Wacław Holewiński

 

Mebluję głowę książkami

 

mebluje-glowe

 

 

Gruba książka na wakacje

Lsnij morze EdenuWyjeżdżając na urlop zabieram zwykle bardzo grube książki. Tak było i teraz. „Lśnij, morze Edenu” ma 810 stron. Często zastanawiam się, po co ludzie piszą takie kolubryny. Mają za dużo czasu? Nudzi im się? Nie potrafią wypełnić swego życia czymś innym niż pisanie?

Wydawca na okładce napisał: „najlepszy pisarz hiszpański swego pokolenia”. Hmmm. Traf chciał, że na urlop poleciałem na Wyspy Kanaryjskie, a to część Hiszpanii. Postanowiłem przeprowadzić mały test. Ponieważ mieszkałem w prywatnych domach, zapytałem ich właścicieli o Andrésa Ibáñeza. Żeby nie popełnić błędu, pokazałem książkę. Trzech młodych ludzi w wieku 27–28 lat pokręciło głowami. Nie znali. Może w ogóle nie czytają? To możliwe. Ale jeśli to „Po prostu geniusz” (Miguel Dalmau, „La Vanguardia” – też na okładce), to wydaje się mało możliwe.

 

No dobrze. Książka jest wielka. Przynajmniej objętościowo. A w treści? Przyznam: mam kłopot z jej oceną. W wielu momentach autor zadziwiał mnie banałem, pseudofilozofią podlaną sosem zen lub jakichś innych praktyk. Myślałem: łatwizna, taki Coelho ze swoim „Zawsze na świecie ktoś na kogoś czeka.” Głębokie, prawda? No to będzie śmiesznie, Ibáñez staje w szranki i zapewniam, daje radę! Przepraszam za długi cytat, ale nie mogłem się oprzeć: „Ta szminka stanowiła coś w rodzaju amuletu. Podobało mi się jak wyjmowała zza stanika ten błyszczący, złoty przedmiot (zazwyczaj trzymała go w rowku między piersiami, przez niektóre kobiety uważanym chyba za wygodny schowek na drobiazgi), zdejmowała nakrętkę, zręcznym, kolistym ruchem palców wysuwała sztyft i przytykała do swoich małych, mięsistych warg ten jaskrawoczerwony bolec, który wyrastał niby mikroskopijny purpurowy penis, będąc w rzeczywistości mieszanką pszczelego wosku, polimerów nadających mu tę tak mnie pociągającą błyszczącą śliskość, pochodnych lanoliny zapewniających odpowiednią lepkość, sztucznych pigmentów, glinki kaolinowej, nawilżaczy i olejku z geranium o niezwykle charakterystycznym zapachu”. Ufff. Wyłem ze śmiechu. Chcecie Państwo więcej? Nie, nie będę moich czytelników katował. Zapewniam jednak, że takie kwiatki są w tej książce co kilka stron.

No dobrze, zapyta ktoś, w czym więc problem? Nie czytać, wyrzucić do kosza? Nie wiem, co odpowiedzieć. Bo ta książka ma też momenty świetne. Jak ten zatytułowany „Historia Wade’a”. Pomysł, że mechanik samochodowy udziela rad pisarzom, którym zabrakło pomysłów na wypełnienie swych książek – genialny. Zwłaszcza, gdy ci pisarze to Salinger, Pynchon, Matthews, Carver, wielu innych. Albo inny rozdział, poświęcony młodej Meksykance, a raczej stosunkom, obyczajom, korupcji, gwałtom, przemocy, jakie panują na meksykańskiej prowincji.

Tak, takich momentów, fragmentów zajmujących, interesujących, pokazujących wielką wiedzę autora jest wiele. I pochłania się je błyskawicznie. A za chwilę znów zażenowanie. Że tak można, że taka wata, wypełniacz, banał.

O czym jest książka? Najkrócej: lecący z Los Angeles do Singapuru Boening rozbija się gdzieś nad oceanem. Większość pasażerów ginie, ale części, dziewięćdziesięciorgu, udaje się dotrzeć na wyspę. Oczekują natychmiastowej pomocy. Ale ta nie nadchodzi. Jak to możliwe, przecież każdy samolot jest śledzony przez setki radarów? No nie jest możliwe, albo prawie nie jest możliwe (przypomnijcie sobie Państwo historię zaginionego trzy lata temu samolotu Malaysia Airlines). U Ibáñeza ta wyspa jest szczególna, a raczej jej właściwości. I dzieją się na niej rzeczy zadziwiające. Początkowo wydaje się niezamieszkała, potem okazuje się, że są tam „dzicy”, jeszcze później, że jest całe miasto, a na koniec jest i klasztor, i dziwny Fin, który może istnieje naprawdę, a może jest tylko wytworem wyobraźni. No i są postaci nie z tego świata, potrafiące ożywić nawet zmarłych. Wszyscy ze wszystkimi są w relacjach, chciałoby się powiedzieć krwiożerczych (mamy żywcem obdartych ze skóry, zaszywane usta, amputację nogi „na żywca” siekierą), są komunistyczni partyzanci ze swą marksistowską retoryką, są dziewczynki z kwiatkiem, które trzeba zachować „na za sto lat”, są wilki wielkości koni, adoptowana indyjska sierota i szwajcarski multimilioner, który chce wprowadzić katolicki zamordyzm.

Jak to czytać? 810 stron? Wszystkie schematy, stereotypy w jednym. Ale coś w tym jest. Więc kto ma czas i cierpliwość…

 

Andrés Ibáñez – Lśnij, morze Edenu, przełożyła Barbara Jaroszuk, Rebis, Poznań 2017, str. 815.

 

 

Pin It