozumu, który zaczyna być podmywany przez nadchodzącą, irracjonalną epokę romantyczną i przez chaos, który wbrew oświeceniowej utopii jest nieodłącznym atrybutem i zasadą świata. I ta myśl, że był on krańcowym, czarnym, depresyjnym pesymistą. Jako się rzekło, myśl to nie nowa, bo o tym czytałem już w 1965 roku, kiedy na ekrany kin weszła ekranizacja „Rękopisu” dokonana przez Wojciecha Jerzego Hasa. Toteż jednak eseju Mrowcewicza nie należy czytać propedeutycznie, lecz estetycznie nade wszystko. Opowiada on o Potockim jako mistrzu czterech sztuk: „opowiadania historii”, „budowania ruin” (choć w „Rękopisie” opisów ruin niemal nie ma, ale fenomen „ruiny” jakby unosi się jak duch nad tą powieścią), „udawania zwanej też sztuką aktorską” („Rękopis” jest w znaczącej warstwie powieścią o udawaniu, o graniu, jej postacie nieustannie udają inną tożsamość lub inna jest im przypisywana, zamieniają się tożsamościami, mylą się co do tożsamości lub innych co do niej zwodzą, korzystają z innych tożsamości lub przeglądają się w niezliczonych lustrach, tu prawie nikt nie ma jednolitej, stałej, zastygłej tożsamości) oraz „sztuki odbierania sobie życia” (sławne samobójstwo). Opowiada o nich Mrowcewicz wędrując zarówno przez wybrane wątki „Rękopisu” oraz przez fragmenty świata, który w bliższym czy dalszym sensie był światem Jana Potockiego. Eseistyczna narracja Mrowcewicza – chce się rzec – zapiera dech po pierwsze zjawiskową erudycją, ale to jeszcze mało powiedziane, bo erudytów jest sporo. Autor zapiera dech swoją umiejętnością uczynienia z erudycji sztuki o finezji i lekkości motyla. Portretuje świat Potockiego, świat, w którym on egzystował, poprzez przygody, persony, krajobrazy budowle, przedmioty. Esej sprawia wrażenie dzieła impresjonistycznego albo iluzjonistycznego. W zależności od tego pod jakim kątem go czytamy, taki obraz się wyłania. Można odnieść wrażenie, że Mrowcewicz zbudował swoją eseistyczną narrację na podobieństwo linkowego systemu w internecie. Po kliknięciu w dowolne pojęcie, nazwisko, zdarzenie wyłania się nowa bogata kraina, która mnoży się na podobieństwo systemu opowieści szkatułkowej. Można też rzec, że Mrowcewicz pokazał postać Potockiego i jego „Rękopis” kontekstualnie, odsłaniając to wszystko czego w materii powieści nie ma, a co czai się jakby za ścianami zamkniętych przestrzeni, w której dzieje się jej akcja.

 

Trudno jest o tym pisać, bo cokolwiek się napisze, będzie mniej kunsztowne i mniej wielowarstwowe niż to co można wyczytać w eseju Mrowcewicza. Esej o „Sofijówce” Trembeckiego („Tajemnica Sofijówki – tajemnica literatury”) jest esejem o bujnym ogrodzie opisanym przez poetę. To drobiazgowa, ale przy tej drobiazgowości, paradoksalnie fascynująca analiza środków poetyckich, jakie zastosował poeta, aby przez opis natury i struktury ogrodu ukazać naturę i strukturę egzystencji jako takiej, zamykając w tym opisie naturę życia od początku do kresu. A jednocześnie widzi eseista w „Sofijówce” „kwintesencję poezji”. Bezradny wobec niemożności uchwycenia we frazie własnej bogactwa tego eseju, zacytuje ostatnie jego zdanie, które może spełnić rolę definicji jego esencji: „Sofijówka” to ogród ze słów, w którym rozwidlają się ścieżki rozumu, poetyckiego rzemiosła i wyobraźni”. Trzeci esej poświęcony („Czarna muza z Czarnolasu”) jest Janowi Kochanowskiemu. Każdy kto zapamiętał choć odrobinę z przekazu szkolnego kursu Odrodzenia, ten pamięta, że ten poeta pokazywany często w epikurejskiej scenerii czarnoleskiego dworku, pod lipą, w kontuszu, z roztruchanem przedniego miodu, w sielskim otoczeniu rodziny był poetą „czarnym”, krańcowym sceptykiem i pesymistą i to nie tylko dlatego, że doznał utraty córki Urszuli, a swój ból uwiecznił w „Trenach”. W ujęciu Mrowcewicza Kochanowski jawi się jako wielki artysta i myśliciel na wskroś nam, dzisiejszym, współczesny, podobny nam w niepokojach, podobny w rozpaczy, podobny nam w sposobie postrzegania egzystencji i jej ostatecznego bezsensu. Mrowcewicz nie wyraża tego ekspressis verbis, ale w jego perspektywie jawi się Kochanowski jako prefigurowany kilka wieków wcześniej, avant la lettre – egzystencjalista i skomplikowany człowiek współczesny.

Jestem niezadowolony z tego, co o tych esejach powyżej napisałem. Ale przecież nie sposób opowiedzieć o tych finezjach estetycznych i umysłowych ani subtelniej ani głębiej niźli sam autor. Tego eseistycznego sezamu najzwyczajniej nie sposób uchwycić w małą garść. To trzeba przeczytać. Komuś tak wiele czytającemu jak piszący te słowa, co wywołuje efekt spowszednienia, nieczęsto zdarza się rozkosz lektury. Czytając triadę esejów Krzysztofa Mrowcewicza doznałem takiej samoistnej, niejako autonomicznej, samej w sobie przyjemności, by nie powiedzieć rozkoszy lektury.

Krzysztof Mrowcewicz – „Pamiętnik znaleziony na ścianie”, wyd. Insytyt Badań Literackich PAN, Warszawa 2017, str. 164, ISBN 978-83-65832-32-0

--

 

Giermek Mickiewicza

antoni edward odyniec romantyk w zwierciadle biedermeieruPracę Marty Makaruk o Antonim Edwardzie Odyńcu (1804-1884) tworzą dwie warstwy. W pierwszej jest ona zarysem biografii poety, dramatopisarza, epistolografa, a nade wszystko przyjaciela Adama Mickiewicza, ale nie przyjaciela równorzędnego-partnera jak Zygmunt Krasiński i August Cieszkowski, lecz przyjaciela-przybocznego, giermka, Sancho Pansę, jak go niektórzy nazywali. Wywodzący się z kręgu wileńskich filomatów Odyniec w słynnych „Listach z podróży” opisuje swoje peregrynacje z wielkim Adamem, w tym ich słynne wspólne i wielokrotnie cytowane wejście do Rzymu w listopadzie 1829 roku przez Ponte Milvio, miejsce sławnej bitwy, w której Konstantyn pokonał Maksencjusza otwierając chrześcijaństwu drogę do Wiecznego Miasta („In hoc signo vincit”), gdy doznali niemal mistycznego uniesienia widząc z oddali kopułę bazyliki świętego Piotra, czyli „tiarę świata”. Ale z dalszej części biografii dowiadujemy się, że jego korespondencja była w dużym stopniu mistyfikacją i oszustwem, skleconym po latach w oparciu o cudzą korespondencję. Biografia Odyńca w ogóle jest rozpołowiona na dwie części. Pierwszą można by nazwać heroiczną, gdy świecił jak Księżyc światłem odbitym od wielkiego Adama. Druga, po jego śmierci (1855) była dla Odyńca o wiele mniej udana. Śmierć trojga dzieci nadała mu rysy hiobowe, ale już w 1858 doszło do patriotycznej kompromitacji Odyńca, gdy w „Album wileńskim” pomieścił wiernopoddańcze wiersze na część cara Rosji. Otoczyła go z tego powodu anatema (choć nie jakaś szczególnie radykalna) ze strony kręgów patriotycznych. Gdy ujawnił się mistyfikacyjny i falsyfikacyjny charakter jego „Listów z podróży” i „Wspomnień z przeszłości”, biedny Odyniec ze swoją trzeciorzędną poezją stał się postacią cokolwiek żałosną, co wzmacniane było przez jego osobiste narowy i śmieszności, na czele których figurowało maniackie uwielbienie dla kobiet, które groteskowo emablował jako „śmieszny staruszek”, wywołując kpiny. Snując narracje o życiu i twórczości Odyńca autorka studium jako leitmotyw przyjęła biedermeierowski charakter jego twórczości”. Biedermeier był nurtem kulturowym, od literatury do stylu wnętrzarskiego, oraz stylem istnienia, który współegzystował równolegle z romantyzmem, charakteryzując się konserwatyzmem, skłonnością do umiaru, poczciwości, cnót mieszczańskich, pobożności, poszanowania tradycji, kultu zwyczajności i miłości do detalu oraz politycznej zachowawczości i społecznego ładu konserwatywnego opartego o ortodoksyjny katolicyzm. W odróżnieniu od buntowniczego, irredentystycznego, rewolucyjnego, frenetycznego, transgresyjnego, pełnego klimatu „dziwności” oraz pęknięć, dysonansów i sprzeczności ducha romantyzmu, z jego heterodoksyjną religijnością, biedermeier był spokojnym skrzydłem tej epoki. Można by rzec, że o ile romantyzm był szaleństwem wąskich elit duchowych, o tyle biedermeier był rozsądkiem szerokich kręgów społeczeństwa. I właśnie owe biedermeierowskie motywy w twórczości Odyńca prześledziła autorka studium, dążąc do udowodnienia, że był on nie tyle „poćciwym romantykiem”, „późnym epigonem” romantyzmu, lecz właśnie bardzo charakterystycznym reprezentantem biedermeieru w twórczości literackiej i postawie życiowej. Inna sprawa, że pytanie, na ile biedermeier jest nurtem osobnym, a na ile oswojoną, mieszczańską wersją romantyzmu, jedną z jego warstw. Owa perspektywa biedermeierowska zaznacza się szczególnie w jego „dramach” historycznych („Barbara Radziwiłłówna”, „Felicyta”, „Jerzy Lubomirski czyli wojna domowa”), które znajdują się na antypodach buntowniczej twórczości narodowej Mickiewicza, Słowackiego czy Krasińskiego.”Dramaty Odyńca – pisze autorka studium – przedstawiały uporządkowaną i optymistyczną wizję świata, w którym nie było miejsca na zwątpienie i bunt. Sięganie do dziejów ojczystych było w przypadku poety umotywowane pojmowaniem patriotyzmu jako przywiązania do przyrodzonych Polakom wartości: wiary, wolności sumienia i tradycji. Miejsce indywidualistycznego podejścia do Boga i sporów toczonych z Nim w imię dobra ludzkości zajęło pietystyczne rozmodlenie i kultywowanie cnoty pokory. Romantyczną skłonność do stawiania trudnych pytań zastąpił Odyniec dawaniem moralistycznych odpowiedzi”. Powyższe można w istocie odnieść do jego poezji, w której są jednak i takie perełki jak napisany podobno wspólnie ze Słowackim groteskowy wiersz „Czy to pies, czy to bies?”. Dla Trzech Wieszczów historia była tworzywem i przestrzenią wielkich uczuć, wielkich namiętności duchowych i politycznych, wielkich transgresji i wielkiego ducha rewolucyjnego (Mickiewicz, Słowacki), względnie kontrrewolucyjnego (Krasiński). Dla Odyńca historia Polski to statyczna pochwała miłości ojczyzny, cnót patriotycznych i walki o utrzymanie wartości narodu, zakonserwowanie ich w znieruchomieniu. I to wszystko sprawia, że choć bohater studium Marii Makaruk sam w sobie, jako jednostka, jest postacią poślednią, trzeciorzędną jako poeta, mierną intelektualnie, to jednocześnie przez jego postać przemawia zeitgeist (duch czasu), w którym przyszło mu żyć. I to głównie z tej przyczyny studium to jest tak frapujące.

Maria Makaruk – „Antoni Edward Odyniec. Romantyk w świetle biedermeieru”, wyd. Wydział Polonistyki UW, Warszawa 2012, str. 295, ISBN 978-83-62100-26-2

--

 

Polskie Radio i inne radyja

radiofonia w polsceProgram eksperymentalny Polskiego Radia zaczął być nadawany 1 lutego 1925 roku i ta data bywa wskazywana jako początek tego medium. Jednak za czas narodzin Polskiego Radia jako medium powszechnego, czy też za początek jego powszechności, czyli za moment, w którym pierwsze jego fale przekroczyły granice technicznych prac eksperymentalnych i poszły w eter ku uszom pierwszych słuchaczy, uważa się kwiecień 1926 roku. W otwarciu studia 18 kwietnia uczestniczył premier hrabia Aleksander Skrzyński, który przemówił w eter po polsku i po francusku. Było ta na niespełna miesiąc przed przewrotem majowym. Radio jednak w przewrocie nie uczestniczyło, ani po stronie rządowej, ani po stronie Józefa Piłsudskiego, ani nawet w roli bezstronnego informatora. Z perspektywy naszych czasów, gdy niezliczone stacje radiowe nieustannie uczestniczą w każdym niemal, nawet najdurniejszym wydarzeniu, może się to wydawać niewiarygodne, jakby z innej planety pochodzące. A jednak. Dwa były tego zasadnicze powody. Po pierwsze, był to zalążkowy, pionierski okres tego medium, operującego jako nowinka w ramach bardzo minimalnych technicznie pod wszelkimi względami. Po drugie, ówczesna świadomość i wyobraźnia nie tylko nie sięgała, ale była jeszcze bardzo daleka od pułapu dzisiejszych wyobrażeń o wszędobylskiej roli mediów. Na czas przewrotu zawieszono wszystkie audycje „werbalne” i nadawano wyłącznie koncerty muzyki poważnej. Radio było tak początkującym i nowinkarskim zjawiskiem, że nikomu, ani prezydentowi Wojciechowskiemu, ani premierowi Witosowi ani Piłsudskiemu nie przyszło zapewne nawet do głowy zająć stację nadawczą, która mieściła się wtedy przy ulicy Narbutta 29, a studio przy ulicy Kredytowej, w gmachu Towarzystwa Kredytowego Ziemskiego, Może to z tego czasu pochodzi przedwojenny i kontynuowany w PRL obyczaj emitowania w radiu muzyki poważnej w dramatycznych momentach historycznych? W PRL krążyło nawet czasem dowcipne powiedzenie: „Nadają Chopina. Znaczy – zmiana kierownictwa?” Dopiero po uroczystości pogrzebowe po śmierci Piłsudskiego i ich duże radiowe echo wywołane regularną transmisją spowodowały, że władze uczyniły Polskie Radio spółką państwową. Mariusz Hermanowski napisał pierwszy w historii piśmiennictwa zarys dziejów Polskiego Radia, jako że do tej pory powstało kilka monografii cząstkowych. Ukazał losy radia w II Rzeczypospolitej, jego odrodzenie w PRL po wojennej przerwie. Znajdujmy tu obraz przemian Polskiego Radia, od okresu stalinowskiego, z uwzględnieniem takich zjawisk jak propagandowa audycja „Fala 49” Wandy Odolskiej i Stefana Martyki, jak reakcja radia na śmierć Stalina i - poprzez wszystkie ewolucje i zmiany zarówno polityczne jak i technologiczne - aż do 1989 roku. Wspomina o najgłośniejszych audycjach jak słuchowiska „Matysiakowie” czy „W Jezioranach”, „Zgaduj zgadula” i inne. Po tej dacie zaczyna się nowy etap historii polskiej radiofonii. Kończy się monopol Polskiego Radia. Zaczynają powstawać pierwsze komercyjne stacje, jak „Radio Zet”, „RMF FM” i wiele innych. Hermanowski doprowadza swój zarys do najnowszych niemal czasów, bo uwzględnia nawet zmiany dokonane po 2015 roku. Jako że zarys Hermanowskiego nie odnosi się tylko do Polskiego Radia, ale do polskiej radiofonii jako takiej, poświęcił on passus także takim zagranicznym rozgłośniom jak „Radio Wolna Europa” czy „Radio Madryt”. Jest też sporo o ludziach polskiego radia, jego pionierach i ich następcach. I jeszcze jedno. Okładka książki opatrzona jest barwną fotografią muzealnego odbiornika radiowego. Nie wiem ani jaka jest jego marka ani z jakiego okresu pochodzi, ale jest to przedmiot piękny. Estetyka starych odbiorników radiowych jest wprost rozkoszna.

Mariusz Hermanowski – „Radiofonia w Polsce. Zarys dziejów”. Wyd. Zysk i s-ka, Poznań 2018, str. 338, ISBN 978-83-8116-295-1

--

 

Damy i ich sekretne zakamarki

niedyskretnikAnglia wiktoriańska kojarzy się bardzo często albo z prozą Karola Dickensa albo brytyjskimi serialami z życia wyższych sfer. U Dickensa świat Londynu lub angielskiej prowincji jest ukazany niby to realistycznie, ale zgodnie z tą formułą realizmu, który nigdy nie sięga głęboko pod podszewkę, nigdy nie styka się z naturalizmem. Brytyjskie filmy i seriale z życia wyższych sfer są „wylizane” do ostateczności, pokazują świat „jak z bombonierki”, pełen wspaniałych pałaców, wnętrz, przedmiotów, powozów i wytwornych strojów dam, panien, panów i kawalerów. Ten sam historycznie czas ujęła w swojej książce Amerykanka Therese O’Neill, ale pokazuje go nam od zupełnie innej strony. O’Neill odsłania intymny świat kobiecy tych czasów. „Porusza dziewiętnastowieczne sprawy wstydliwe, tematy nieskromne, nieprzyzwoite i wprowadzające kobiety dwudziestego pierwszego wieku w zdumienie: jak kobiety radziły sobie z podpaskami nie nosząc majtek, dlaczego smarowały sobie twarze arszenikiem, w imię czego budziły się zlane potem, przerażone, że poprzedniego wieczora podczas kolacji położyły łyżkę do zupy po niewłaściwej stronie…” – czytamy w notce odredaktorskiej. O’Neill opowiada też o garderobie miażdżącej kości, czyli ówczesnych gorsetach oraz o panujących wtedy strasznych warunkach sanitarnych, w tym o sposobach przyrządzania i konserwowania żywności, które na współczesnym człowieku budziły by uczucie grozy i obrzydzenia (stąd powszechne w tych czasach przypadłości biegunkowe). Są też opisane normy i praktyki dotyczące życia seksualnego i prokreacji, choć dziś możemy je odbierać jako obscena. Napisaną w formie popularnej opowieść O’Neill można zaliczyć do nurtu historii obyczajowej, w której przedmiotem badań i opisu nie jest wyczyszczona z jakiegokolwiek związku z materią codziennego oficjalna historia polityczna sprowadzona do życia oficjalnego, walk politycznych, ideologicznych, wojen, politycznych układów, biografii władców różnego autoramentu etc. Ten nurt historii zajmuje się materialną codziennością życia w tamtych czasach i to codziennością, jak w przypadku książki O’Neill, rzeczywistości najintymniejszej i najbliższej ciału. Rzecz jasna, Anglia wiktoriańska nie stanowiła tu żadnego wyjątku. A biorąc pod uwagę, że ówczesna Anglia była pionierem przemysłu i postępu cywilizacyjnego, można się domyśleć, że w tym samym czasie rzeczywistość w tej mierze, panująca n.p. na ziemiach polskich była jeszcze straszniejsza i jeszcze bardziej szokująca z naszej perspektywy.

„Niedyskretnik” O’Neill czyta się momentami jak galerię obscenów, choć przecież te „obscena” nie były bynajmniej elementem sfery zakazanej, lecz tworzyła je jak najbardziej „normalna” sfera życia. Drastyczność wielu fragmentów swojej opowieści łagodzi autorka stylem pełnym mimo wszystko – poczucia humoru. Czyta się ten „Niedyskretnik” z podniecającymi wypiekami.

Therese O’Neill – „Niedyskretnik. Co dama wiedzieć powinna o seksie, małżeństwie i dobrych manierach, a o czym mówić nie wypada”, przekł. Jolanta Sawicka, wyd. Muza, Warszawa 2018, str. 318, ISBN 978-83-287-0856-3

 

Pin It