Arkadiusz Kiński

 

 

„Powróciłem”

 

powrocilemDawno, dość dawno, albo i nawet bardzo dawno, nie miałem w rękach tak dobrego tomiku jaki właśnie zagościł w moich skromnych progach. Jerzy Stasiewicz, poeta, prozaik, dramaturg, powrócił. Tak, powrócił i to bardzo dosłownie, bo Jego najnowszy tomik nosi właśnie taką nazwę: „Powróciłem”. A jeśli powrócił Jerzy, to z przyjemnością i ja wróciłem do Niego.

Po poprzedniej pozycji, która zrobiła na mnie ogromne wrażenie, poezji i dramacie, książce o jakże filozoficznym tytule, „Po co komu krzyż”, (Warszawa 2015) i takiej samej filozoficznej zawartości treści, tym razem nie mogło być inaczej. Stasiewicz ma swój poziom, poniżej którego nie schodzi. I bardzo dobrze. Wiadomo w ciemno, że sięgając po tomik Jerzego nie będzie się zawiedzionym czytelnikiem. Co najwyżej można zatopić się w magii słowa, w transcendentalizmie, czy też niezwykle poważnych dyskusjach o życiu. „Dom – krwisty pot/ dłonie szorstkie odparzone/ ciepło, chleb i sól”.

 

Już w pierwszym zdaniu, we wstępie, który napisał Eligiusz Dymowski, możemy poczuć i przypuszczać, zresztą słusznie, że czeka nas głębia przeżyć duchowo-intelektualnych. Bo jeśli czytamy, „przestrzeń poety jest nieograniczona”, to co możemy pomyśleć? Nad czym możemy się zastanawiać? Przestrzeń poety może zaprowadzić nas w najmniej oczekiwane miejsca. Przestrzeń poety może stać się wirtuozerią poukładanych słów. „Boże/ szukam słów do wiersza” pisze Stasiewicz, „kontury w pniu/ rażą twórcę” można by dokończyć innym wierszem.

Jerzy podzielił tomik na cztery części. Moim zdaniem nie przypadkowo, nazywając je: „Wieczny koczownik”, „Zrozumieć”, „Jestem tu” i „Powróciłem”. Wszystkie z tych części żyją własnym życiem. Nie chcę interpretować całości po kolei, bo każdy z nas ma prawo do własnych odczuć, każdy z nas ma prawo integrować się w sobie tylko znany sposób z Poetą. Każdy z nas w końcu ma możliwość aby odbierać słowo swoim algorytmem. Lepszym, gorszym, ale indywidualnym. Każdy z nas może być swoistym „Duchem Wiatru”. I jak to pięknie poprosił Stasiewicz w autorskich, krótkich, refleksyjnych rozmyślaniach, może przesłaniach, „Duchu siądź z wędrowcem przy ogniu”. Duch siądzie. Duch siada po każdym przeczytaniu kolejnych wersów, strof, wierszy.

„Oddech/ światło/ krok” – ileż tu można wywnioskować, zrozumieć, ileż tu można zaczerpnąć energii? „Ciemność…” – to ona niejednokrotnie wtapia w nas wrażliwość, ból istnienia. Sprawia, że człowiek szuka dnia który minął, a może stara się pojednać z minioną dobą? Każdy z nas przecież ma świadomość, że czas płynie, że czas nieodwracanie mija, każdy z nas, a Poeta w swojej przestrzeni dosadnie ukazuje naszą małość, jednocześnie wartość. Stasiewicz jest bardzo dosadny, a mimo tego delikatny, Stasiewicz jest niezwykle dokładny, jakby rzeźbił w drewnie, a z drugiej zaś strony, jest Geppetem słowa. „Wyschnięte ciało pada na piach/… / sępy ucztują / żebra szkieletu jednają się z ziemią”. Gargantuiczny? Nie, prawdziwy, racjonalny, może dosłowny, ale autentyczny. Trzeba mieć wiele odwagi by pokazać dosłowność człowieka. Trzeba być niezwykle doświadczonym w swojej życiowej wędrówce, aby móc powiedzieć prawdę. Niewielu to potrafi, niewielu to czyni, niewielu może pozwolić sobie na otwartość, jednocześnie nie bojąc się otaczającego pustką świata. Stasiewicz robi to po mistrzowsku. Z rozmysłem. Subtelnością. Delikatnością i prawdą natury. Bo jak mówi w wierszu: „Jestem tu. Powróciłem…”, „Martwa cisza kłuje uszy”.

Reasumując. Właściwie powinienem ponownie wrócić do początku tomiku, do filozoficznych przemyśleń, powinienem bez skrupułów zacytować Mistrza Jerzego. Biję się z myślami, czy to uczynić, czy nie? Biję się z myślami i układam sobie w głowie Stasiewicza żyjącego podobnie jak Stachura. A moim zdaniem, ma ku temu predyspozycje. Nikt przecież przypadkiem nie pisze:

„Wędruję od wczesnej młodości. Mrozy i upał dniem powszednim. Sypiam pod gwiazdami okryty jeno derką jak partyzant. Poduszką snop słomy, zagarnięte liście, czasem głaz.

Bywa, że przygarnie mnie pod dach świętobliwy gospodarz. Poczęstuje gorącą strawą. Wysłucha wędrownych opowieści.

Szczęśliwy mój los.

Inny poszczuje psami. Wyzwie od włóczęgów.”

Czy powinienem coś jeszcze dopowiedzieć? Byłoby to już nietaktem. Jedyne co mogę, to podziękować Jerzemu za dotychczasowe dokonania, prosić o więcej, czekać z niecierpliwością i być pewnym, że poniżej pewnego poziomu prawdziwy poeta nie zniża się. A jeśli tak jest, to kolejny tomik, będzie tym, który też chcę mieć w swojej biblioteczce.

 

Arkadiusz Kiński

 

 

Autor: Jerzy Stasiewicz

Wydawnictwo: Towarzystwo Słowaków w Polsce

                              Oficyna Konfraterni Poetów – 1986

Miejsce wydania: Kraków

Rok wydania: 2018

Liczba stron: 104

ISBN: 978-83-8111-051-8

           978-83-63653-77-4

 

Pin It