Andrzej Walter

 

Zniewalanie umysłów

 

Nie szkodzi kiedys zrozumiem   Czas podobno leczy rany. I jakże wiele powiedziano już i napisano o różnego rodzaju terapiach, panaceach, lekarstwach i sposobach wyjścia z przeżytych traum i wydarzeń ekstremalnych czasu minionego. Doprawdy wiele, i jakże to prozaiczne i banalne. Zło, ta jego zwichrowana anatomia, tak doskonale poddana rozbiórce na czynniki pierwsze poprzez choćby Hannę Arendt, nigdy nie postawiło jednak kropki nad i, i nigdy nie dokonało się jakby kompletnie, nigdy też nie zakończyło swej wynaturzonej opowieści. Zło wciąż się czai, przystaje za rogiem i wciąż czeka na swoją kolejną szansę. Stąd być może, ulegając zdystansowanej nim fascynacji, usiłuję na kartach literatury odszukać klucze do jego pojęcia, uświadomienia oraz zrozumienia. Do jego rozpoznania i nauczenia się jak nim walczyć, jak się go wystrzegać, jak nauczyć się z nim żyć tak, aby niweczyć siły przekraczające nasze pojęcie.

 

   Jeśli już nie wierzycie w zło, jeśli uznaliście, że to li tylko temat przeszły, że zło jest przecież gdzie indziej, że „tak i owszem, ono istnieje”, ale nas to chyba już nie dotyka... sięgnijcie po książkę Johanny Bodor, rumuńskiej tancerki, choreografki i aktorki. Przeniesie was ona bardzo szybko i dojmująco w tamten świat. W świat urzeczywistnionej idei, w świat zrealizowanego szaleństwa (komunizmu), w świat ekstremalnego ucieleśnienia społecznej utopii... w świat, który został zamknięty czasem, został, wydawałoby się skutecznie i raz na zawsze zniszczony, zakończony i unicestwiony, jednakże duch tego świata, jak się okazuje i jeżeli się tak dobrze rozejrzymy... nadal żyje – choćby w szalonych projektach społeczno-marksistowskich obecnych pomysłodawców i planistów rodem z gabinetów cieni wyłożonych czerwonymi dywanami niekończącego się, ciągłego, ulepszania świata ku naszej świetlanej przyszłości i – jak zawsze - dla naszego dobra.

   Nazwałbym to anatomią zła, przekraczającą zdecydowanie i dziarsko ramy tego zła i wkraczającą w swoiste zniewolenie umysłów jakże genialnie spreparowane onegdaj i jak się okazało dalece ponadczasowo poprzez Czesława Miłosza. Prawda? Szlachetność? Miłość? Wszystkie te pojęcia jakoś dziś mocno zwietrzały, jaskrawo straciły swój smak, utraciły swój sens i swoje konteksty, zwiotczały na silnie wiejącym wietrze historii i dryfują sobie jakże beztrosko w nieznane. Stąd książka Pani Bodor sprzed dwóch lat jest dość dobrą propozycją, aby sobie co nieco przypomnieć różnych Wodzów oraz ich genialne koncepcje urządzenia nam życia, a i śmierci, rzecz jasna – co jakże łatwo im również przychodziło w pakiecie wielce promocyjnym, gdyż nie miał on dla Nich większego znaczenia tak jak i my, masa narodowa czy nie, w każdym razie siła robocza i wypełniacz ludowych ojczyzn.

   Szanowni państwo. Poczytajcie sobie Bodor, nie będziecie się nudzić. Książka jest pikantna do bólu, do tego bólu pisanego przez o z kreską, do naszego polsko-rumuńskiego bólu, przy czym nasz ból był dość syty i spokojny w porównaniu z bólem rumuńskim, w porównaniu z głodem, strachem i kompletną codzienną aberracją, która w krainie Słońca Karpat przekroczyła zdecydowanie zdrowy rozsądek oraz, ach, ależ tak przekroczyła ochoczo i niezdrowy rozsądek. Tam po prostu nikt nie miał czelności snuć rozważań o jakichś zniewolonych umysłach, a nobliści rodzili się na innym pniu. (a właściwie to, pod inną szerokością geograficzną)

   Tej książki nie było łatwo napisać. Pani Bodor nie jest pisarką, nie chce być pisarką, nie ma ambicji literackich, w swym życiu realizuje się głęboko artystycznie, acz raczej na wielu innych płaszczyznach i przeżywa to swoje życie bardzo po swojemu. Jej ponadwymiarowy humanizm, jak też talent podjęcia i zrealizowania artystycznej narracji i zamysłu z kręgu sztuki pozwoliły zagłębić się w bardzo jednak sprawne i zajmujące opowiedzenie nam z detalami swojej historii. I zwróćcie kochani uwagę, że nie piszę – swojej niesamowitej historii... gdyż historia ta byłaby bardzo banalna i prosta, gdyby nie pewne okoliczności, że się tak wyrażę dodatkowe. Z pewnością jedną z takich okoliczności jest fakt konieczności zderzenia się samotnego z chorym systemem Rumunii lat 80tych. Ta samotność, albo też tymczasowe osamotnienie dla osoby w wieku wówczas maturalnym – trzeba to przyznać – robi wrażenie i było nie lada wyzwaniem. Zatem właśnie owa perspektywa roli naszej bohaterki tudzież środowisko w jakim przyszło jej wieść owe zmagania z systemem powodują nowy punkt widzenia na dawno już rozpoznane sprawy i wydarzenia. A wydarzenia mamy przecież wielokrotnie opisane. Wiemy już, co i jak działo się w Rumunii pomiędzy 1980 a 1990 rokiem... cóż z tego. Rozpoznając i opisując zło zawsze czyni się to od nowa, od początku i jakby po raz pierwszy. To się właśnie odczuwa. Odczuwa się bardzo mocno świeżość tej książki.

   W zasadzie wydaje mi się, że owa świeżość wynika z bardzo odważnego podejścia do opisu spraw bardzo intymnych. Można by rzec, że tym opisom towarzyszy wręcz brawura literacka, nie przekraczająca jednak granic dobrego smaku, nie przekraczająca granic prymitywnego szokowania, a wchodząc tylko subtelnie, acz zdecydowanie w te wymiary kobiecości, być może do dziś wciąż mało zrozumiałe zarówno przez nas mężczyzn, jak i przez same kobiety. W ogóle dosyć ciężko dziś ogarnąć tamten świat ... że tak to ujmę braku wszystkiego oraz świat małych radości ... drobnego, punktowego szczęścia, które jakże wzmacniało odczucie jedności i solidarności i poczucia wspólnoty czy choćby braterstwa z drugim człowiekiem. Kiedy wpleciemy to w czas dojrzewania, burzy hormonów oraz wchodzenia w dorosłość – kiedy wpleciemy to w okres wyzwań, w ową dziewiczość zarówno natury jak i osobowości to otrzymujemy mieszankę wybuchową naprawdę niełatwą do tak doskonałego pisania jak uczyniła to Pani Johanna Bodor w swojej powieści „Nie szkodzi kiedyś zrozumiem”.

   Jakie to uczucie? Napisać jedną doskonałą powieść w życiu. I już nie sięgać po pióro. Raz, a dobrze. To też powoduje pewną wyjątkowość tej powieści. Napisać książkę, która tak wciąga, że nie sposób się od niej oderwać. Czas przestaje się liczyć... To wielka rzecz. Obiekt westchnień wielu literatów, którzy są autorami wielu książek, a z nich żadna nie spełnia wyżej postawionych kryteriów. Są jedynie czytadłami, w których czas biegnie bardzo normalnie. Czyta się i w każdej chwili bez żalu odkłada się na półkę. W zasadzie zalewa nas dziś taka literatura. Literatura gorszej próby, gorszego sortu, a niech tam... (że się tak wyrażę). Literatura z założenia kryminalna, sensacyjna, albo tkliwo-romantyczna – zależnie od adresatki czy adresata. Johanna Bodor jednak tym się różni od zwykłych zjadaczy chleba sięgających po pióra, że zna doskonale różnicę pomiędzy sztuką ważną a popkulturą masowo produkowaną na zamówienie chwili. Tu nie ma półśrodków. W tańcu, choreografii, w aktorstwie – trzeba ku mistrzostwu iść na całość, nie da się zatańczyć z kontuzją, nie da się płynnie przedstawić kulejąc, nie da się prawdziwie oddać postaci nie wchodząc jej ego, jaźń i samoświadomość. Nie uwzględniając kontekstów i okoliczności.

   Wróćmy do samej książki. Jej świeżość rodzi się w powadze i w determinacji. W konsekwencji, w odwadze i wreszcie w talencie. To jakby talent do życia. Talent do bycia ciekawym świata, do rozpoznawania ducha, wyczuwania nastrojów, do jasnej, precyzyjnej orientacji co jest dobre, a co złe. Zniewolonym umysłom przeciwstawiono esencję wolności. Opartą na prawdzie, szlachetności i ... miłości. Na tych czynnikach, które dziś celowo przedefiniowano ku unifikacji ducha do warstw nieszlachetnych, a jedynie zaspakajających zachcianki.

   Tamten świat już się skończył. Zło zostało pokonane. Kiedy jednak patrzę na ten świat, na jego oblicze, na jego sens i wymiar, zaczynam zadawać wiele pytań. O czasy, o dusze, o narody, o tożsamość – o wiarę w cokolwiek. Zaczytując się z bezpiecznej perspektywy łatwo to czynić, powiecie. I owszem. Pytać jednak wolno zawsze. Ile potrzebujemy kontrolowanego braku wolności, aby wolność rozumieć i czuć, tak, aby nie zostały zakłócone proporcje pomiędzy wolnością a zniewoleniem. A dziś – nowe czasy – i jakby wracają, krok po kroku pomysły na zniewalanie, drobne, stopniowe, zaciskanie wokół nas pętli nakazów i zakazów. Dla naszego dobra ...

   Deja vu?

   Nie porównuję, rzecz jasna, przemocy i absurdów Rumunii z czasów Słońca Karpat czy stalinowskiej Polski do czasów obecnych w sensie dosłownym. To raczej porównanie wyrafinowane. Subtelne. Stopniowe wprowadzanie w życie barier i ograniczeń wraz z unowocześnianiem życia ma służyć wszystkim. Wtedy królowała opresja totalna i wszechogarniająca. Dziś tego nie doświadczamy. Jesteśmy dopiero na drodze. To elementy układanki. Banalność zła składa się jednak z detali. Cóż z tego, że tych czterdzieści lat temu owych detali było więcej niż człowiek potrafił udźwignąć, a dziś mamy ich zaledwie kilka. Najbardziej nam dziś zagraża fakt, że sama idea ich wprowadzania – tych ulepszeń, ograniczeń i projektów „dla dobra” – jest z gruntu i z natury dokładnie taka sama jaka przyświecała rewolucjonistom z epoki Marksa i Engelsa, a potem Lenina, Stalina, oraz kolejnych następujących po sobie stad lewackiej zarazy... Zrobić nam dobrze. Przy czym – sprawiedliwie, wedle potrzeb, wedle szacunku, wedle stopnia zaangażowania... Szczytne idee, piękne słowa, samo dobro. Skąd zatem zło?

   To są trudne pytania, które zawsze rodzą tego typu książki. Książki o przeszłości. O wynaturzonej historii, która chcąc nie chcąc staje wobec historii dzisiejszej, tej współczesnej, toczącej się na naszych oczach i jeszcze nierozpoznanej. Książka Bodor stawia bardzo wiele pytań: „Ile trzeba, ile można, a ile żadną miarą nie wolno poświęcić w imię wyższego celu? Czy w imię lepszej przyszłości rodzice mogą opuścić własne dziecko? Czy od kogokolwiek można domagać się heroizmu? Ile jesteśmy winni tym, którym zawdzięczamy życie? ...” (te pytania przywołał choćby wydawca). A nie ma tu jeszcze: śródpytań, podpytań i międzypytań – z tym ponadprzeciętnym dlaczego, po co, komu i czy ... a nawet i ile? Książka jest książką dobrą jeżeli pytanie te rodzą się podskórnie, samoistnie, pozanarracyjnie, a tak się dzieje w „Nie szkodzi, kiedyś zrozumiem”. Bardzo ważna książka. W końcu z tych ważnych nie o Holokauście. Książka na miarę czasów i wyzwań i jak w zniewolonych umysłach współczesności – na miarę nowych pytań o przyszłość. Tak się to wszystko zazębia, nakłada, współgra i interferuje...

   Dożyliśmy czasów wolności. Nieokiełznanej wolności. Szalonych czasów wolności totalnej. Totalny świat upadł i przyniósł nam wolność totalną. Jak wiemy owa „totalność” jest dalece szkodliwa. Co w związku z tym. Jedno się nie zmieniło. Zło oraz zastępy zniewolonych umysłów. Ich ewolucja w słynnym już „marszu przez instytucje”, podparta umiłowaniem biurokracji (w tej kwestii u Bodor bardzo ciekawie!...) rozwija się niezachwiana i w zasadzie chroniona mentalnie i finansowo przez zmieniających świat, żądnych doznań i odreagowania kompleksów ludzi z cienia i ludzi cienia. Wszystkie te – szare eminencje współczesności - mają coś wspólnego z taki nie przymierzając Nicolae Ceaușescu. Tę manię wielkości i chęć stania się demiurgiem życia i śmierci – ludzi, państw, bytów. Nie chcę tu wymieniać nazwisk. Zdziwilibyście się kogo bym tu wstawił. Wielu, oj bardzo wielu...

   Wstawiłbym tu, totalnie nieobliczalnie, ludzi zza kurtyn, którzy wiedzą lepiej, najlepiej co dla nas dobre, jak mamy żyć, kogo wynieść na piedestały, a kogo opluć i pohańbić.

... ach nie, kochani, tu nie chodzi o tych ani z lewej, ani z prawej, nikt oczywisty ... ja mówię o ludziach, a może znów o ideach – najgorsze i dławiące jest to ulepszanie dla ulepszania, ta chęć zmiany świata dla samej zmiany – jako dowodu na istnienie, jako dementi nieistnienia, jako uzasadnienie sensu i jako zdławienie bezsensu. Samo zbędne koło postępu – wylęgarnia dobra i zła. Siła kompromisu, tolerancji i pozornej otwartości.

   I te dwie książki: „Zniewolony umysł” Czesława Miłosza – książka niezwykła, „Nie szkodzi, kiedyś zrozumiem” Johanny Bodor – książka zwykła, ale jakże sugestywna. Granica między zwykłością, a niezwykłością zatarła się. Rozpoczął się oto okres czwartej alegorii – po sile, metodzie i stopniach kamuflażu, wewnętrznej obrony i wyparcia ze świadomości narodziła się epoka Strachu. To w niej dziś żyjemy, na przekór rzeczywistości. Realność dobrobytu i wszędobylski Strach. Narodziny nowego zła? Tego już nie wiem, ale wiem, że coraz powszechniej rozpoznaną cechą nowego wieku jest właśnie strach. Niepewność jutra – postawiona naprzeciw korporacyjności, nowoczesności, komunikacji i wirtualności. Morze samotności, ocean alienacji i ... Strach. Strach coraz większy, motyw dominujący i przewodni naszych czasów, leitmotive literacki czekający na swojego współczesnego Miłosza, może właśnie, między innymi dzięki takim książkom jak Johanny Bodor…

   Być może, kiedyś go zrozumiem, przed kolejnym ogromnym i rychło nadchodzącym perfidnym zniewalaniem umysłów...

 

Andrzej Walter

 

Johanna Bodor „Nie szkodzi, kiedyś zrozumiem”. Wydawnictwo Świat Książki, Warszawa 2016, z węgierskiego przełożyła Irena Markiewicz, stron 296.

ISBN 978-83-8031-054-4

 

 

Pin It