Michał Piętniewicz


Próba zaczarowania świata na nowo. O tomie Małgorzaty Kulisiewicz „Kot Wittgensteina”.


kot wittgensteina
     Nie przyszło nam żyć w czasach magii, nawet nie wiadomo, czy są ciekawe, może są?
Wypełnione ludźmi Bulwary Wiślane w Krakowie, jak sprawić, by odwiedzili antykwariat w słoneczną, majową pogodę? Jak sprawić, by przyszli po książkę? Czy w tych czasach chodziłoby zatem o spożywanie pokarmu i przyjemność pogody? I jeszcze: nielubiana praca, dzieci, zarabianie pieniędzy, małżeńskie kłótnie? Obojętność na to, co poetyckie. Wyklęcie poezji, przeklęcie poetów.


     Wydaje się, że Małgorzata Kulisiewicz w swoim najnowszym i moim zdaniem, udanym tomie pt. „Kot Wittgensteina” stara się jeszcze raz, na nowo zaczarować odczarowany świat.
Świat, który został bardzo pokąsany, wręcz zniszczony przez „biesa dekonstrukcji”, oraz inne „izmy”, które chciały pokazać świat w sposób jednowymiarowy: jako pretekst do ukazania swojej przewagi społecznej. Wiedza nie służyła ówczesnym, gloryfikującym postmodernizm, luminarzom kultury, do ukazania prawdy, dobra, piękna, umiaru, zgłębiania świata wiedzy dla jego prawdy, dobra, piękna. Wiedza była jedynie narzędziem, funkcją społeczną, poza którą profesor mógł przeistoczyć się albo w owada albo w parobka,  w kogoś, kim może jest „naprawdę”, kiedy uderza na przykład znanego pisarza w twarz. Nieważne było bowiem wiedzy piękno, dobro, prawda, umiar, jej wartość istotna i głęboka, ale możliwość przewagi społecznej, którą ona rzekomo gwarantowała.  Ileż zniszczeń dokonał „bies dekonstrukcji”, widać teraz gołym okiem, praktycznie anihilował polską literaturę, polską poezję, która teraz kryje się w gettach, w gettach dodajmy, w których gromadzą się ostatni sprawiedliwi.
     Przepraszam, zrzędzę pewnie, ale mój okup, moje cierpienie, moja intelektualna ofiara – zupełnie niezawiniona i niesłuszna, którą zapłaciłem postmodernistom, wymaga jednak ode mnie skargi. Postmoderniści bowiem wtrącili mnie niemal do więzienia solipsyzmu, prawie ukamieniowali moją świadomość, podświadomość oraz nieświadomość.
     Dlatego z tak ogromną przyjemnością czytałem tom poetycki Małgorzaty Kulisiewicz pt. „Kot Wittgensteina”. Tom, który w przyjemny i jednocześnie głęboki sposób gra z polską tradycją literacką. Gra, ale nie znaczy, że igra, czy ją przedrzeźnia, czy wyśmiewa, czy parodiuje, czy uznaje, że jest niewarta funta kłaków. Gra, to znaczy nawiązuje do niej poprzez przyjęcie pewnej, poetyckiej konwencji. Konwencji nieco sennej, onirycznej, kabaretowej, o czym, już kiedyś pisałem. Dodam jeszcze, że jest to konwencja również czarodziejska, jakby poprzez latarnię czarodziejską, próbowała poetka wskrzesić tu i teraz piękno świata minionego. Prawie beznadziejny zabieg, na pewno niemożliwy w sensie fizykalnego wskrzeszenia, ale na prawach „niewybaczalnego sentymentu” i zastosowania czarodziejskiej, poetyckiej różdżki, wszystko wydaje się możliwe.
     Jakże teraz brakuje wrażliwości, tej dobrej, łagodnej, ale zarazem iskrzącej od wewnętrznych ogni.
Jakże piękna jest łagodność buntu w tomie Małgorzaty Kulisiewicz, który apeluje jedynie o przywrócenie pamięci.
Pamięci, dzięki której jesteśmy, istniejemy. Dzięki tradycji Skamandryckiej, spektaklom Wajdy i Swinarskiego, zimy Grottgera i Kaczmarskiego, dzięki Mickiewiczowi, Krasińskiemu, Gałczyńskiemu, Wojaczkowi, dzięki Polsce, która wydała na świat wielkich ludzi sztuki, wielkich ludzi literatury, wielkich poetów.
     Tom ten jest jakby podzielony na dwie części. Pierwsza dotyczy zaczarowanego świata poezji, który już odszedł wraz z „srebrnym Konstantym”, choć stara się jeszcze swą melodię wyśpiewywać „pan z Tamburynem”. Na ów zaczarowany świat poezji z przeszłości, patrzymy poprzez czarodziejski kalejdoskop sztuki. Bardzo to piękne doświadczenie i magiczne, jakby skąpane w sennych mgłach i oparach kabaretowych, gdzie widzialne miesza się z niewidzialnym, rzeczywiste i prawdziwe z iluzją magika, gdzie z jabłoni spada jabłko na ziemię, ale jej nie dotyka, unosząc się na prawach zaczarowanej grawitacji, prawach poezji.
      W drugiej części dochodzi nieco do głosu pustynia i apokalipsa świata obecnego, zastanego, w tym „korporacyjna apokalipsa”.
Jakże pięknie prezentuje się na tym tle kobieta nad morzem, stara kobieta w porcie, która czeka. Wyjątkowo podoba mi się ten wiersz, dlatego przytaczam go w całości:

 


Stara kobieta czeka w porcie


Stoi nieruchomo
trwa
czy sztorm, czy deszcz,
czy słońce,
wpatrzona w przestrzeń przed sobą,
niewidzący wzrok
kieruje nad morze.


Wariatka, wariatka
- krzyczą dzieciaki,
drażnią się z nią.
-Czekasz na męża,
czekasz na męża
-dokazują.
Trącają ją,
nie reaguje,
stoi.


-Na kogo pani tu czeka?
-Może na panią-
odpowiada tajemniczo.
Wzdrygnęłam się.
Stoi nieruchomo,
czeka.


Może doczeka się
skrawka czystego błękitu
w domu po tamtej stronie.

 

 

Stara kobieta, może ma pelerynę, choć nie mówi o tym podmiot liryczny, czeka w porcie, nie wiadomo na co, nie wiadomo na kogo. Czy nie jest to piękna metafora życia? Życia tu i teraz?
Czy owa kobieta z wiersza nie jest mądrzejsza od pracowników „korporacyjnej apokalipsy”, którzy w mrówczym pędzie nie wiadomo za czym gonią, po co, chodzi im tylko o pieniądze, o utrzymanie się na powierzchni życia. Nie mają czasu na namysł nad tym, na kogo czekają, do czego się spieszą, kogo wypatrują. Nie mają czasu ani świadomości najważniejszych pytań, przed którymi musi kiedyś stanąć każdy człowiek i przynajmniej starać się, w myślach, próbować znaleźć odpowiedź.
     Jest zatem ciekawie ów tom zmontowany, trochę jak film. Na początku sceny fertyczne, ogniste, pełne kalejdoskopowego światła i sztucznych ogni, a potem nagle jakby wyciszenie, może po tej „korporacyjnej apokalipsie”, jakby smutek nas, czytelników ogarnia i zaduma nad losem naszym, jakby losem również tej starej kobiety czekającej w porcie, którą rozchichotany tłum uznał za niespełna rozumu.
     „Kot Wittgensteina” to tom, który łagodnie i czarodziejsko dopomina się o obecność magii w naszej codzienności. Przecież od czarowania są pisarze i poeci, a nie demony korporacyjne.
Dzięki tej magii poezji i nasza mowa, ta zwykła, codzienna, jakby inaczej zaczęła brzmieć.
I  może takim apelem, najgłębszym jest ten tom: żeby pozwolić poezji w sobie mówić, nie wstydzić się ani nie zagłuszać jej głosu, bo każdy, kto się na tym świecie urodził, jej głos ma prawo usłyszeć i być w ten głos wsłuchany i wpatrzony  w sceny, które przedstawia, jak w magicznym, czarodziejskim kalejdoskopie.
 



Pin It