rekomendacje spp 02 2 18

 

 

Wacław Holewiński

Druga część wspaniałej trylogii

w stanicyJózef Łobodowski (1909-1988) jest dziś w Polsce pisarzem praktycznie zapomnianym. Zapomnianym z wielką szkodą dla polskiej literatury, dla polskich czytelników, nie zawahałbym się powiedzieć – z wielką szkodą dla polskiej kultury. Bo to pisarz wybitny! I, po wydaniu jego trójksięgu „Komysze”, „W stanicy”, „Droga powrotna” może się – po kilkudziesięciu latach – okazać, że to przede wszystkim wybitny prozaik.

 

W publikowanym dziś recenzji w moim cyklu „Mebluję głowę książkami” piszę o pierwszej części trylogii (zajrzyjcie Państwo do niej). Tu kilka słów o drugiej.

„W stanicy” to dalsza część przygód Stasia Majewskiego. Ranny w komyszach, cudem uratowany przez Szurę i Griszę, za zgodą ojca, ląduje w kozackiej stanicy. Kubańscy Kozacy to naród dumny, ze swoimi obrzędami, tradycjami, umiłowaniem wolności. To wśród nich młody Polak spędzi kolejne półtora roku. A Łobodowski, koncentrując wokół niego narrację, da nam zupełnie niepowtarzalny obraz życia w mało Polakom znanej społeczności. Jakże często przychodziła mi do głowy wielka powieść Reymonta. Śmiem twierdzić, że powieść Łobodowskiego w wielu fragmentach dorównuje „Chłopom”. Ale jest to też obraz Rosji początku lat dwudziestych, zbiorowego powstania Kozaków przeciw bezwzględnej, okrutnej władzy bolszewików. Wojny bez pardonu, na wyniszczenie, bez brania jeńców. To także obraz dojrzewania młodego chłopca, dotykania erotyzmu, wchodzenia w życie, w którym łamane są utrwalone przez lata obyczaje.

Wielka literatura. Wielka niespodzianka. Wspaniały i nieoczekiwany powrót znakomitego pisarza.

 

Józef Łobodowski – W stanicy, Wydawnictwo Test, Lublin 2017, str. 554.

 

znaczek

 

 

Piotr Müldner-Nieckowski

 

Avigdor Daga (Viktor Fischl)

w przekładzie Katarzyny Boruń-Jagodzińskiej

 

Marina Cwietajewa

w przekładzie Zbigniewa Dmitrocy

 

   Dwie znakomite książki poetyckie w świetnych przekładach. Różnią się wszystkim, ale jakby się uzupełniały. Spokój dopełniony niepokojem.

Praskie przechadzki   Avigdor Dagan, z naprzemiennie używanym nazwiskiem (dlaczego – szukaj w biogramie zamieszczonym na dnie książki) Victor Fischl urodził się w 1912 roku w Czechach, w Hradec Kralove, a zmarł w 2006 w Jerozolimie. Rozpięty między ojczyzną z urodzenia i języka, a ojczyzną z krwi. Był dyplomatą, pisarzem i to widać w jego poezji, w której wewnątrz obrazów praskich pojawiają się motywy, których źródła można szukać w Talmudzie, historii Żydów, dziejów państwa Izrael na tle wszelkich kultur, drugiej wojny światowej i holokaustu, tak jak to czynią ci syjoniści, którzy wierzą w zbawienie świata przez literaturę. W jego prozie, a także w prezentowanych w sygnalizowanym tomie wierszach, tchnie nostalgią, marzeniem o obu ojczyznach, ale i tęsknotą za pięknem, spokojem i dobrem, którego w sumie tak jest niewiele. „W starych domach ściany pachną starym winem. I pachną śmiercią i podołkiem matczynym”, pisze w pewnym miejscu, a w innym dodaje: „Idziesz i patrzysz w górę. Jeszcze tylko słyszysz: ktoś tam kartkę odwraca. Jeszcze tylko chwila, a zaczniesz czytać tę najpiękniejszą partyturę”. Zawsze gdzieś u Dagi – Fischla przewija się uspokojenie i oczekiwanie wolności po śmierci... Katarzyna Boruń-Jagodzińska nie po raz pierwszy dzieli się z nami kunsztem przekładcy dyskretnie schowanym za autorem. To wielka umiejętność.

 

hardosc i slabosc   Marina Cwietajewa to legenda rosyjskiej i europejskiej poezji. Poetycka burza. Za grosz spokoju, szaleństwo w okowach rozumu. I – tak jak Anna Achmatowa – zagadkowa; kiedyś napisałem o niej: „ona z tajemnicami, których rąbka co chwila uchyla, aby je zatrzasnąć jeszcze mocniej”. A jednak spomiędzy słów wychodzi dużo. To dzięki tłumaczowi, który wydobywa z oryginałów, jak nikt przed nim, pokłady przez poetkę niejako szyfrowane za pomocą pobocznych znaczeń słów i ich asocjacji, frazeologizacji. Tego przed Dmitrocą tłumacze zrobić nie potrafili, nawet chwalony swego czasu (moim zdaniem z dużą przesadą) Robert Stiller, który kładł nacisk na seksualność tej poezji. To w niej jest, ale w zupełnie innych proporcjach. Chwilami u Dmitrocy translatorskie interpretacje szukają właśnie równowagi pojęciowej i emocjonalnej, która dominuje w oryginałach, a jeszcze częściej odkrywają świat codziennego dramatu poetki, nie tego uwznioślonego i niby odświętnego. Dla Cwietajewej poezja nie jest okazją do wznoszenia patosu. Wszystko w jej słowie ma sens rzeczowej oceny tragedii i nieprzystosowania, ale to tkwi także w kontekstach, w poetyckich fabułach. Postać poetki dynamiczna, osobowość namiętna, skomplikowana, u niej spokoju nie ma nigdzie, nawet jej śmierć (z własnej ręki) wciąż jeszcze nas atakuje swoją obecnością. Zawsze ogień, płomień, błysk albo ruch, straszny sen (we śnie, a i też na jawie), trwoga, męczarnia. Świat jest okrutny, ale i poetka w sobie nie znajduje takich pokładów dobra, o jakich nieśmiało czasem wspomni: „Pod słupem pohańbienia żyjąc, / Pręgierzem sumień mej krainy, / Z piętnem na czole, w sercu z żmiją, / Powtarzam – nie ma we mnie winy”. Jej wiersze z początku XX wieku, jak i te późne – wszystkie są obfite w treści, dobitne i odkrywcze.

Piotr Müldner-Nieckowski

_______________________

Avigdor Dagan (Viktor Fischl), Praskie przechadzki (w sto piątą rocznicę urodzin pisarza). Wybór i przekłady Katarzyna Boruń-Jagodzińska, wyd. Miniatura, Kraków 2017. Stron 62. ISBN 978-83-8052-287-9.

Marina Cwietajewa, Hardość i Słabość. Wybór i przekłady Zbigniew Dmitroca, wyd. Sic!, Warszawa 2017. Stron 152. ISBN 978-83-65459-12-1.

 

znaczek

 

 Małgorzata Karolina Piekarska

„U złotego źródła. Baśnie polskie”
Nasza Księgarnia

u zlotego zrodla b„U złotego źródła. Baśnie polskie” to wspaniała odtrutka na dzisiejsze czasy, w których kłótnia goni kłótnię, a hejt goni hejt. Któż nie chciałby, aby zawsze zwyciężały dobro i prawda? Któż nie chciałby, aby złych ludzi zawsze spotykała kara, a dobrych nagroda? A tak jest w baśniach. Jednak „U złotego źródła” to nie tylko wędrówka do baśniowej krainy, w której idealista czuje się jak ryba w wodzie, lecz także podróż po literaturze dziecięcej autorów, którzy odeszli przed laty. Mamy tu bowiem ludowe baśnie literacko przetworzone przez m.in. Hannę Januszewską (zm. 1980), Kornelię Dobkiewiczową (zm. 1990), Wandę Dobaczewskiej (zm. 1980), Józefa Ignacego Kraszewskiego (zm. 1887), Marię Krüger (zm. 1999), Gustawa Morcinka (zm. 1963), Janinę Porazińską (zm. 1971) czy Ewę Szelburg-Zarembinę (zm. 1986). Ich wyboru dokonała dawno temu nieoceniona Stefania Wortman (zm. 1982) wielka badaczka literatury dziecięcej, która w czasach PRL wbrew stanowisku narzucanemu w okresie socrealizmu, jako osoba przekonana o wielkich walorach baśni i ich znaczeniu w procesie wychowawczym, nie tylko napisała kilka prac naukowych o roli baśni w życiu dziecka, ale też przygotowała i opracowała kilka zbiorów baśni w tym wyżej wymieniony. „U złotego źródła” to zbiór niezwykły także z tego powodu, że przypomina zapomniane wyrazy, należące do archaicznego języka stosowanego czasem w staropolszczyźnie a czasem w stylizacji na staropolszczyznę. Jest tu więc i farorz zamiast proboszcza, dziewierz, czyli brat męża dziś nazywany przeważnie szwagrem, a także hanielnik, czyli pasterz owiec wypasający je na halach. Bohaterowie uczestniczą w kosowicy (koszeniu siana), zrękowinach (zaręczynach), pogrzebinach (uczcie pogrzebowej zwanej dziś najczęściej konsolacją), jedzą kukiełki (bułeczki), i choć czasem budzą w czytelnikach użaleństwo (litość), bo biegają na grzebalnik (cmentarz), a ich świronek (spiżarnia) jest pusty, a na dodatek często się wagują (wahają) co robić – to w końcu ruszają po przygody i budzą sympatię.

Do baśni przeciętny człowiek zagląda trzy razy: gdy jest dzieckiem, gdy zostaje rodzicem i wreszcie, gdy staje się dziadkiem. Zerwijmy z tą tradycją. Zajrzyjmy bez potrzeby. To pozwala na oddech.

Małgorzata Karolina Piekarska

 

 

Pin It