Andrzej Walter

 

Opowiem Ci o wolności

 

Gdybyś ujrzeć chciał nadwiślański świt

Już dziś wyruszaj ze mną tam

Zobaczysz jak, przywita pięknie nas

Warszawski dzień (...)

 

Czesław Niemen,

fragment piosenki Sen o Warszawie

 

 

pogrom1905   Przedziwna to książka... Jest w niej dyskretnie snująca się opowieść o Warszawie. Jest w niej też mało znany zaułek naszej historii, jest (przepiękny przecież) sen o wolności oraz zwariowany galimatias bohaterów jakże dalece wyciętych z diametralnie innej epoki. Przenosimy się oto ponad sto lat wstecz aby znaleźć się w szaleństwie roku 1905, a w nim, w tymże przedziwnym czasie ... ależ tak – w rosyjskim (od kolejnych ponad stu lat wstecz) mieście, które przenigdy się rosyjskim miastem nie stało i jednakowoż przenigdy się nim nie stanie. Jeśli Wacław Holewiński chciał nam opowiedzieć o wolności, to mu się znowu udało. Autor ten staje się powoli czołowym polskim pisarzem. Zaczyna przepoczwarzać się w ... klasyka. Tego z najwyższej krajowej półki. Jego książki nie pozostawiają nigdy czytelnika obojętnym.

 

 

   „Pogrom 1905” – najnowsza powieść Wacława Holewińskiego (ponoć pierwsza część trylogii - zachęcające) przychodzi do nas w czasie szczególnym. Jest jakby prezentem godnym świętowania stulecia naszej niepodległości. Autor zabiera nas niejako do genezy roku 1918, stara się nas zainteresować „jak to się stało”, ... że nam się udało.

 

   Czy nam się jednak faktycznie tylko udało? Czy tylko siłą bezwładu małego kraju, feralnie położonego na zachód od wschodu i na wschód od zachodu skorzystaliśmy jako w czepku urodzone dziecię przypadku na loterii losu korzystając z efektów światowej zawieruchy? Otóż nie moi drodzy. I tego właśnie dowodzi też książka Holewińskiego.

 

   My mamy w sobie wszczepiony jakimś boskim kaprysem i zrządzeniem losu ten nieustraszony i bezcenny gen wolności. Mamy w sobie fantazję, skłonności do wszelakiej fanfaronady, mamy gorącą krew szaleństwa i brawury, mamy w sobie ten odwieczny bunt wobec światów i ten zew porywania się na najbardziej karkołomne wyzwania. No i mamy też w sobie rodowód kundla, wiele cech negatywnych, żeby nie było, mamy w sobie taką unikalną mieszankę północy z południem oraz wschodu z zachodem. Złoty Róg mamy, mieliśmy i możemy mieć... Tygiel duchem znaczony, i wieszczem, i poetą i marzycielem podszyty... Ten naród poetów, naród szaleńców ... naród, który wydaje z siebie nawet papieża – aktora, polonistę i poetę. Ten dziwaczny naród romantyków o duszy naiwnych dzieci ...

 

   Po drugiej stronie barykady stoją „bracia Moskale”, albo też ci wielkoruscy oprawcy, których przenigdy nie zrozumiemy w ich wiernopoddaństwie, jak również doskonale zdajemy sobie przecież sprawę, że i oni niewiele z nas pojmą i zrozumieją, o jaką to nam wolność chodzi i czym tak naprawdę ta wolność w istocie swej jest.

 

   Na zachód od wschodu, tak przy okazji (wchodząc w dygresję) tak trochę jeszcze bardziej, mamy z kolei naród mechaniczny, świetnie zorganizowany niemiecki walec, maszynkę do zarabiania pieniędzy, i na szczęście, albo i na nieszczęście (to już ukaże czas oraz żywiołowo tocząca się historia), rozmiękczony niejako obcą krwią naród zarobkowej emigracji i zwiotczałych zasad. Kraj – rzekłbym – upadłej idei, choć nasze relacje są zdecydowanie mniej ciekawe niż odkodowanie rubasznego powiedzonka – „kurica nie ptica, Polsza nie zagranica”...

 

   Jednakowoż powróćmy do „Pogromu 1905” Wacława Holewińskiego. To książka napisana porywająco. Językiem tak sprawnym warsztatowo, że wciąga już po lekturze kilku stron. Może właśnie dlatego Autor mógł sobie pozwolić na tak ogromną ilość postaci, indywiduów wszelakiej maści, na tyle różnych wątków, zawartych w przeplatających się szybko rozdziałach, na wielość obrazów, nastrojów i opowieści. Całość tworzy niesamowicie barwny obraz zadziwiającego miasta u progu nowego XX wieku, które nigdy się nikomu nie poddało, jak również znakomity obraz epoki, która znalazła swą kumulację w wydarzeniach bezprecedensowych w postaci krwawej rewolucji 1917 roku oraz tej Wielkiej Wojny z lat 1914-1918, która położyła się złowróżbnym cieniem na całym XX wieku przechodząc w Drugą Wojnę Światową niejako w ramach konsekwencji oraz wpływając na nasze życie praktycznie do czasów nam obecnych.

 

   Na tym tle pytanie skąd się wzięła nasza wolność wydaje się zasadne. Opowiem Ci, kochany Czytelniku, o tej wolności, bowiem wzięła się ona z dwóch czynników (oprócz wielkiej liczby pomniejszych). To zbieg dziejowych (przyznajmy, szczęśliwych) okoliczności i ten nasz bezcenny gen wolności. (Oj, nie wolno, nie wolno, Go pominąć)

 

   To, czym jesteśmy dziś, czym staliśmy się dziś ma swoje korzenie w tych dwóch realnościach, w tych dwóch faktach. Udało nam się i zarazem sami szczęściu pomogliśmy. Czego było więcej? To już nie ma znaczenia. Historie alternatywne się nie toczą. Mogą jedynie być przedmiotem gdybania fantastów historyków. Za oknem mamy jedną rzeczywistość. Choć dziś widzianą z dwóch przeciwległych punktów widzenia. Te punkty są jedynie doraźnością, chyba pewnego rodzaju charakterem narodowym, potrzebą toczenia sporu w wypełnianiu czasu. Tak już było nie raz. Właściwie jestem pewien naszej wyjątkowej zdolności nagłego cudu błyskawicznego i niezrozumiałego dla ludzi z zewnątrz wygaszenia tego konfliktu dosłownie zaraz w momencie prawdziwego zagrożenia istoty oraz bytu naszego ... bezcennego genu wolności. O tak. To ten gen nas ukształtował. Pracowało nad tym wielu. Rosja nigdy nie pojmie co takiego jest w nas, Polakach, że nigdy nie da się nas ujarzmić. O tym jest książka Wacława Holewińskiego. O tym, że można nas pobić, zająć, podbić, zawładnąć nami, ale nie można nas zniewolić ujarzmić i wejść w nasze dusze. Będziemy cierpliwie czekać, kiedy zadać cios. Spiskować, buntować się, szemrać i pielęgnować chwila po chwili nawet najdrobniejsze okruchy Polski.

 

   Tak, tak, drodzy czytelnicy, tak kochany Zachodzie i fascynujący Wschodzie – Polski nie da się wykreślić. Kiedyś była potęgą od morza do morza. I zawsze będzie ku temu aspirować. Dajcie nam tylko trochę czasu i spokoju. Efekty już widać, a to jedynie początek. Pewnego dnia znów zawrócimy bieg historii, a właściwie już zawsze, wbijcie sobie do głowy w tych Berlinach, Moskwach i Waszyngtonach czy Pekinach – nic o nas bez nas.

 

   Dobrze, że Wacław Holewiński chce tworzyć taką literaturę. Pisze z zaangażowaniem, ale jednocześnie z umiarem, z wytrawną subtelnością. Kreśli wyważone proporcje obrazów, wydarzeń, relacji głównych bohaterów. Czyta się to świetnie, w odróżnieniu od lektury obscenicznych, szokujących jedynie dla samego poczucia szoku kart powieści: czy to Sczepana Twardocha czy Jemu podobnych obficie lansowanych współczesnych autorów, którzy konstruktywnie niezbyt wiele mają do powiedzenia prócz obrzydzania Polakom Polski, aż do żenujących publikacji Pan Grossa i jemu z kolei podobnych. Ta cała grupka autorów chce taplać naszą literaturę w błocie, albo przynajmniej ją tam ugościć. Szkoda na nią czasu. Lepiej sięgnąć po Myśliwskiego, Holewińskiego, Koprowskiego. To jest literatura, która coś tworzy, chce nam coś powiedzieć, o coś zapytać, coś pokazać i wzniecić pytania, dyskusje czy społeczne zaangażowanie. (A nuż choćby i jedynie czytelnicze...)

 

   Takie mam refleksje po lekturze Holewińskiego. I jeszcze kilka innych. Holewiński w „Pogromie 1905” przekroczył pewien rubikon językowy. Wykonał gigantyczną pracę pewnego rodzaju zaproszenia nas do powrotu (jeśli można tak to ująć) do języka tamtej epoki, z właściwym, rzecz jasna, sobie dystansem, aby nie wpływać na płynność lektury, lecz trochę zbliżyć się do nastroju, atmosfery, życia ukrytego z słowie zapomnianym, w słowie, które przeminęło, a które odnajdziemy na stronach gazet z tamtych czasów czy na stronach zapomnianych ksiąg. To dość ciekawy zabieg stylistyczny, zmuszający nas czasem do wartego zachodu wysiłku odszukania tego czy owego wyrażenia czy określenia. Holewiński żywiołowo i umiejętnie rozprasza w tekście tę tkankę językową nie zaburzając swojego wciągającego narracyjnie stylu. Jak już wspomniałem. Czyta się tę książkę naprawdę jednym tchem. I dodam z pełną świadomością, ta książka wyróżnia się bogactwem treści, pytań, rozmyślań powodowanych lekturą w dobie wszędobylskiego, łatwego i lekkiego w odbiorze kryminału czy nawet wyszukanej sensacji, która zapanowała na półkach jeszcze istniejących księgarń i na całym rynku wydawniczym. Tutaj mamy książkę niejako podobnie napisaną – żywą, bogatą, pulsującą, wciągająca a jednocześnie książkę mądrą, wartościową w treści, przekazie i wydźwięku. To dziś rzadka umiejętność. Nie znudzić, a porwać. Nie tanim środkiem, a środkiem intelektualnym. I to się bezsprzecznie – znów – Holewińskiemu udało bez żadnych wątpliwości. Pozostaje nam czekać na ciąg dalszy. Nic innego nam nie pozostaje.

 

   Choć na koniec mam jeszcze jedną myśl. Wacław Holewiński jest Autorem bardzo świadomym. Kreśli wyraziste postaci, chciałoby się rzecz, postaci z krwi i kości. Opowiada nam o wolności, o duszy narodu, o meandrach dziejów, a jednocześnie ostrzega nas wyraźnie – wolość nie jest ideą, która raz zdobyta, odzyskana, jest już dana bezterminowo. To dar, na którym trzeba pochylać się każdego dnia. Pielęgnować go w sobie i podlewać. To można wyczytać między wierszami, to się czuje w postawie i życiorysie Autora, to kryje się w zasadzie we wszystkich Jego książkach, z których każda następna wydaje się być książką coraz lepszą. Zastanawiam się dziś jaką książkę sprezentuje nam ten Autor za lat dwadzieścia? To ciekawe pytanie. Pażywiom uwidim, jak mawiali „bracia Moskale”...

 

   Póki co, niech dla nowego Cara Rosji (ech, jaki on tam nowy...), ponoć wybieranego w wolnych, demokratycznych wyborach kością w gardle stoi ... nasz bezcenny gen wolności, którego jak sądzę Car ten nigdy nie pojmie i będzie zachodził w głowę o co tym Polakom chodzi. Niech mu on towarzyszy we wskrzeszaniu Imperium i tej dziwnej, bezpardonowej walce, którą toczy z całym „wolnym” światem oraz chyba z samym sobą...

 

   I był też kiedyś inny car. Car zamierzchły, nie wiedzący jeszcze co to KGB, car, który raczył nas bezczelnie uświadamiać – „żadnych marzeń panowie”. Ten car widocznie jeszcze nie zaznał naszych opowieści o wolności, nie wyobrażał sobie, nie był w stanie sobie tego wyobrazić, nie ogarniał tego, że prostym marzeniem można jednak unicestwić rzeczywistość... (Niech mu Ziemia lekką będzie...) I oto stało się. Rok 1918 zmiótł zastany świat, a rok 2018 znów opowiada nam o wolności...

 

   W tym świetle warto było ginąć, umierać i oddawać się – w lasach, w bezimiennych mogiłach, w kazamatach NKWD, pod Monte Cassino i w Powstaniu Warszawskim...

 

   Opowiem Ci o wolności. Tylko tyle i aż tyle... Drobiazg i potęga. Szept, krzyk i ... ocalenie.

 

Andrzej Walter

 

 

Wacław Holewiński „Pogrom 1905”. Wydawnictwo Zyski i S-ka. Warszawa 2018. Stron 320. ISBN 978-83-8116-303-3

Pin It