Rekomendacje książkowe Krzysztofa Lubczyńskiego

 

 

 

Tajemnice PRL - romanse, polityka, gospodarka

Kryminał polityczny – taką definicję na użytek własny zastosowałem do „Diabelskiego uroku” Janusza Rolickiego, który, ma na koncie duży dorobek pisarski o charakterze głównie publicystycznym (m.in. wywiady rzeki z Edwardem Gierkiem i jego biografię, wywiad-rzekę ze Zbigniewem Bujakiem „Przepraszam za „Solidarność”, wywiad rzekę z nim samym, „Wańka-wstańka”, sagę rodzinną „Wyklęte pokolenie”. Rolicki jest jednak także autorem napisanej w latach osiemdziesiątych pod pseudonimem Andrzej Łaniewski powieść „Dygnitarz” (1981), a kilka lat później (1984) zatrzymanej przez cenzurę powieść „Prezenter”, opublikowanej w końcu w 1990 roku. Przed mniej więcej rokiem powrócił do gatunku, jakim jest powieść polityczna, wydając kolejno: „Diabelski urok” (2016) i „Nieznośny urok PRL” (2017).

 

Powieść polityczna – atrakcyjny gatunek z tradycjami

Powieść polityczna, zwłaszcza połączona z elementami kryminalnymi czy sensacyjnymi jest bardzo atrakcyjnym i poczytnym gatunkiem. Już Bolesław Prus zastosował tę mieszankę w swojej wielkiej powieści politycznej jaką jest „Faraon”, dodając motywy sensacyjne, tajemnicze, nawet kryminalne do mistrzowskiej analizy uniwersalnych mechanizmów władzy na przykładzie starożytnego Egiptu fikcyjnego Ramzesa XIII. Elementy, a co najmniej akcenty sensacyjne są obecne w takich powieściach politycznych jak „Płomienie” Stanisława Brzozowskiego, „Przedwiośnie” Stefana Żeromskiego, „Generał Barcz” Juliusza Kadena-Bandrowskiego, „Nienasycenie” Witkacego, „Nurt” Wacława Berenta, „Zdobycie władzy” Czesława Miłosza, „Czerwone tarcze” Jarosława Iwaszkiewicza, „Boski Juliusz” i „Nazo poeta” Jacka Bocheńskiego, „Labirynt” Hanny Malewskiej, cykle powieści politycznych Teodora Parnickiego i Władysława Lecha Terleckiego, „Wariacje pocztowe” Kazimierza Brandysa, „Obłęd” Jerzego Krzysztonia, „Msza za miasto Arras” Andrzeja Szczypiorskiego, „Sprzysiężenie, „Śledztwo” i kilka innych powieści politycznych Stefana Kisielewskiego, „Cyrograf” Andrzeja Brauna, „Dolina nicości” Bronisława Wildsteina czy „Pole niczyje” Zbigniewa Safjana, gdzie zagadka politycznego mordu jest punktem wyjściowym i osią narracji. Gdzie tkwią źródła tego wzajemnego przyciągania się sensacyjności z politycznością? Być może czysta polityka bez przyprawy tajemnicy i sensacji jest nazbyt nudna w opisie? A może jest przeciwnie? Może mechanizmy polityki są nieodłączne od tego, co nazywamy sensacją?

„Diabelski urok” czyli Ninoczka po polsku

diabelski urokJeśli szukałbym jakiegoś pokrewieństwa „Diabelskiego uroku” Janusza Rolickiego, z którąś z pozycji wyliczonego wyżej katalogu, to wskazałbym na Stefana Kisielewskiego, głównie z powodu czasu i miejsca akcji – to lata PRL, w tym przypadku sam schyłek rządów Władysława Gomułki. Akcja „Diabelskiego uroku”
rozpoczyna się bowiem w lipcu 1970 roku i osnuta jest wokół dramatycznej śmierci dwojga młodych ludzi na granicy polsko-czechosłowackiej. Ninoczka (aluzja do głośnego przedwojennego filmu szpiegowskiego?), córka literackiego dygnitarza radzieckiego ginie wraz ze swoim młodym towarzyszem podróży, dziennikarzem warszawskiej „Nowej Myśli”. W jakich okolicznościach? Nie zdradzę, bo byłoby to nielojalnością zarówno w stosunku do autora powieści, jak i czytelników, zwłaszcza tych gustujących w tworzywie sensacyjnym. W sprawę zamieszane są służby specjalne PRL, Czechosłowacji i radzieckie KGB. Równolegle mamy fragmenty obrazu środowiska dziennikarsko-partyjnego stolicy, przedstawione w osobach redaktora Stefana Zajączkowskiego, jego zastępczyni Mirosławy Mądrzyckiej, czy Wacława Kiczora z KC. Wymieniając te postaci dotykamy innego aspektu „Diabelskiego uroku” - jako powieści politycznej z kluczem. Pod tymi kryptonimami kryją się bowiem autentyczne postacie tamtych czasów, ale choć mam swoje graniczące z pewnością hipotezy co do tego, o kogo chodzi, to i tego nie zdradzę, bo z kolei odebrałbym przyjemność łamigłówki tym, którzy lubią rozwiązywać takie zagadki. Z postaci historycznych podanych wprost pojawiają się w powieści, by tak rzec - w toku akcji - Władysław Gomułka i Leonid Breżniew, padają też nazwiska Ryszarda Frelka i Zenona Kliszko.

Kształty, zapachy i smaki PRL-owskiego życia

W tle akcji, i tej politycznej i tej sensacyjnej, pojawiają się okruchy codziennej materii życia PRL. Podkreślam słowo „okruchy”. Rolicki nie należy do prozaików-sentymentalistów i „zmysłowców”, lubujących się w rekonstruowaniu wizualnego, materialnego, obyczajowego obrazu ówczesnej ulicy, ówczesnego życia, jego smaków, zapachów, barw, kształtów i dźwięków. Jednak i u niego pojawiają się akcenty tego rodzaju, a to już na pierwszej stronie, gdy wspomina o siermiężnym „terminalu” lotniczym na Okęciu (pamiętam, pamiętam (!), to tam „odprawiano” mnie w okropnym ścisku i zaduchu w podróż do Paryża w sierpniu 1981 roku, pierwszą moją podróż na zachód Europy), a to gdy czyni uwagę o ulicznych saturatorach z wodą sodową („z sokiem lub bez”), które były elementem letniego krajobrazu polskich miast, a to gdy prezentuje rzut oka na bardzo jeszcze niekompletnie odbudowaną Warszawę (do dziś zresztą ten proces nie został zakończony) zza szyb Polskiego Fiata 125 P, też elementu krajobrazu polskich ulic. Rolicki koncentruje się jednak na materii polityczno-sensacyjnej, do tego zresztą stopnia, że co pewien czas wtapia w akcję rozbudowane dygresje publicystyczne mające na celu zobrazować generalny kontekst polityczny. Być może niektórzy uznają to za mankament konstrukcyjny – mnie się ten chwyt wydaje uzasadniony, przydatny zwłaszcza młodemu czytelnikowi, zazwyczaj słabo znającemu tło historyczne tamtych, i nie tylko zresztą tamtych czasów.

„Nieznośny urok PRL” – romans Ostrygi z SB w tle

nieznosny urok prlTa powieść rozgrywa się 6 lat później, już okresie rządów ekipy Edwarda Gierka, wkrótce po zamieszkach czerwca 1976 w Radomiu, Ursusie i Płocku również wywołanych próbą dokonania podwyżki cen artykułów żywnościowych. Bohaterem jest działacz partyjny najwyższego szczebla, Marek Ostryga, który po nawiązaniu romansu z młodą kobietą staje się obiektem działań PRL-owskich służb specjalnych prowadzących grę o władzę z rządzącą partią. Rolicki w pasjonujący sposób rysuje mapę i przebieg owej gry. Podobnie jak w „Diabelskim uroku”, tak też w „Nieznośnym uroku…” poza postaciami fikcyjnymi pojawiają się postacie mające swoje rzeczywiste pierwowzory historyczne, jak Ostryga, będący kryptonimem narracyjnym jednego z ważnych dygnitarzy PRL, jak i występujący wprost, pod swoimi nazwiskami, Edward Gierek i Piotr Jaroszewicz.

Jak Breżniew zablokował próby reform gospodarczych w PRL

Za dodatkowy atut powieści trzeba uznać fakt, że biografia zawodowa Janusza Rolickiego (rocznik 1938) uwiarygodnia obraz, który stworzył w powieści, że nie pisał jej posiłkując się wyłącznie wyobraźnią i wiedzą z drugiej ręki. Jako reporter tygodników „Polityka” i „Kultura” w latach 60-tych i 70-tych, szef i prawdziwy kreator znakomitej publicystyki kulturalnej i artystycznej w TVP w latach 1974-1980 czy redaktor naczelny „Trybuny” (1997-2000), zdobył ogromne doświadczenie jako obserwator i uczestnik życia politycznego i zna od podszewki jego mechanizmy. W tkankę powieści Rolickiego wplecionych więc zostało kilka bardzo interesujących wątków związanych z ówczesną sytuacją gospodarczą PRL oraz relacjami z ZSRR. Pogarszająca się sytuacja ekonomiczna spowodowała, że kierownictwo partyjne i państwowe zaczęło myśleć o zrównoważeniu rynku i wprowadzeniu podwyżek cen żywności. Mogło się to stać podłożem, posunięciem wyjściowym, choć bolesnym, do dalszych rynkowych reform, które wyrwałyby gospodarkę z objęć kryzysu. Jednak sekretarz generalny KC KPZR Leonid Breżniew, pomny dramatycznych wydarzeń z grudnia 1970 roku, nie zaakceptował pomysłu ekipy Edwarda Gierka. Kierował się przy tym doświadczeniem własnego kraju, gdzie ceny artykułów żywnościowych były zamrożone jeszcze od lat stalinowskich. W tej sytuacji przywódcy PRL szukali rozwiązań zastępczych. W poszukiwaniu źródeł kapitału rozważali wprowadzenie podatku od wynagrodzeń i wejście PRL do Międzynarodowego Funduszu Walutowego, co oznaczałoby wprowadzenie wymienialności złotówki. Breżniew i na to nie wyraził zgody. Nie zgodził się też na wprowadzenie do wymiany handlowej polsko-radzieckiej tzw. rubla transferowego (dewizowego). Brak zgody na wprowadzenie tych mechanizmów przyczynił się do pogłębienia kryzysu gospodarczego, załamania rynku towarów (masowe braki), inflacji i wzrostu niezadowolenia społecznego, a w konsekwencji do utraty władzy przez ekipę Edwarda Gierka. W powieści pojawia się teza, że to Breżniew, blokując te plany, wydał wyrok na realny socjalizm, ktory coraz bardziej zostawał w tyle za dynamicznym, generującym dobrobyt zachodnim kapitalizmem. A przecież gospodarka PRL-owska miała spore atuty, które można było spożytkować. Świadczy o tym m.in. fakt, że znacząca część produkcji polskich fabryk miała dobrą markę na Zachodzie i cieszyła się tam dużym popytem. Niestety, także wskutek obstrukcji ze strony przywódcy ZSRR zostało to zmarnotrawione. Jednym z przykładów były produkowane przez zakłady warszawskiego „Kasprzaka” popularne radiomagnetofony, które cieszyły się takim uznaniem, że Polacy handlowali nimi podczas pobytów wakacyjnych w tzw. krajach demokracji ludowej, a także poza nimi, n.p. w Grecji, co wywołało niezadowolenie niemieckiego „Grundiga” i zarzuty o to, że polscy turyści psują mu rynek w tym kraju. Niektóre z tych kwestii znalazły odzwierciedlenie w rozmowie Gierka z Jaroszewiczem, stanowiącej istotny fragment „Nieznośnego uroku PRL”. Rolicki odsłonił tym samym kulisy sprawy właściwie nieznanej, a jeśli, to bardzo wąskiemu kręgowi osób i rzucił światło na genezę i przebieg bardzo ważnych wydarzeń z historii PRL. To połączenie dynamicznej i barwnej akcji fabularnej z pogranicza historii romansowej i działania służb specjalnych z ujawnieniem jednej z ważnych tajemnic politycznych ze środowego („Diabelski urok”) i schyłkowego („Nieznośny urok PRL”) okresu historii Polski Ludowej tworzy atrakcyjność ich lektury.

Janusz Rolicki – „Diabelski urok”, Wyd. Zysk i s-ka, Poznań 2016, str. 341, ISBN 979-83-7785-877-6

Janusz Rolicki – „Nieznośny urok PRL”, wyd. Zysk i s-ka, Poznań 2017, str.353, ISBN 978-83-8116-164-0

 

 

Anatomia przedstawienia

kryptonim dziadyTak zwana sprawa „Dziadów” Adama Mickiewicza wystawionych przez Kazimierza Dejmka w listopadzie 1967 na scenie Teatru Narodowego i zdjętych z afisza w styczniu 1968, która stała się zapalnikiem wydarzeń Marca 1968 roku została już nader solidnie opisana i udokumentowana. Poza licznymi opracowaniami publicystycznymi czy przyczynkarskimi ukazały się m.in. dwie obszerne monografie tematu: „Marzec 1968” Jerzego Eislera i „Marzec ‘68” Piotra Osęki, a także rocznicowy numer „Pamiętnika Teatralnego”(2005), jak również „Raptularz” Zbigniewa Raszewskiego, w którym sprawa ta znalazła interesujące odzwierciedlenie. Istnieje też tom szkiców „Teatr Kazimierza Dejmka” pod red. Anny Kuligowskiej-Korzeniewskiej. Dwie pierwsze z tych publikacji koncentrowały się na politycznym i społecznym tle tych brzemiennych w skutki wydarzeń. „Kryptonim „Dziady” autorstwa dwóch teatrologów, Janusza Majcherka i Tomasza Mościckiego jest pierwszym ujęciem tematu, w którym główne zainteresowanie autorów koncentruje się na samym spektaklu i bezpośrednio z nim związanymi personaliami i wydarzeniami. Otwierają ją dwa motta dwóch panów o inicjałach „A.M” - Adama Mickiewicza, fraza z „Dziadów cz. III”: „Jeśli kto cierpi władzę, nie mów że jej słucha. Bóg czasem daje władzę w ręce złego ducha” i Adama Michnika: „Rok 1968 to były „Dziady” mojego pokolenia. Więzienie na Rakowieckiej stało się dla mnie kontynuacją roli Konrada, a filomaci okazali się moimi starszymi kolegami”. Idąc niemal dzień po dniu, autorzy ukazują genezę pomysłu tej premiery, bezpośrednie przygotowania, anegdotyczne perypetie czy to z doborem obsady (rezygnacja Ireny Eichlerówny, która po kilku przymiarkach odmówiła zagrania roli pani Rollison, przejętą w końcu przez Barbarę Rachwalską czy z nieprzewidzianymi zdarzeniami podczas spektakli (złamanie przez Jana Kobuszewskiego (Pelikan) palca Józefowi Duryaszowi (ksiądz Piotr) czy pojawienie się pijanego Dejmka na scenie podczas jednego ze spektakli). Autorzy zrekonstruowali, w oparciu o dokumenty, przebieg wszystkich jedenastu przestawień, odnotowali różnicujące je niuanse, czy zmienny czas trwania spektakli, atmosferę na widowni, reakcje notabli, n.p. głośne wyrazy irytacji ze strony Zenona Kliszko („dlaczego to przedstawienie jest takie pobożne?!”) czy ostentacyjne oklaskiwanie, w finale, aktorów przez Mariana Spychalskiego. Owa rzekoma „pobożność” przedstawienia wyreżyserowanego przez zdeklarowanego ateistę i „materialistę”, jak się Dejmek określał, wynikał nie ze względów fideistycznych ale z pietyzmu w pokazaniu ludowej religijności. Sporo miejsca poświęcili też autorzy ówczesnej prywatnej sytuacji Kazimierza Dejmka, jego sposobowi bycia, związkom z kobietami, nastrojowi psychicznemu, temu co się wokół niego działo w planie prywatnym i politycznym, etc. Ukazane są też prasowe i telewizyjne echa premiery, recenzje, w tym bardzo pochlebna i profesjonalna autorstwa szefa Redakcji Rozrywki w Telewizji Witolda Fillera, który później, w telewizyjnym magazynie kulturalnym „Pegaz” prowadzonym przez Grzegorza Lasotę dał zupełnie przeciwną, krytyczną z politycznego punktu widzenia wykładnię przedstawienia, co ściągnęło na niego anatemę środowiskową. Autorzy pracy ukazali też zdarzenia, które nastąpiły po zdjęciu „Dziadów” z afisza, w tym losy Dejmka, jego odwołanie z funkcji dyrektora Teatru Narodowego, a następnie podjęcie pracy reżyserskiej za granicą. Problemy bowiem dotknęły także inne zaplanowane przedstawienia. Tytuł wystawionych „Ciężkich czasów” zmieniono na „Pana Lechickiego”, a przygotowanego już przedstawienia sztuki Witkacego o „krwawym dyktatorze” „Gyubalu Wahazarze” w ostatnim momencie cenzura nie dopuściła do premiery, mimo, że informacje o niej znalazły się już w prasie. Oczywiście znalazł się też w książce wątek dziwnych „przedstawień zamkniętych”, dla aktywu partyjnego, które odbyły się późną wiosną 1968 roku. Przypominały one mecze bez kibiców będące znaną dziś formą kary za stadionowe ekscesy, przy czym reakcja administracyjnie dobranej publiczności, zwożonej do teatru autokarami była paradoksalnie entuzjastyczna. Łącząc narrację własną, z wypowiedziami protagonistów zdarzeń, tekstami recenzji teatralnych, fragmentami dokumentów, pism urzędowych, raportów milicji i SB, nasłuchów Radia Wolna Europa, echa opinii publicznej, okolicznościowe wierszyki satyryczne, treści ulotek i rezolucji, stworzyli dynamiczny, reporterski kolaż, przez który nie trzeba brnąć z wysiłkiem, lecz czyta się lekko, niczym komiks, choć przecież materia pracy Majcherka i Mościckiego nie należy do najlżejszych. Do tego dochodzi ciekawie podana, choć dość skromna poligraficznie ikonografia w formie kolażu fotografii, wycinków prasowych, urzędowych maszynopisów, plakatu przedstawienia, okładki programu teatralnego, a nawet fotografii scenicznych kajdan Konrada, które okazały się tandetną konstrukcją kabla i sznura, a więc wbrew niektórym emocjonalnym relacjom nie mogły pobrzękiwać, gdy Gustaw Holoubek nimi na scenie potrząsał.

Janusz Majcherek, Tomasz Mościcki - „Kryptonim „Dziady”. Teatr Narodowy 1967-1968” wyd. Fundacja Historia i Kultura, Warszawa 2017, str.532, ISBN 978-83-11-152-30-4

 

 

Techniczny teatr romantycznych maszyn

romantycy i technika 1W jednym ze swoich niezliczonych listów Zygmunt Krasiński opisując wrażenia ze zwiedzania okrętu, którym podróżował, wspomina o wizycie w maszynowni. W kilku sugestywnych zdaniach poeta odmalował apokaliptyczny niemal obraz potwora-maszyny, jej poruszających się jak monstra tłoków. Krasiński pisze o tym z niemal zabobonną zgrozą, ale jest w tym też silny rys fascynacji czymś tak naówczas nowym jak rodząca się nowoczesna technika. Wspomnienie tego fragmentu odnowiło mi się przy lekturze wspaniałej pracy Wojciecha Tomasika „Romantycy i technika” poświęconej osobliwym korelacjom między dwoma, wydawałoby się, antagonistycznymi światami, światem romantycznego „czucia” i „zimnej” techniki. Antagonistycznymi jednak, jak się okazuje, z polskiej jedynie perspektywy. Polski romantyzm ma bowiem dominujący rys rustykalny, związany z naturą, ludowością, wsią, dworem szlacheckim. To w dużej mierze dziedzictwo Mickiewicza, z jego „Ballad i romansów” zrodzonych z dzikiej, naturalnej i „ciemnej” Litwy i Żmudzi, z „Pana Tadeusza” z jego wiejskim Soplicowem i z niezliczonych wierszy wielkich i pomniejszych romantyków opiewających miłość do „kochanki” pośród rozmarzającego krajobrazu. Co prawda „Kordian” Słowackiego jest przykładem romantyzmu „miejskiego” (Warszawa, Londyn, Rzym jako miejsca akcji), ale i ten zaczyna się w szlacheckim dworku, opowieścią starego sługi na łonie przyrody. Tymczasem Wojciech Tomasik swoją opowieść o przygodzie romantyzmu z techniką zaczyna od opisu ekscytującej, teatralnej wręcz obecności nowinek technicznych w codzienności Warszawy Królestwa Polskiego tuż przed Powstaniem Listopadowym (1828) na podstawie źródła, jakim było dla niego pismo „Motyl” redagowane – nomen omen – przez młodego Włodzimierza Rafała Druckiego-Lubeckiego. Nawiasem mówiąc - nowinek technicznych pełniących w wtedy, w fazie prekursorskiej, prototypowej, rolę widowiskową, nieobecną jeszcze w codziennej praktyce, jak owe trzy pierwsze londyńskie latarnie jako sensacyjne nowinki czy dagerotypy czyli pierwsze fotografie (1839). Nawiasem mówiąc, szkoda że nieznany jest dagerotyp Słowackiego (tak jak zachował się dagerotyp Mickiewicza) i istnieją tylko malarskie wizerunki twórcy „Kordiana”.

romantycy i technika 2I zaraz potem umożliwia nam autor towarzyszenie Juliuszowi Słowackiego podczas jego pobytu w Londynie i kolosalnemu wrażeniu, jakie młodziutki, przyszły Wieszcz doznał na widok tego wielkiego miasta, korony ówczesnej cywilizacji technicznej i cudu ówczesnej techniki inżynieryjnej – świeżo wybudowanego tunelu pod Tamizą. Zabawny ślad tego doświadczenia utrwalił się w jego poemacie dygresyjnym „Podróż do Ziemi Świętej z Neapolu” („gdzie w oknach przez szyby, Anglikom się w twarze przypatrują ryby”) co by wskazywało, że składnikiem wystroju tunelu mogło być publiczne akwarium czy oceanarium na podobieństwo dziś nam znanych. To, co wtedy zobaczył w Londynie Słowacki było dla niego spektaklem także dlatego, że było to całkowicie nowym, nie znanym mu wcześniej doznaniem wizualnym. Takiej cywilizacji po prostu poza Londynem w ówczesnym świecie nie było. Nawet Paryż był w porównaniu z tym ciągle jeszcze bardzo tradycyjnym miastem. Także jednak u mało mającego wspólnego z techniką „dzikiego Litwina” Mickiewicza, w „Dziadach cz. III” ona się pojawia się w roli elektrycznego zabójcy-pioruna, który przedarł się przez kordon „konduktorów” (czyli w dawnym nazewnictwie: piorunochronów). Tomasik zwraca uwagę na teatralny, „spektaklowy” charakter ówczesnych aktów technicznych, choćby na przykładzie obserwowanego przez tłumy wpływania do wiślanego portu statku parowego czy rozkoszowanie się pionierskimi wtedy ulicznymi iluminacjami Londynu. Pojawił się wtedy nawet gatunek muzyczny portretujący zjawiska techniki. Wyspecjalizował się w nim m.in. kompozytor Józef Stefani, który w 1840 skomponował muzykę zatytułowaną „Statek parowy”. Jego następcy komponowali utwory nawiązujące do coraz popularniejszych kolei żelaznych. Technika, pozornie tak odległa od kolorytu wyobraźni romantycznej w rzeczywistości dobrze z nią korelowała swoją spektakularną nowością, odmiennością od dotychczasowego świata, dynamiką poruszającą umysł i poszerzającą wyobraźnię. W1837 roku „Gazeta Poranna” pisała tak: „Wynalazki naszego wieku tak jak cuda zdumiewają umysł. Machiny parowe, koleje żelazne, telegrafy elektryczne, tunele, gazami oświetlone miasta, balony udoskonalone, cukier z kartofli zmieniają stosunki towarzyskie”. Natomiast w wydanym w 2012 roku studium „Romantyczna maszyna” (2012) Amerykanin John Tresch zauważył: „Chociaż romantyczni poeci i artyści zwykle przedstawiali sceny wiejskie i pastoralne, odludne klify, wzniosłe góry i wijące się rzeki, byli zanurzeni we współczesny rozwój polityki i nauki; większość swoich spraw załatwiali w mieście, zaś natura, którą opiewali, była od dawna zaludniona i ukształtowana przez ludzi”.

Wojciech Tomasik – Romantycy i technika”, Wydawnictwo Instytutu badań Literackich, Warszawa 2017, Nowa Biblioteka Romantyczna pod red. Marii Zielińskiej, tom I (str. 344), tom II (str. 263), ISBN (całość) 978-83-65832-12-2

 

Biografia marksizmu

jak zmienic swiatNajgorsza passa marksizmu zaczęła się w Polsce - paradoksalnie - wraz z początkiem realnego socjalizmu, czyli momentem zainstalowania tu przez wschodniego sąsiada przy pomocy komunistów polskich ustroju, który na Karola Marksa i marksizm (z dodatkiem leninizmu) się powoływał. Marksizm został zastosowany jako oficjalna ideologia ustroju i nazwany nawet „nauką Marksa”. Przed wojną też zresztą marksizm nie był w Polsce lubiany i historia przedwojennej polskiej filozofii nie odnotowuje żadnego znanego nazwiska filozofa marksisty. Gdy się do tego rozważy fakt, że jeden z najwybitniejszych polskich marksistów, Leszek Kołakowski stał się tego kierunku dysydentem i na pożegnanie z nim napisał jego obszerną monografię „Główne nurty marksizmu”, to można nabrać wątpliwości, czy publicystyczna teza o polskiej „genetycznej reakcyjności” i nieuleczalnym tradycjonalizmie. Tymczasem podczas gdy po 1989 roku z polskich uczelni zniknęły zakłady filozofii marksistowskiej oraz ćwiczenia i wykłady z niej kończone egzaminem na większości ( może i na wszystkich) kierunkach uniwersyteckich (niżej podpisany legitymuje się w indeksie oceną „5plus, celującą”, datowaną rokiem 1979), na uczelniach zachodnich marksizm jest w pełni obecny, a niektórzy twierdzą nawet że kwitnie. Okazuje się bowiem, że o ile marksizm nie zdał egzaminu jako przepis na budowę lepszego społeczeństwa, o tyle okazał się bardzo dobrym i nie starzejącym się narzędziem, metodologią służącą badaniu problemów współczesnego świata. Ściśle rzecz biorąc, Marks nigdy nie rościł pretensji, by jego filozofia była uznana za jakiś stały algorytm. Przeciwnie, pojmował swoją teorię jako otwartą i to inni próbowali ją zamykać, redukować, nie tylko zresztą radzieccy komuniści, bolszewicy czy staliniści, także współcześni Marksowi. W zeszłym roku (2017) minęła setna rocznica urodzin Erica Hobsbawma, brytyjskiego historyka, znawcy epoki, która rozpoczęła się wybuchem Wielkiej Rewolucji Francuskiej. „Jak zmienić świat. Marks i marksizm 1840-2011” Hobsbawm ukończył ostatecznie tuż przed śmiercią (2012) to zbiór jego tekstów o marksizmie pisanych w latach 1956-2009, to intelektualna biografia marksizmu, ukazująca ewolucję myśli Marksa i jej recepcję, w tym z perspektywy najważniejszych jej egzegetów: Lenina, Róży Luxemburg, Antonia Gramsciego czy Gyorgy Lukacsa. Hobsbawm uważał do końca życia, że marksizm nie tylko jest aktualny, ale wzrosła jego aktualność jako metody badania społeczeństw, cywilizacji i ich przemian. Przy czym aktualność Marksa nie ma nic wspólnego z traktowaniem go jako zbioru dogmatów, przeciwnie, marksizm jest bardzo otwartą formułą filozoficzną, socjologiczną i antropologiczną, czymś w rodzaju systemu mikroskopów, lornetek, lunet, punktów widzenia przez które można patrzeć na świat. Co znamienne, jedynym filozofem wyrastającym z marksizmu, któremu Hobsbawm poświęcił osobny szkic jest Antoni Gramsci, zmarły w 1937 roku twórca oryginalnej koncepcji polityki określanej czasem jako teoria hegemonii (kulturowej), pojmowanej przez niego jako klucz do władzy politycznej. Co ciekawe, nie doczekali się takich osobnych tekstów słynni marksiści XX wieku, jak Lukacs, Adorno, Horkheimer czy Althusser. Zbiór tekstów Hobsbawma jest, jako się rzekło, intelektualną biografią marksizmu, ale nie jest wykładem jego samego. Kto chciałby poznać materię marksizmu powinien przeczytać przede wszystkim „Główne nurty marksizmu” Leszka Kołakowskiego. Zbiór tekstów Hobsbawma opowiada natomiast jak marksizm poruszał się w świecie od swojego początku do naszych czasów, czym jest dziś „Manifest Komunistyczny”, jakie marksizm przechodził etapy, jaka była jego recepcja, czym był dla robotników itd. Nie jest to lektura łatwa, bo bardzo uczony Hobsbawm nie należy akurat do efektownych stylistów obdarzonych przy tym darem klarownej syntezy. Ale nagroda za przedarcie się przez te teksty sowicie się (intelektualnie) opłaca.

Eric Hobsbawm – „Jak zmienić świat. Marks i marksizm 1840-2011”, przekł. Sebastian Szymański, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2017, str. 462, ISBN 978-83-63855-33-8

 

 

Rebe hipnotyzer

zebrowski hipnotyzerEdward Żebrowski (Bernstein) nigdy nie był wymieniany jednym tchem w szeregu gigantów polskiego kina, obok Wajdy, Hasa, Munka, czy Kawalerowicza. Bo też i jego biografia filmowa nie przebiegła w planie tzw. błyskotliwej kariery, a tym bardziej kariery komercjalnej. A jednak to jego film w „W biały dzień” (1980) z Michałem Bajorem, oparty na powieści Władysława Terleckiego, osnuty wokół sprawy Brzozowskiego, zaliczam do najlepszych dzieł polskiej kinematografii. Jest w nim to, co charakteryzuje kino Żebrowskiego: precyzyjna forma i chłód przekazu, struktura intelektualnego wykładu, brak celowych efektów, gadżetów, ozdobników, asceza, brak egotyzmu artystycznego a mimo to utwór to niezwykle sugestywny - także jako widowisko. Wszystkie jego filmy są ascetycznymi tworami mózgowymi. I „Szansa” i „Ocalenie” i „Szpital Przemienienia”. Był bardziej scenarzystą niż reżyserem sensu stricte. Właściwie robił na ekranie literaturę a nie film. Pewnie do pewnego stopnia wyjaśnia to długoletnią, choć trudną zażyłość z Krzysztofem Zanussim. Wszyscy którzy go wspominają, podkreślają dwie cechy: jego wybitny, spekulatywny intelekt, którym przewyższał chyba wszystkich polskich reżyserów oraz magnetyczną siłę osobowości, respektu jaki budził. Domyślam się, że Jakub Socha, autor tej niewielkiej objętościowo opowieści „Żebrowski. Hipnotyzer”, nieco gawędziarskiej, bo w takiej formule rzecz została napisana, jest człowiekiem młodym. Tym bardziej wypada mu pogratulować stylu narracji, bo nie będąc świadkiem czasów będących tłem opowieści, doskonale wyczuł ich nastrój i klimat. Socha nie poszedł na łatwiznę i nie stworzył kolejnego opasłego, chłodnego, bezosobowego wypisu ze źródeł, opatrzonego przy tym dla powagi przypisami, lecz rodzaj eseju, w którym próbował dotrzeć do głębi osobowości Żebrowskiego. „Hipnotyzer”. Opowieść o Żebrowskim to w znaczącym stopniu także opowieść o straszliwej chorobie, która bardzo wcześnie, gdy miał 45 lat, na zawsze już wyłączyła go z zawodu, a potem przykuła do łóżka. Opowieść o krzyżowej drodze człowieka, który zaczynał jako obdarzony nieprzeciętną krzepą witalny zabijaka, tęgi pijak i hurtowy uwodziciel panien na „Biesy” Dostojewskiego, jako towarzysz życiowego happeningu takich ludzi jak Hłasko i Iredyński, a kończył jak chory, powalony, do końca mądry dąb. Przejmująca biografia.

Jakub Socha – Żebrowski. Hipnotyzer”, wyd. Czarne, Warszawa 2018, str. 238, ISBN 978-83-8049-622-4

 

 

Pin It