Wacław Holewiński

 

Mebluję głowę książkami

 

mebluje-glowe

 

 

 

Fantazja, która nigdy nie powinna ukazać się w Polsce…

tatuazysta z auschwitzNie lubię, bardzo nie lubię pisać źle o książkach. Tym razem muszę. Także dlatego, że w gazecie.pl Weekend, w Onecie, w innych mediach pisano o tej książce, przeprowadzono wywiady z autorką i nikt, dosłownie nikt nie napisał, że ta książka – łzawa historia – to policzek dla jakiegokolwiek rozsądku, jakiejkolwiek wiedzy o Auschwitz, o panujących tam relacjach międzyludzkich, o tym, co było możliwe, a co jest tylko fantazją. I to fantazją kretyńską, tak, tak, kretyńską! Długo zastanawiałem się jak jakikolwiek polski wydawca mógł się zdecydować na wydanie tej książki właśnie tu, w miejscu, w którym miliony ludzi straciły życie w obozach koncentracyjnych. Aż doszła do mnie wiadomość (na razie nie potrafię jej zweryfikować), że wydawnictwo… choć formalnie polskie, to jednak już nie polskie, bo kupili je Szwedzi.

 

Po kolei. Bohaterem książki jest Lale Sokołow, słowacki Żyd, który dobrowolnie zgłasza się do władz niemieckich i zostaje wysłany do Auschwitz. Trochę przypadkiem, najpierw zostaje pomocnikiem oświęcimskiego tatuażysty, a potem przejmuje jego rolę. I… i ma się całkiem dobrze. Porusza się po całym obozie, zakochuje, nawiązuje kontakty z polskimi wolnościowymi robotnikami budującymi kolejne obiekty obozowe. No i wszystko byłoby dobrze, powieść (początkowo scenariusz filmowy) Nowozelandki Heather Morris jakoś tam opisuje rzeczywistość Oświęcimia. Trupy, głód, znęcanie się SS-manów, w przelocie, a jakże, pojawia się doktor Mengele. Ale nasz Lale – autorka przez parę lat wysłuchiwała jego historii – nie tylko postanawia przeżyć piekło… Piekło?

Do rzeczy. Polscy robotnicy najpierw bezinteresownie, a potem za klejnoty bez problemu wynoszone przez ukochaną Sokołowa i jej dwie przyjaciółki z sortowni rzeczy przywożonych w kolejnych transportach, dostarczają tatuażyście góry mięsa, jedzenia. Żywi więc i dziewczyny i kilku innych więźniów. Możliwe? Wydaje się mało prawdopodobne, ale… Macham ręką. Dalej jednak już nie mogę. Gite, późniejsza żona Lalego, zapada na tyfus.

„– W takim razie ona potrzebuje lekarstwa. Penicyliny” – oświadcza tatuażysta.

„– A skąd my weźmiemy leki, Lale? Jeśli pójdę do szpitala i poproszę o penicylinę, po prostu ją zabiorą” – odpowiada Dana, przyjaciółka Gite.

Nic Państwa nie zastanawia? Penicylina! Rok 1943! Szpital w Auschwitz! Penicylinę po raz pierwszy podano człowiekowi w lutym roku 1942! Niemcy nie produkowali penicyliny (Japończycy zaczęli próby w roku 1944). No ale Lale idzie do polskich robotników, prosi o penicylinę i – przecież to oczywiste, wiedzieli co to za lek – poszli do apteki i ją kupili. Życie Gite było uratowane.

Drobiazg. Idźmy dalej. Lale ma „swojego” SS-mana, który na swój sposób się z nim brata. I, oczywiście, Niemiec wie, że tatuażysta ma kontakty ze światem zewnętrznym. Zamawia u niego dla swojej dziewczyny… nylony. Cóż to dla polskich robotników? Dla przypomnienia: 15 maja 1940 na amerykańskim rynku pojawiły się pierwsze na świecie pończochy nylonowe Fully Fashioned marki Du Pont i natychmiast stały się towarem pożądanym i luksusowym. Trzy lata później w Oświęcimiu, pstryknięcie palców.

Rozbawiony SS-mam mówi do Lalego: „Za długo siedziałeś na mrozie Tätowierer. Idź się ogrzać i nie świruj”. Ot, tak sobie pogadali slangiem młodzieżowym…

Czekolada… No proszę, tabliczka czekolady? O każdej porze dnia i nocy… Każdy polski robotnik, prócz kanapek, brał ją przecież na budowę. „Jurek wyjmuje tabliczkę z torby i podaje Lalemu, puszczając do niego oko”.

Dziewczyna Lalego idzie w marszu śmierci. Z czterema Polkami postanawiają uciec. Biegną, biegną, wpadają do jakiejś wiejskiej chaty. Pierwsze, co się rzuca w oczy, to kominek, w którym wesoło płonie ogień. Szkoda, że Heather Morris nie napisała, czy ten kominek z szybą czy bez.

Wkracza dzielna Armia Czerwona. Przed domem, w którym mieszkają dziewczyny, staje wartownik. Ale któregoś dnia wpada do domu kilku pijanych Sowietów. Jeden z nich „Wymachując pistoletem […] chwyta jedną z dziewczyn i próbuje zerwać z niej ubranie, jednocześnie rozpinając własne spodnie”. Ale Armia Czerwona nie pozwala zrobić byłym więźniarkom krzywdy. Wpadają inni krasnoarmiejcy, strzelają w łeb złoczyńcy, a dziewczynom, w ramach… rekompensaty i przeprosin, dowódca organizuje kierowcę i samochód i odwozi je do Krakowa.

W tym samym czasie Lale wpada w szpony Armii Czerwonej i zostaje… jak by to określić? Alfonsem? Stręczycielem. W każdym razie przywozi z wioski kobiety, które za pieniądze umilają życie radzieckim oficerom. Sam się jednak zamyka w pokoju (kwaterują w jakimś zamku).

„– Dlaczego drzwi były zamknięte na klucz? – dopytuje się Fredrich.

– Nie mam ochoty, żeby do łóżka zaplątał mi się jeden z twoich kolegów, wiesz, tych co to się nie bardzo interesują dziewczynami, które im przyprowadzamy.

– Rozumiem. Przystojny z ciebie chłopak. Wiesz, że dobrze by ci to wynagrodzili, gdybyś tylko był zainteresowany”.

Wracający z Auschwitz Lale przekracza granice ze Słowacją. Do Lalego podchodzi urzędnik i prosi o dokumenty (maj 1945 roku!!! dokumenty na granicy!). Pokazuje mu swój numer obozowy 32407 i mówi, że jest Słowakiem. „Witamy w domu” – odpowiada urzędnik (WOP-ista? Celnik?).

I tak na okrągło. Auschwitz to nie jest temat, który u kogokolwiek wywołuje uśmiech. Ale czytając powieść Heather Morris co chwila wybuchałem śmiechem. Nie dało się inaczej.

Mocny mój kandydat do najgorszej książki roku!

 

Heather Morris – Tatuażysta z Auschwitz, przekład Kaja Gucio, Marginesy, Warszawa 2018, str. 334.

 

 

Pin It