Andrzej Walter

 

Z kroplami krwi i namiętności

 

na linii oddechu   Drogi współczesny. Drogi dzisiejszy. Drogi i doskonały, w pełni samoświadomy, człowieku nowego XXI wieku, człowieku ładu, demokracji i dobrobytu, człowieku nauki i osiągnięć techniki – dobrze Ci? Jak bardzo Ci dobrze? - znów powtórzę to przewrotne pytanie, … a dlaczego pytam? …

 

   Oj kochany, idealnie osadzony w swej realności, higienicznie w pełni zadbany, człowieku szczęścia i pokoju – pytam tak, gdyż za rogiem, tuż - tuż, blisko nas, nie tak znów daleko, a w zasadzie coraz bliżej, toczy się prawdziwa wojna. Wojna – taka ze strzelaniem, taka dotykalna wojna, nie taka na niby, nie hybrydowa, nowoczesna, niedotycząca nas, ciebie i mnie, ani historii. Toczy się wojna realna. Wojna z prawdziwymi czołgami, strzałami, trupami i ofiarami. Wojna, niby jak inne wojny. Te minione, te przeszłe. Czy ty jednak rozumiesz jeszcze słowo … wojna? I czy jeszcze boisz się wojny?...

 

 

   Nie rozumiesz? A może jednak rozumiesz, tylko to „rozumienie” jest jakoś głęboko ukryte, zdeformowane czy też … nazwijmy to zdefraudowane…? Jakby przyszłości nie było, jakby … historia się już definitywnie skończyła.

 

   Zachęcam Cię, (w każdym z w/w przypadków) mój Drogi Czytelniku do wczytania się w poezję świetnej młodej ukraińskiej poetki  Switłany Bresławskiej. Sięgnij po te dramatyczne wiersze, które, być może … zaburzą ten Twój higieniczny i poukładany świat, które być może wstrząsną Tobą i przypomną, otrzeźwią i wzniecą Twoje zarówno lęki, jak i obawy. Bo wojny trzeba się chyba jednak bać, do wojny trzeba się sposobić, szykować, aby przynajmniej mieć szansę… utrzymania pokoju.

 

   Chcesz pokoju? Szykuj się do wojny.

Si vis pacem, para bellum …

 

   Wojna w metaforze i poezji Switłany Bresławskiej to bardzo intensywnie zmutowany lęk. To realne obawy, to dotykalny niepokój, to słowa jakże głęboko bolesne i drażniące. To wymiar transcendentny i niesłychanie gorzki. Prawdziwy jak dzień i noc. To wojna, której jeszcze nie ma, ale która bezdusznie, cicho i miarowo skrada się, nadchodzi, zbliża się i grozi, przypływa i wzbudza ten właśnie opisywany i roztaczany poezją – niepokój i strach.

 

   Właściwie ten tekst powinien nosić tytuł – wojna i miłość, ponieważ te właśnie dwa, monumentalne i na wskroś ludzkie żywioły są istotą poezji Switłany, lecz fragment wiersza (jak ich ogromna większość w tym tomie) bez tytułu … mówi wiele o styku tych przewodnich tematów. Wojna i miłość… żmijowy czas… jak nazywa to sama Autorka.

 

nas dawno nie kochali

bezsilnych

i bezinteresownych

szeptają ustami

z kroplami krwi

i namiętności

nasze okna na wschód

przepowiadają

bezlitosną prawdę –

przy zimnych łóżkach

geometryczny dystans

 

   Ten fragment to jedynie przedsmak naprawdę bardzo wciągającej poezji Switłany Bresławskiej. Kiedy czytałem po raz kolejny te wiersze, kiedy już je smakowałem, że się tak wyrażę, przed oczami stanęły mi strofy kreślone przez Krzysztofa Kamila Baczyńskiego. To taki inny, bardziej miniony smak, mojego, jednego z pierwszych i pierwotnych, zachwytów: poezją, metaforą, bólem i pięknem słowa skondensowanego do siły zdolnej poruszyć serca: do biegu, do życia i do działania. A w zasadzie do sensownego życia … i do przeżycia tegoż życia.

 

   Baczyński – zbyt młody na poezję, nazbyt zakochany, zbyt szalony, żeby traktować go dziś dosłownie, a jednak w jego poezji, w tych przecudnych metaforach odbijały się przygniatające i stutonowe elementy realności, której poeta wówczas doświadczał – czerni, przerażenia, śmierci i strzałów, wybuchów, gorączki … wojny. Dodajmy: wojny i miłości. Tej dojmującej rzeczywistości, w której przyszło mu żyć, kochać i umierać. W przypadku Baczyńskiego wszystko było obok, dotykalne i na wyciągnięcie ręki, a on sam w oku cyklonu i bitwy o wolność.

 

   W przypadku Switłany świat przedstawiony jest bardziej niejednoznaczny. Wojna jest, a jakoby jej jeszcze nie ma i być może w ogóle nie będzie, a jednak jakże są silne jej echa, odbicia, dotyki i szepty, a nawet krzyki. Jak doskwiera ta wizja, wizja granicząca z realnością, chłopcy, którzy faktycznie giną … kilkaset kilometrów stąd… Możemy powiedzieć: Switłana przeżywa jedynie mały procencik tego, co dane było przeżyć Baczyńskiemu. To fakt. Tyle, że dziś jest jakby trochę inaczej, tak, jak wspomniałem już na wstępie. Wydawało nam się, że wojny, żadnej wojny, już nie będzie, że nikomu się to nie opłaca, że nasz świat przekroczył rubikon zdrowego rozsądku ponad te destrukcyjne i wulgarne namiętności watażków. I wreszcie, że świat, zwłaszcza ten demokratycznie ucywilizowany po … europejsku uwierzył, że już nie ma takiej opcji w swoich dziejach…

 

   I tutaj upatruję różnic – w wydźwięku tej poezji, w jej języku, znaczeniu, przekazie i że się tak wyrażę – w ciężarze gatunkowym. Jest krócej, prościej, lapidarniej, ale jest tak samo pięknie (jak u Baczyńskiego). Język współczesny dostraja się bowiem do konkretnego otoczenia, gdyż byt poezji nie dzieje się w próżni, poezja bowiem zawsze jest echem realnego świata, jest jego oddechem i jakby funkcją zawieszoną w naszej oczekiwanej i poszukiwanej Arkadii, w naszym łaknieniu nierealności, a w konsekwencji słowa współczesnej poezji muszą się różnić diametralnie od tej pisanej blisko sto lat temu… To dla mnie wręcz oczywiste. Sądzę też, że powinna tutaj, pod koniec tych rozważań, paść jeszcze jedna, istotna uwaga dotycząca interferencji światów – świata doświadczanego w codziennym życiu, przez nas, twórców doby początku XXI wieku oraz świata naszej poezji. Ta uwaga jest bardzo ważna. Ten świat, świat współczesny jest już tak dalece chaotyczny, zatłoczony i skomplikowany, w stopniu nieznanym z dziejów oraz z przeszłości, że reakcją artystyczną musi być w pewnym stopniu kontrast językowy polegający na skrócie, lapidarności i uproszczeniu języka wobec tego natłoku informacji zewnętrznych. Dzisiejsza intymność musi jakby wypowidać się szeptem. To właśnie odnajdziemy zarówno u Switłany, jak i u wielu współczesnych poetów zarówno polskich jaki i zagranicznych.

 

   Zaprezentuję Wam poniżej znaczący fragment owego szeptu…

 

Schowaj się w moim

świecie

niezwykle cichym

bez ptaków kwiatów

tylko trawa zielona

aż do czerni

 

pościelę ci pod głowę

pierwszy śnieg

i rozłożone dłonie

żeby nie było ci

zimno

od dzisiaj

będziesz mój

będziesz tam gdzie serce –

we mnie

od jutra

może na wieki

staniesz się w moich rękach

nie mężczyzną

a chłopczykiem…

a ja

w twoich rękach

będę pierwszym śniegiem

 

    Ten wiersz, to dobry przykład tego, o czym snułem wcześniejsze rozważania. Wojna i miłość. Z kroplami krwi i namiętności. Z dystansem, spokojem, aczkolwiek też z lękiem, obawą, drżeniem rąk i drżeniem serc i z dużą dawką dobrej współczesnej poezji… Poezji tęsknoty za normalnością.

 

   Pochwały za finalny efekt tego tomu należą się dobremu, znanemu polskiemu poecie, który podjął się ciężkiego wyzwania translatorskiego oraz wydawniczego, a mianowicie Kazimierzowi Burnatowi. Jego to bowiem nieustająca: wytrwałość, konsekwencja, pasja i determinacja sprawiły, że możemy cieszyć się poezją Switłany Bresławskiej. Kazimierz Burnat może nie zna w sposób biegły w mowie i w piśmie języka ukraińskiego, wystarczyło jednak, że Switłana Bresławska zna dobrze język polski, w stopniu wystarczającym do tłumaczenia i zapoznawania z polską twórczością czytelnika ukraińskiego. Jednak, aby wydać dobry tom na naszym rynku, znajomość jeżyka polskiego Switłanie nie wystarczyła, bo nie mogła (przecież Jej naturalnym językiem jest ukraiński, polski jest drugi, wyuczony). Stąd pomoc, porady, praca i niezbędne korekty w sensie doboru słów, związków frazeologicznych, sensu metafor i ich przełożenia wykonane przez Kazimierza Burnata są, były i będą tu nieocenione. Przekład, redakcja, dobór utworów. Brawo, Drogi Kazimierzu. Wykonałeś świetną i bardzo nam potrzebną robotę, a jej wymiar, to nie tylko przełożony i wydany tom kolejnej zagranicznej poetki. Otóż wymiarem tym możemy nazwać budowanie mostów i łączności pomiędzy kulturą polską, a kulturą ukraińską, ta gigantyczna już praca nad polsko-ukraińskimi: pojednaniem, zrozumieniem, interferowaniem uczuć, przeżyć i konstruowaniem pozytywnej przyszłości. To działania daleko wykraczające poza kulturę, poezję i całą płaszczyznę li tylko artystyczną. To działania dotykające polskiej racji stanu, działania wręcz patriotyczne i ważne z punktu widzenia naszej egzystencji oraz losów przyszłych pokoleń. Gratuluję determinacji w tym zakresie.

 

   Wrócę na koniec do poezji Switłany. Jej teksty oprócz wojny i miłości, emanują uniwersalizmem, wieloma innymi intelektualnymi kontekstami i podtekstami. Właściwie ujął to coraz bardziej znany, już nie tylko w całej Ukrainie – profesor, literaturoznawca i znakomity badacz słowa - Ewgen Baran, który tak scharakteryzował poezją naszej Autorki:

 

„…Trzy elementy

– otwartość, światopoglądowo-etyczna konkretność i językowa wyborność, składają się na poetycki obraz, którego jeśli nawet nie czytasz, to podziwiasz, wchłaniasz w siebie, zdając sobie nagle sprawę, że ten inny, niepojęty świat staje się twoim. I oto przekraczasz nieuchwytną granicę, nazywaną poezją”

 

fragment recenzji Ewgena Barana

 

 

  Kończąc te wywody postaram się być konkretny i lapidarny. To świetny tom poezji, po który zaprawdę, warto sięgnąć. Wiele jest tego powodów. Polskie echa charakteryzujące Autorkę, współczesność poruszanych w tej poezji problemów i tematów, wysoki poziom wierszy, ich moc sprawcza i poruszająca każdego (bez względu na narodowość) czytelnika, czy choćby nośna i nowoczesna metaforyka, treściwo ważna i przejmująca.

 

   Lektura tego tomu, bardzo zachęcająco zatytułowanego „Na linii oddechu” to nie będzie więc z pewnością czas zmarnowany. Warto zanurzyć się w świecie poezji Switłany Beresławskiej.

 

   Cóż bardziej nie rozpala czytelniczych serc niźli wojna i miłość…

z kroplami krwi i namiętności…

 

Andrzej Walter

 

 

 

Switłana Bresławska „Na linii oddechu”.

Wydawnictwo Eurosystem. Wrocław 2018.

Stron 120, ISBN 978-83-949540-2-4,

przekład, redakcja, wybór i opracowanie

– Kazimierz Burnat

Pin It