Wacław Holewiński

 

Mebluję głowę książkami

 

mebluje-glowe

 

 

Para geniuszy z dodatkiem gepardzicy

Miasteczko SurrenderRecenzent „The Glob and Mail” napisał, że „Edgar Allan Poe zrozumiałby tę książkę i obwołałby ją arcydziełem”. Być może by obwołał arcydziełem, ale czy by zrozumiał? Mam wątpliwości. Nie ze względu na treść, suspens, budowę postaci, napięcia. Przez technikę. Inna epoka, inne środki, inny sprzęt., inny rodzaj myślenia o przestępstwie, inne problemy społeczne. Sto pięćdziesiąt lat dzielących pisarzy to po prostu przepaść.

A czy jest to arcydzieło? Uczciwie mówiąc, ale od razu zastrzegam: nie jestem czytelnikiem kryminałów, mam wrażenie, że Carr napisał lepszą książkę. Tak, tak, „Alienistę”. Co nie znaczy, ze „Miasteczko Surrender” czyta się źle. Nie, to świetnie napisana powieść ze wszystkimi atrybutami przynależnymi gatunkowi.

 

Doktor Trajan, lekarz, profiler, zesłany w wyniku intrygi z Nowego Jorku do małego miasteczka, w którym wraz ze swym przyjacielem, doktorem Li, z pokładu przywiezionego do rodzinnej posiadłości Junkersa, prowadzi za pomocą łączy wykłady z kryminalistyki dla grupy studentów, zostaje poproszony przez szeryfa i jego zastępcę o pomoc w rozwikłaniu zagadki śmierci czterech młodych ludzi.

Doktor Trajan, to oczywiście modne w tego typu książkach, jest outsiderem, człowiekiem kalekim, z protezą nogi, ale z umysłem, którym góruje nie tylko nad prowincjonalną policją. Także nad służbami specjalnymi. Tak naprawdę niewielu może się z nim równać. I ma swoją miłość, „siostrzyczkę”. Pies? Tak niektórzy sądzą. Ale to gepardzica, której uratował życie (oczywiście w finale kocica będzie też ratować cztery litery Trajana). A doktor Li? To też ekspert, jakich mało. Komputery, DNA, cała nowoczesna technika i, no tak, troszkę w tyle za głównym bohaterem, ale jednak to też geniusz…

Więc zaproszeni stają do pojedynku. Jak się okazuje wielowątkowego, powikłanego, niejednoznacznego. Bo te cztery śmierci, na pierwszy rzut oka okrutne zbrodnie, tak naprawdę to… samobójstwa.

Carr ze swą wrażliwością pochyla się nad problemem, którego w Polsce, mam nadzieję, nie ma i nie będzie, a który, wierzę powieściopisarzowi, jest sporym problemem w Stanach Zjednoczonych. To problem dzieci porzuconych przez rodziców. Porzuconych, nie znaczy bez opiekunów. Z drugiej strony, są tysiące rodzin, bogatych albo bardzo bogatych, które z wielu powodów nie mogą ich adoptować. I to jest relacja, do której zaprasza nas autor „Miasteczka Surrender”. Część z tych bogaczy wykorzystuje tych młodych ludzi, część daje im dom i pogodne, luksusowe życie. Nie mogą adoptować, a jednak tworzą im dom? Zapyta ktoś, w jaki sposób? Money, money, money. Świat zbudowany jest na pieniądzu.

Jak w dobrym kryminale, tropy się pojawiają i nikną, czasami dosyć… brutalnie. Gdy Trajan jest całkiem blisko rozwikłania zagadki, policyjny wyborowy strzelec zabija mu kluczowego świadka, bezbronnego chłopca, gotowego do współpracy. Gdy miłość doktora Li, doktor Chang (zrozumiałe, że Amerykanin pochodzenia chińskiego może się kochać wyłącznie w Amerykance pochodzenia… no zgadnijcie państwo), chce zadać swym przełożonym niewygodne pytania, zostaje zepchnięta przez niezidentyfikowaną furgonetkę z autostrady, ktoś strzela też do quada, którym po górach przemieszcza się Trajan ze swym współpracownikiem. Nie, nie, nie z doktorem Li. Bo zespół poszerza czternastolatek Lucas, mniej więcej rówieśnik ofiar. A potem jego niewidoma siostra, Ambyr. Ambyr ma szafirowe oczy, piękne ciało, sporo sexapilu, ale co więcej… Tak, tak, starszy pan, który rozwikłał dziesiątki spraw o morderstwo, zakochuje się w dziewczynie. A ona? Ona nie tylko ciągnie go do łóżka, ona potrafi się nawet zaprzyjaźnić z „siostrzyczką” doktora.

Miłość, śmierć młodych ludzi, siedemset trzydzieści stron, więc i wątków musi być więcej. Upozorowane morderstwa. Rok wyborczy, władze stanowe, łącznie z „kretynem” gubernatorem, są gotowe na seryjnego mordercę, ale nie na samobójstwa „odrzutków”. Bo „odrzutki” to problem społeczny. Problem, z którym trzeba się zmierzyć, zaradzić, a w seryjne morderstwa tak łatwo wkręcić pedofilskie małżeństwo. Więc ktoś narzuca kierunek śledztwu, ktoś zmusza do zeznań, ktoś wysyła do tych ofiar durnego lekarza…

Mniej więcej sto pięćdziesiąt stron przed końcem wiedziałem, czy raczej domyślałem się, „kto za tym stoi”. Intuicyjnie. Bo to dobrze, naprawdę dobrze napisana książka, a doktor Trajan… cóż, Edgar Allan Poe miał swojego C. Auguste’a Dupina, Carr parę geniuszy z dodatkiem gepardzicy.

 

Caleb Carr – Miasteczko Surrender, przekład Jerzy Kozłowski, Rebis, Poznań 2018, str. 736.

 

Pin It