Wacław Holewiński

 

Mebluję głowę książkami

 

mebluje-glowe

 

 

 

Odnaleźć siebie

swinia z twarza stalinaMała książeczka, ledwie sto stron (plus krótkie posłowie, które radzę opuścić), trzy dłuższe teksty, dwie, trzy godziny czytania. Jakaś rysa w pamięci po lekturze. Czemu? Przecież pisarzy odwołujących się do rodzinnej przeszłości multum. Co mówię, pisarzy… Każdy z nas, każdy z pewną pulą wyobraźni, sięga wstecz, sprawdza skąd pochodzi, kim byli jego przodkowie, czemu jest tu, gdzie jest.

 

Ale Chrobota napisał książkę inną. Dobrą? Na pewno! Próbuję ją zdefiniować i mam pewien kłopot. To tekst o pamięci. Jego, przodków, polskości.

Powiada autor, że Mickiewicz trudny, „Nad Niemnem”, z czym się nie zgadzam, nie do czytania, że odkryciem, dotknięciem języka, obyczaju, zaścianka, polskości, Kresów dalekich jest Czarnyszewicz i jego „Nadberezyńcy”.

Mała polska wieś, ledwie dwadzieścia pięć domów, osaczona przez historię, dotknięta przez historię, wykorzystana przez nią. Zapomniana na chwilę, a potem w jakimś przyspieszeniu, które zdarza się, gdy czas sunie szybciej, gdy rewolucje, wojny, niszczą to, co zastane. Nieodwołalnie, ostatecznie.

Więc gdzieś na dalekiej Białorusi… Szlachecki zaścianek, za cara „Gnietli się w domu o popękanych ścianach. Wokół krzyk kogutów, gdakanie kur, mruczenie bydła, psy szczekające, na kogo popadło. Zielony groszek w ogrodzie, chmiel na płocie, a za domem żyto i kartofle wielkie jak dynia (taka tu ziemia). Sąsiedzi, wieczornice, piękne polskie pieśni, słodkie Ojcze nasz przed zmrokiem, na kolanach na powale, kiedy było naprawdę zimno. Dobrze było. Kochanie. Polski lud żył, miłował, rósł w siłę. Z wytęsknieniem czekał wojny. Przyszła jedna i przyniosła Sowietów i Stalina”. Potem było już tylko gorzej, całkiem źle. Bieda z nędzą, polska modlitwa, przez chwilę jeszcze ksiądz i mowa tutejsza. Pomieszana, już nie polska, a jednak polska, z naleciałościami, z akcentami, zaśpiewem. Trwałaby kolejne lata, dziesiątki lat…

Chrabota pojechał tam, gdzie żyli pradziadowie, babka, ojciec. Pojechał dotknąć. Czego? Śladu. Wspomnienia. Pojechał zobaczyć. Nic, pustka. Jakiś samotny mężczyzna.

Wieś zniknęła, spalona przez Niemców. Bo partyzanci, bo ktoś pomógł, ktoś doniósł. Trzy domy ocalały. A tam, gdzie żyli przodkowie, jakiś Łotysz, a może Litwin, tego nie dojdziesz, zapalniczką podpalił strzechę. Zajęła się szybko. W którymś domu leżała sparaliżowana kobieta, słodki smród palonego ciała. Mały chłopiec, który gdzieś zza krzaków widział, słyszał, zanotował w pamięci.

A babkę z dziecięcym drobiazgiem wsadzono na ciężarówkę napędzaną holzgasem, wywieziono do Prus. Do głupka, którego armia Hitlera, tak bardzo potrzebująca rekruta, nie wzięła. Bo głupi właśnie. Okrutny, zły, ze zwierzęcym instynktem. Przywiązał babkę do drzewa, chciał gwałcić, zabić. Uratował „biały” Rosjanin wżeniony w niemiecką dziedziczkę. Ocalił, żeby stracić życie. Własne.

Königsberg, stolica Prus Wschodnich. To tam uciekali Niemcy przed nacierającą Armią Czerwoną, a potem po lodzie na Mierzeję. I sowieckie samoloty. Tysiące trupów, tonące ciężarówki, ludzie z tobołkami, wózki, kule, krzyk, modlitwa. Niewielu z pół miliona uciekło. Ci, co zostali w Królewcu, mogli maszerować wzdłuż ruin zamku, katedry, biblioteki, nikt nie myślał o Kancie, raczej o jakimkolwiek kącie. To tam babka Chraboty odnalazła swoje miejsce, drugiego męża, Ukraińca, który nie lubił Polaków. Żydzi, Ukraińcy, Polacy, zwożeni do miasta. A obok nich kryminaliści. Wszyscy mieli znaleźć swoje miejsce w powojennej rzeczywistości. Znaleźli, uznali za swoje.

Siedmioletni Boguś, sprawdzam w Wikipedii, musiał być rok siedemdziesiąty pierwszy, przywieziony z Polski w inną rzeczywistość, uczył się historii. Przez duże H i tej małej, rodzinnej.

Jak rozmawiać z babką, która mówi w innym języku, a po polsku tylko pacierz? Ogród i jego zapachy, a potem wielokrotne odwiedziny, dziesiątki, setki zdjęć, miasto, z którego postanowiono wyrugować niemiecką przeszłość, sowieckie blokowiska, ruiny zostawione na pamiątkę, babka tracąca pamięć, myląca go z ojcem.

Poplątane wszystko, wymieszane. Skrawki pamięci, reszta dosztukowana, uzupełniona, prawdopodobna, ale niekoniecznie pewna i jedyna. Jak zakochać się w tej historii, odnaleźć siebie, przywrócić świat, którego nie ma? Poetycko, reportażowo, z podręcznikiem historii? Ktoś krzyknie sprawdzam, tu zbłądziłeś. Jakie to ma znaczenie?

 

Bogusław Chrabota – Świnia z twarzą Stalina, Zysk i S-ka, Poznań 2017, str. 112.

 

 

Pin It