Andrzej Walter

 

Poezja jest tylko snem

„Dwoje na wzgórzu” Tomasza Marka Sobieraja

 

Dwoje na wzgorzuMamy kolejny niesamowity tom poezji. Jeszcze „ciepły”. Jakże edytorsko apetyczny. Jeden z piękniejszych, jakie dane mi było poznać. Do czytania wielokrotnego, do rozsmakowywania się, do delektowania, aż wreszcie do permanentnego odkrywania tych gorących uczuć, głębokich sensów i ukrytych znaczeń. Trzymam w dłoniach arcydziełko Tomasza Marka Sobieraja zatytułowane „Dwoje na wzgórzu”. To właśnie jest ten wymiar poezji, o którym Adam Zagajewski jakże słusznie powiedział:

 

 

Tylko w cudzym pięknie

jest pocieszenie, w cudzej

muzyce i w obcych wierszach.

Tylko u innych jest zbawienie,

choćby samotność smakowała

jak opium.

 

Postawmy tu wyraźnie akcent na słowie „zbawienie” oraz na znany wszem i wobec, jakże dojmujący smak i aspekt samotności. Kiedy rodzimy się, jeszcze nie mamy tego poczucia, tego, powiedzmy Heideggerowskiego wymiaru naszego „bycia ku śmierci”. Jednak z czasem, z doznaniem pierwszej straty, z odczuciem pierwszej klęski, z dokładniejszym poznaniem siebie i świata zaczynamy coraz lepiej pojmować słowa Williama Shakespeare’a, który tak oto napomknął w „Królu Learze”:

 

Gdy się rodzimy, płaczemy, że trzeba

wejść na ogromną scenę i wziąć udział 

w tej błazeńskiej farsie.

 

Tomasz Marek Sobieraj, jako kolejny poeta tego padołu, nie zgadza się na śmierć. Tak. Tak sobie uważam. Ona krąży wokół Niego, dotyka Go, szturcha i zaczepia, a On się na nią po prostu nie zgadza. Choć przecież wszyscy jak jeden mąż jesteśmy tutaj jej sługami, ofiarami i nosicielami. Skażeni – było nie było – wirusem fryburskiego filozofa, naznaczeni znamionami przemijania oraz zniewoleni w kleszczach pojęcia (jednak jakże względnego) tego absurdalnego przecież, paskudnego wymiaru czasu, dryfujemy nieuchronnie ku... no właśnie. Dokąd zmierzamy? Czy jesteśmy owym chłopcem we mgle z otwierającego tom niesamowitego wiersza – porywającego obrazu malarza impresjonisty, który zamienił swój artystyczny pędzel w wirtuozerię słów, aby w finale dobić nas refleksją o naszym nieuchronnym... roznoszeniu śmierci? I czy choćby zdajemy sobie z tego sprawę? Czy rozumiemy, co się do nas mówi? Czy dopiero plastyczność obozu koncentracyjnego z klocków Lego w wykonaniu Zbyszka Libery może nami wstrząsnąć?

   Poeta nie pyta i nie odpowiada. On prowadzi nas na inne łąki, niebiańskie, na ukojenie poezją, prowadzi do snu, do spełnienia, do jedynej szansy na ratunek, poza byt, poza świadomość i codzienność, poza nawias. Daje, a może piękniej powiedzieć – ofiaruje nam tymi wierszami potężny oręż, jakby tarczę z poezji, fantastycznie pokazaną choćby w wierszu „Fotografia”:

 

Jest wiele rzeczy niewidocznych

na fotografii,

zrobionej niedawno tym starym aparatem

znalezionym na strychu.

Chociażby zapach ciała i smak ust,

szelest włosów na poduszce,

słońca żar za oknem, parskanie koni,

trzask migawki

czy kolor ścian tak niezdecydowany,

jaki tylko mogą mieć domy na wsi

pod Orvieto.

Aromat herbaty, dźwięk odstawianej filiżanki.

„Sen Antiope” Corregia nad łóżkiem,

obok „Zmartwychwstanie” Belliniego

oczywiście kopie, niezbyt udane,

miejscowego mistrza).

Kropla wina na prześcieradle. Napięcie i ekstaza.

Nasze oddechy, myśli, wilgoć skóry.

Nawet senny śpiew ptaków,

i dzwony kościoła w pobliskim Prato.

 

Tylko my wiemy, co naprawdę

jest na tej fotografii,

i poza jej krawędzią.

 

Oto poezja Tomka Sobieraja opowiada nam fragmenty tego, co się wydarza „poza krawędzią”... Poza krawędzią każdego życia, każdego obrazu i każdego umierania. Dzieli się z nami gąszczem uczuć, dzieli się tym, czym chce się podzielić, znając i czując, jaką odpowiedzialność ponosi poeta wobec świata i ludzi, a ile z tego może zostawić... tylko dla siebie. Zapewniam Was, Drodzy Czytelnicy, Poeta zostawił w tym tomie bardzo wiele „tylko dla siebie”. Tom ten jest wystarczająco ogromny, żeby uchylić nam rąbka tajemnicy, żeby nami wstrząsnąć, żeby nas oszołomić, pobudzić do myślenia, napocząć, a całą resztę... ech, wróćmy do Mistrza Williama:

 

Reszta jest (przecież) milczeniem.

 

Ten tom obfituje jednakże w wiersze dobre albo znakomite. Piękne są: „Chłopiec we mgle”, „Fotografia”, „Chwila pełnej jasności”, „Dwoje na wzgórzu”. Dojmujące, zajmujące i przejmujące to „Park Źródliska”, „Tumor Jelitowicz” (to wiersz – nie wiersz, zrozumiany jedynie podskórnie i w kontekście, taki poetyczny eksperyment, choć mocny w efekcie – poczytajcie sobie posłowie, świetne posłowie Jacka Świerka) czy choćby „Stare kobiety nie powinny opłakiwać swoich synów” (wiersz w zasadzie genialny).

   Wybaczcie kochani mój szczery i być może nadpobudliwy entuzjazm, ale mam ostatnimi czasy ogromny przegląd wydawanej w Polsce poezji – zarówno debiutanckiej, jak i tej już dojrzalszej (aspirującej kontynuacją pasowania na poetę) czy wreszcie sam się zaopatruję bądź też otrzymuję obficie tomy od znanych i uznanych już poetów. Szczerze powiem – zbiór Tomka Marka Sobieraja wyrasta swym wymiarem i znaczeniem grubo ponad tę obfitą przeciętność. Porównałbym go do „Asymetrii” Adama Zagajewskiego czy „Nożyka profesora” Tadeusza Różewicza. Choć w poezji jakiekolwiek porównania, tak, wiem, to orgia i profanum. Czynność grzeszna i absurdalna. I owszem. Ja podkreślam jedynie znaczenie i wagę tego tomu. „Dwoje na wzgórzu” Sobieraja stanowi zbiór wierszy, który zostanie już z Wami na zawsze. Obiecuję. Wstawicie go na półkę nienaruszalną, tę z Wojaczkiem, Stachurą czy Norwidem... albo sami sobie wstawcie Waszych bezcennych poetów, na tę półkę, z której tomów poezji już nigdy nie ubywa, tylko ona pęcznieje i krzepnie jak lawa, jako podstawa naszego bytu, naszego jestestwa i uzasadnienia naszej tu obecności. Czymże jest bowiem człowiek bez poezji? Jest człowiekiem pozbawionym świadomości... i serca.

   W kończącym tom wierszu „Dwoje na wzgórzu” (wiersz jednocześnie tytułowy) Emilia Patzer przeżyła po śmierci Gottlieba jeszcze tylko cztery miesiące. Można by powiedzieć, a w zasadzie śmiało zasugerować, pomyśleć i wyobrazić sobie, że umarła z miłości, tęsknoty i przyjaźni. Widziałem już takich historii w naszym realnym i prawdziwym życiu bardzo wiele. Mój Stryj tak zmarł, miesiąc po śmierci Cioci... Ktoś odchodził, a ktoś drugi chciał jakże szybko odejść „do niego”... Taki mamy w sobie zew natury i taką skłonność. Nie ma w tym życiu życia bez drugiego człowieka, a nasze wybory są często na wieczność. I chyba tak wyobrażamy sobie wieczność... ukrytą za wieczną miłością. Warto zatem jej szukać. Przez całe życie i w najprzeróżniejszych wymiarach.

   W wierszu tym widzę, pomimo przejmującego epilogu w postaci drugiej jego części ostatecznie kończącej tom – otóż widzę w nim pokłady ogromnej nadziei oraz tej przywołanej wcześniej negacji śmierci. Co do zasady – ze śmiercią nie wygramy i musimy się z tym pogodzić, jest trochę czasu – mniej czy więcej, ale ten czas jest. Natomiast to, co jest poza krawędzią słów i fotografii, poza krawędzią nas samych, poza granicą snu – to wszystko stanowi sens, ideały, esencję życia. Żyjemy dla wspomnień. Dla bogactwa przeżyć – ukrytych w realności, w lekturach, w świecie naszych myśli i bogactwie ducha. Tam ukrywają się nieśmiertelność, wiara, nadzieja i miłość, wieczność, życie i śmierć oraz cała o nich prawda. Tego spróbował dotknąć Tomek Marek Sobieraj. Czy mu się to udało i jak mu się to udało, ocenicie już sami.

 

Czy o to w istocie panu chodziło, panie Kant?

 

Pyta ot tak sobie, powiedzielibyśmy, że wręcz bezczelnie, Tomasz Sobieraj w jednym z wierszy. Wolno mu. Nam też wolno spytać o kilka rzeczy panów Kanta, Heideggera, Tischnera, a nawet Marksa i Engelsa (o Leninie, wiecznie żywym nie wspomnę, pana Junkersa nie warto pytać, często bywa w stanie wskazującym...). Mną najbardziej wstrząsnął wiersz „Stare kobiety nie powinny opłakiwać swoich synów”, a porwała mnie wręcz „Fotografia” (jak napisał w posłowiu Jacek Świerk – zaparła dech w piersiach). Bo to jest właśnie tom, wobec którego nie przechodzi się obojętnie. O tym chciałbym Was przekonać.

   Chyba o to chodziło Kantowi i innym domokrążnym filozofom, których filozofia dziś pogrąża się w ruinie, jak całe dziedzictwo Zachodu. Wstrząsnąć z posad bryłę świata, wzlatywać nad poziomy, sięgać, gdzie wzrok nie sięga. Dla poszukiwań, dla fermentu, dla odkrycia, dla życia... a może nawet i z nudów? Z ambicji i z egoizmu. Te wymiary też tam są obecne. To ludzka legenda i silna potrzeba mitu stwarza całą tę aurę „poświęcenia dla ludzkości”. Tak. To zapewne też tam jest. Pytanie tylko o proporcje. Nasz postmodernistyczny naturalizm pyta już bowiem o wszystko. Obaliliśmy w dociekliwości wszelkie tabu. I czytajmy dalej ten niesamowity wiersz – „Dwoje na wzgórzu II”, o ludziach, którzy żyli w prostocie, nie stworzyli wiekopomnych dzieł, koncertów, powieści ani fresków, pomarli, jak i my wszyscy pomrzemy. Świat, świat intelektu i idei, dochodzi dziś (także i w tym przypadku) do wniosku, że ratunkiem dla niego, chyba jedynym ratunkiem dla powszechności ignorancji, barbarzyństwa, destrukcji i głupoty będzie duchowa emigracja, stworzenie form prostych, wręcz najprostszych, powrót do źródeł i to tak, że wszelkie ocalenie odbywać się będzie we wspólnotach zbliżonych do pierwotnych. Oto szansa na wskrzeszenie solidarności – słowa zapomnianego. To nawet wieści papież po abdykacji, Jego Eminencja Joseph Ratzinger, który dostrzegał ten problem już w roku 1969, w roku, w którym przyszedłem, o ironio, na ten świat. W roku, w którym rozpocząłem swoje własne „być ku śmierci”... Czy o to panu chodziło? Panie Heidegger? – Nie sądzę. I dlatego sięgamy wciąż po pióro. Piszemy wiersze. Niektóre stają się poezją. Poszukujemy, kopiemy się z tym życiem i ze słowami... jak w wierszu „Chwila pełnej jasności”:

 

(...)

a poezja

to tylko sen

śniony w obecności rozumu – tak zresztą,

jak chciał tego Twój inny sługa

Tommaso Ceva.

(...)

Więc próbuję dotknąć niewidzialnego,

ale boję się, bardzo się boję.

 

Doskonale wiemy, czego boi się autor, a nawet podzielamy ów lęk, strach czy nawet i przerażenie (w wielu przypadkach). Kiedy wydarza się nieodwracalne, kiedy się zbliża, nadciąga, nadchodzi – mamy jeszcze poezję, ale to sen, to tylko sen, śniony w obecności rozumu i drugiego człowieka. Tylko bliźni uzasadniają tu naszą obecność. Chyba warto nigdy o tym nie zapomnieć. Śpieszmy się kochać...

 

Resztę pozostawmy… milczeniu albo poezji...

 

All that we see or seen

Is but a dream within a dream

 

czy wszystko, co widzimy, czy nam się wydaje,

jest tylko snem we śnie...

 

Egdar Allan Poe

 

 

Tomasz Marek Sobieraj „Dwoje na wzgórzu”. Wydawnictwo Editions Sur Ner, Łódź; seria „Biblioteka Krytyki Literackiej”, 2018, stron 50. ISBN 978-83-928664-6-6.

 

Pin It